piątek, 30 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011

Prawdopodobnie jutro nie będę miała czasu na zrobienie podsumowania tego roku, tak więc piszę to już dziś. Moja przygoda z Bloggerem rozpoczęła się piątego listopada 2011, a więc stosunkowo niedawno, bo półtora miesiąca temu. Niestety, pomimo usilnych starań nie udało mi się nawiązać współpracy z żadnym portalem czy wydawnictwem (oprócz tego, że założyłam konto w serwisie Lubimy Czytać), ale myślę, że na to jeszcze przyjdzie czas ;)
 A teraz pora na swoiste podsumowanie :)
Liczba książek przeczytanych: 90
Liczba książek zrecenzowanych: 40
Liczba odwiedzin na blogu: 825 (wow, to naprawdę niesamowite! W tak krótkim czasie!)
Liczba komentarzy: 35
Liczba obserwatorów: 12

Oprócz polskich bloggerów miałam gości również z Francji, Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Rosji, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Mołdawii i Ukrainy. Największą liczbą wyświetleń może poszczycić się post Moje TOP 10 świątecznych filmów.

To chyba tyle... Jestem zadowolona - prowadzę bloga tak krótki okres, a wyniki są naprawdę imponujące! Dziękuję Wam za to! ;*

Wszystkim chciałabym złożyć życzenia: Szampańskiego sylwestra (znajdźcie choć minutę na książkę ;-)), dobrej zabawy i szczęśliwego Nowego Roku!

czwartek, 29 grudnia 2011

Madame Sadayakko. Gejsza, która uwiodła Zachód

Lesley Downer - "Madame Sadayakko. Gejsza, która uwiodła Zachód", Świat Książki


Przyznaję, że była to pierwsza książka o Japonii, którą przeczytałam. Mimo, że wcześniej pożyczałam od koleżanki "Wyznania gejszy", nie dobrnęłam do końca, bo niespecjalnie spodobała mi się tematyka japońska. Pewnego dnia w bibliotece zobaczyłam jednak książkę "Madame Sadayakko..." i coś sprawiło (do tej pory nie wiem, co), że postanowiłam po nią sięgnąć.

Gejszę mylnie uosabia się z... wiadomo kim. Z, lekko mówiąc, "panią do towarzystwa". Przewrotnie, gejsza rzeczywiście jest panią do towarzystwa, ale nie w takim znaczeniu, jaki się powszechnie uważa. Gejsza to ktoś, kto dotrzymuje towarzystwa, tradycyjnie parząc herbatę, śpiewając, tańcząc, grając na tradycyjnych japońskich instrumentach. Jednak prawdziwe gejsze, nie podszyte pod nie prostytutki, już powoli znikają z japońskiego życia... Sięgając po książkę o Sadayakko nie wiedziałam, z czym mam do czynienia. Prawdę mówiąc, miałam taki pogląd na to, kim jest gejsza, jaki teraz uznałam za błędny. Dopiero sama książka wiele mi wyjaśniła.

Książka jest biografią Sadayakko. Kim zaś była ona sama? Już wiemy, że gejszą, ale była też kobietą, która nie zamknęła się tylko w tym "zawodzie", lecz podróżowała po całym świecie razem ze swoją trupą teatralną. Była gejszą i aktorką - pierwszą japońską aktorką. W swoich artystycznych eskapadach zawędrowała również do Polski! W jakich sztukach występowała? Większość pisała sama, razem ze swoim mężem Otorijo Kawakamim, ale grywała także w znanych przedstawieniach, np. w roli Ofelii.

Poznajemy życie Sady (bo tak też ją nazywano), jej pierwsze kroki jako gejszy, następnie aktorki. Jej marzenia, pragnienia i pomysły. Dowiadujemy się, jaką była kobietą, choć zwykle w cieniu męża, wkrótce to o niej zaczął mówić cały świat i to ona stała się sławna. W książce zamieszczono również zdjęcia - widzimy więc, że była piękną kobietą, zawsze elegancką i wytworną. Oprócz jej życia, mamy także wzmianki o innych ludziach, którzy się z nią przyjaźnili lub mieli z nią jakiś związek. To bardzo dobrze, że autorka postarała się również o to, gdyż możemy porównać wiele faktów czy poznać inny pogląd na dany temat.

Było to moje pierwsze doświadczenie i z biografią, i z książką o japońskiej postaci, kulturze i życiu. Nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej powieści, ale nie zawiodła mnie w jakimś znaczącym stopniu. Wręcz przeciwnie - wciągnęła mnie. Gdybym miała okazję przeczytać ją ponownie, na pewno bym to zrobiła.

Pyza na polskich dróżkach

Hanna Januszewska - "Pyza na polskich dróżkach" część pierwsza, część druga, Nasza Księgarnia

Obydwa tomy przygód i wędrówek mazowieckiej Pyzy towarzyszyły dzieciństwu moich rodziców, teraz towarzyszą także mi i mojej siostrze. Muszę przyznać, że te niezwykłe książeczki są uniwersalne i nie ma granic wiekowych dla czytelników: może po nie sięgnąć i młody, i stary, a myślę, że każdemu się spodobają. Z jakich powodów?

Po pierwsze, oprawa graficzna. Rysunki pana Adama Kiliana są niezwykłe: niby takie proste, bo tylko tu i ówdzie czarna kreska, ale jakie one zamaszyste i pełne emocji! Każda ilustracja odzwierciedla tekst książki, tak jakby rysownik nie chciał wszystkiego "odbębnić", żeby po prostu zarobić, tylko chciał coś przekazać przez samą tylko ilustrację. Moją ulubioną w pierwszym tomie jest ta ze str. 40, która obrazuje Chopina siedzącego przy fortepianie - ileż tam jest emocji i patosu! Wystarczy spojrzeć na sylwetkę Fryderyka Chopina, by się o tym przekonać. Natomiast rysunki w drugim tomie są jeszcze lepsze.

Po drugie, wydanie. Moim zdaniem to świetny pomysł, żeby pozostawić treść z pierwszego wydania "Pyzy na polskich dróżkach", z 1956 r., nic nie zmieniając, choć ze wstępu można się dowiedzieć, że syn autorki (mojej imienniczki :)) zastanawiał się nad tym i owym. Do tego twarda oprawa, świetny papier... Naprawdę, muszę się postarać, żeby te książeczki szybko znalazły się w mojej domowej biblioteczce! :-)

I po trzecie treść. Jako że książeczka pisana jest wierszem, szybko i łatwo się ją czyta (dlatego nadaje się zwłaszcza dla dzieci). Jedynym utrudnieniem mogą się okazać nieznane słowa, używane w czasach autorki, ale na końcu książki czeka nas miła niespodzianka - słowniczek (tak na marginesie, opracowała go kolejna moja imienniczka... ;-)) z trudnymi wyrazami i wyrażeniami! Tak więc nie ma się czym martwić, bo pani Hanna Baltyn postarała się, by zamieścić tam wszystkie słowa sprawiające kłopoty w zrozumieniu ich znaczenia. Dodatkowo mamy mapy z trasami wędrówek Pyzy po polskich dróżkach! Mile mnie to zaskoczyło, bo można szybko i łatwo sprawdzić, gdzież to nasza Pyza wędrowała i jakie miasta zwiedzała.

No dobra, koniec zachwalania, bo się znudzicie... Powiem tylko, a raczej napiszę: sięgnijcie po przygody Pyzy. Polećcie dziadkom, rodzicom, dzieciom, wnukom. Niech Pyza towarzyszy każdemu pokoleniu tak, jak to robiła dotychczas!

środa, 28 grudnia 2011

Dom Nocy. Naznaczona

Phyllis Christine Cast i Kristin Cast - "Dom Nocy. Naznaczona", wydawnictwo Książnica

Gdy pierwszy raz przeczytałam tę książkę, zachwyciła mnie. Wtedy jeszcze dobrze nie znałam i nie czytałam zbyt wielu powieści o wampirach, więc była to dla mnie pewna nowość. Jednak po ponownym przeczytaniu już nie wydała mi się taka idealna.

Główna bohaterka to Zoey Redbird, zwykła uczennica pewnego liceum. Któregoś dnia zostaje Naznaczona, po czym musi przenieść się do Domu Nocy, aby tam przejść Przemianę w dorosłego, pełnoprawnego wampira. Przeciwny temu jest jej ojczym, członek stowarzyszenia Ludzi Wiary, który sprowadza lekarzy i całą wspólnotę, by jakoś "wyleczyli" Zoey. Dziewczyna jednak ucieka. Wkrótce trafia do Domu Nocy. Przez swoją wyjątkowość zdobywa nie tylko przyjaciół, ale również wrogów...

Spośród innych książek o wampirach, tę wyróżnia wiele. Na przykład to, że wampiry są tu znane ludziom. Nie ma tu czegoś takiego, że po przemianie trzeba uciekać na drugi koniec świata albo zostawać "wegetarianinem" i żywić się wyłącznie krwią zwierząt. Ba, wręcz przeciwnie. Tu niektórzy ludzie-adepci dobrowolnie zostają "lodówkami" i oddają wampirom swoją krew (nie mylić z honorowym dawstwem krwi! :-))

Skupię się teraz na wadach książki, czyli na tym, co sprawiło, że już nie podobała mi się tak, jak za pierwszym razem. Takie nagromadzenie wulgaryzmów, mimo, że książka jest z pewnością kierowana do młodzieży, lekko mówiąc po prostu jest beznadziejne. Owszem, pewnie autorki chciały, by książka była bardziej zrozumiała wśród młodzieży, ale sprawiło to, że trochę mnie odrzuciło. Poza tym mamy niewyjaśnione wątki - to z kolei pewnie tak zwany chwyt marketingowy, żeby kupować kolejne części cyklu. I za dużo szczegółów, które potem umykają autorkom - to sprawia, że nie można się połapać i książka wiele traci. Choć fabuła, ogólny zamysł i wykreowanie postaci są znakomite. Na przykład Bliźniaczki mnie i mojej przyjaciółce szczególnie przypadły do gustu, w takim stopniu, że same zaczęłyśmy się tak nazywać. Bo jesteśmy do nich podobne (choć również różnimy się pod względem typu urody, ale często dogadujemy się bez słów, i jedna dokańcza zdanie za drugą). Co do okładki zaś muszę przyznać, że jest cudowna. Taka nastrojowa, oddająca klimat książki, adekwatna do treści. Ogólnie oprawa graficzna jest świetna.

Tak więc jeszcze rok temu powiedziałabym, że książka jest ach i och i w ogóle superekstraprzecudowna, dziś mogę po prostu powiedzieć, że jest bardzo dobra. Polecam młodzieży i miłośnikom wampirów.

niedziela, 25 grudnia 2011

Niesamowicie rozkoszne koty

Stuart i Linda Macfarlane - "Niesamowicie rozkoszne koty", Media Rodzina

 Szansa, że kot zrobi coś, czego żąda od niego człowiek, równa się zeru.

Święta, święta i po świętach :-/... Bilans prezentowy...? Nie wypada się chwalić, ale... zrobię to :-) Pod choinką czekało na mnie kilka kosmetyków, film DVD "Śluby panieńskie", bransoletka do charmsów, kalendarz, czasopismo i pieniądze :) Nie znalazłam ani jednej książki (skandal!), ale za to ja takowe sprezentowałam Mamie i Siostrze. Jedną z nich były właśnie "Niesamowicie rozkoszne koty" - podarunek ode mnie dla Mamy. Znalazłam recenzję tej książeczki na blogu Prowincjonalnej Nauczycielki i zapragnęłam dać w prezencie właśnie Mamie, którą śmiało mogę nazwać również "Kocią Mamą", bo uwielbia te zwierzęta (zresztą tak jak ja i cała moja rodzina - wszyscy mamy koty: ciocie, wujkowie, dziadkowie... no i my :-)), więc lektura wydała mi się idealna.

Książeczka jest wydana przepięknie. Już sama okładka przykuwa wzrok, bo niesamowicie rozkoszny kociak (jak nawet nazwa publikacji wskazuje ;)) sprawia, że chwytamy książkę i bez zastanowienia biegniemy do kasy... Ja, gdy tylko poszłam na "książkowe zakupy" i odnalazłam tę książeczkę na półce na regale, od razu ją wzięłam, a potem pobiegłam szukać prezentów dla Siostry. Ale, ale, to ma być recenzja, a nie jakieś sprawozdanie :D

W środku mamy niewiele tekstu, za to ogrom świetnych fotografii - kogóż by innego - kotów. Tekstami są cytaty, złote myśli i aforyzmy o rzeczonych kotach, tak jak na przykład ten podany tuż pod tytułem. Ja, gdy miałam przyjemność przeczytania tej książeczki tuż po Mamie, co chwila wybuchałam śmiechem na teksty kociej filozofii.

Lektura tej niezwykłej książeczki sprawi, że pokochacie koty - jeśli jeszcze nie kochacie, zechcecie je mieć w swoim domu - jeśli jeszcze nie macie i zaczniecie kolekcjonować wszelkiego rodzaju książeczki, gadżety i przedmioty z nimi związane - jeśli jeszcze tego nie robicie... :)

Polecam wszystkim miłośnikom kotów, a oprócz tego tym, którzy za nimi JESZCZE nie przepadają. Gwarantuję, że po przeczytaniu "Niesamowicie rozkosznych kotów" to się zmieni ;-)

PS Chcecie wiedzieć, jakie jeszcze książki dostały moje Siostra i Mama? No więc ta pierwsza - "Monster High 2. Upiór z sąsiedztwa" i "Mira i potwory. Więzy krwi", zaś Mama oprócz "Niesamowicie rozkosznych kotów" - "Czy mężczyźni naprawdę wolą blondynki?".

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Mój dzień w książkach - zabawa u Lirael


Lirael zaprosiła blogowiczów (i nie tylko) do niezwykłej zabawy podsumowującej rok 2011. Podaną historię należy uzupełnić tytułami przeczytanych w tym roku książek.

Mój dzień w książkach
Zaczęłam dzień (z) _____.
W drodze do pracy zobaczyłam _____
i przeszłam obok _____,
żeby uniknąć _____ ,
ale oczywiście zatrzymałam się przy _____.
W biurze szef powiedział: _____.
i zlecił mi zbadanie _____.
W czasie obiadu z _____
zauważyłam _____
pod _____ .
Potem wróciłam do swojego biurka _____.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam _____
ponieważ mam _____.
Przygotowując się do snu, wzięłam _____
i uczyłam się _____,
zanim powiedziałam dobranoc _____ .

Mój dzień w książkach
Zaczęłam dzień (z) dziesięcioletnią rozwódką.
W drodze do pracy zobaczyłam upiorną szkołę
i przeszłam obok ulicy Strachu,
żeby uniknąć zemsty,
ale oczywiście zatrzymałam się przy 13 poprzecznej.
W biurze szef powiedział: żegnaj, Jaśmino.
i zlecił mi zbadanie Madagaskaru.
W czasie obiadu z Oskarem i panią Różą
zauważyłam notatnik sfrustrowanej nastolatki
pod megabombową machiną czasową .
Potem wróciłam do swojego biurka na końcu świata.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam wyspę Nim
ponieważ mam dom na Zanzibarze.
Przygotowując się do snu, wzięłam straszliwego śniegowego potwora
i uczyłam się szeptem,
zanim powiedziałam dobranoc, słonko .

Hahaha, ale się uśmiałam, tworząc tę historyjkę. Wcale nie było to łatwe. Wiele książek czytałam dawno, ale przypomniałam sobie, że zapoznałam się z niektórymi ponownie w tym roku, więc chyba zasad nie złamałam ;-) Mam nadzieję, że moja historyjka wywoła u Was przynajmniej uśmiech, a jeśli będziecie łapać się za brzuchy ze śmiechu, to będzie to dla mnie bardzo miłe :-) Podzielcie się wrażeniami w komentarzach!

niedziela, 18 grudnia 2011

FILM - Ekspres polarny

Piękna, wzruszająca animacja o świętach. Oglądając film miałam wrażenie, że jest on najlepszym świątecznym filmem, jaki kiedykolwiek oglądałam.


Film opowiada historię ośmioletniego chłopca, który powoli traci wiarę w Świętego Mikołaja. W Wigilię Bożego Narodzenia pod jego dom podjeżdża pociąg zwany Polarnym Ekspresem. Z pojazdu wychodzi Konduktor i namawia chłopca do podróży na sam Biegun Północny. Ten początkowo odmawia, ale w ostatniej chwili wskakuje do ekspresu i tak rozpoczyna się pełna przygód wyprawa do krainy Świętego Mikołaja.


Animacja filmu jest świetna. Postaci, miejsca i nawet drobne detale są bardzo realistyczne. Film musiał być zapewne nagrywany w technice 3D, ponieważ wiele jest momentów (np. "ucieczka" biletu), które w trójwymiarze wyglądałyby niesamowicie. Ja nawet nie mając na sobie specjalnych okularów miałam wrażenie, że pada na mnie śnieg albo za chwilę przejedzie mnie rzeczony pociąg ;-)
 Samo przesłanie filmu jest ważne w dzisiejszych czasach, kiedy święta dla niektórych ograniczają się tylko do komercjalizmu. Kupujemy prezenty, przystrajamy dom, na wigilijny stół kładziemy potrawy tak wykwintne i oryginalne, że kilka lat temu nikt by nawet o nich nie pomyślał, i zapominamy o tej najważniejszej intencji świętowania: że przecież jest to czas narodzin Jezusa Chrystusa, że mamy okazję do spotkania w gronie rodziny, przebaczenia i zapomnienia o winach czy nieporozumieniach. Bo święta, jak głosi film, są magiczne, to jedyny taki czas w roku. I jeszcze jedno: wierzmy w marzenia, nie bójmy się, że się nie spełnią. Przecież wiara czyni cuda.

Film jest przepiękny i wspaniale zrealizowany. Być może tylko ja tak uważam, a wyspecjalizowani krytycy filmowi oceniliby go jako przeciętny, ale ja jestem zwykłą nastolatką, w dodatku zakochaną w świątecznej atmosferze, więc mnie on się bardzo podoba.

Polecam szczególnie w świątecznym okresie. Do obejrzenia całą rodziną!

***

To moja pierwsza recenzja filmowa. Postanowiłam właśnie moje opinie o filmach włączyć do "repertuaru" recenzji na blogu. A niedługo postaram się utworzyć ranking 10 najlepszych filmów opowiadających o świętach. Pozdrawiam! :)

czwartek, 15 grudnia 2011

Szeptem

Becca Fitzpatrick - "Szeptem", Wydawnictwo Otwarte



Książka byłej pracownicy służby zdrowia podbija listy bestsellerów. Sięgnęłam po nią w przekonaniu, że jest równie dobra, jak opinie głoszą. Mogę powiedzieć, że się nie zawiodłam. No, może trochę. Najlepiej zacznę od początku, czyli przedstawię ogólną problematykę i tematykę powieści.

Na pewno wyróżnia się ona spośród innych książek fantasy - tym, że bohaterami nie są tak popularne ostatnio wampiry (które mi się już po prostu przejadły). Mamy tu natomiast do czynienia z aniołami, tymi upadłymi i tymi Stróżami. Są też oczywiście ludzie, główna bohaterka to szesnastoletnia Nora, nieufna felietonistka szkolnego e-zinu, słuchająca muzyki barokowej i grająca na wiolonczeli. Powiedzielibyśmy o niej: dziwaczka.
A chłopak? Jest też i chłopak, i tu chyba nie ma niespodzianki: oczywiście on jest tym z innego świata. Tylko że na początku świetnie się z tym kryje. Każe mówić na siebie Patch (ang. łatka). Podczas rozmowy z Norą okazuje się, że wie o niej wszystko - dziewczyna jest w szoku i nie ma pojęcia, co o tym myśleć.
Dalsze wydarzenia już z pewnością poznacie sami, jeśli sięgniecie po tę książkę. Ja chciałabym tylko zwrócić uwagę na jedno: dlaczego w samej końcówce tak mało jest wyjaśnień? Wszędzie cud-miód-malina, miłość i romans, akcja, tyle wydarzeń, że trudno nadążyć a potem chyba za mało wyjaśnień. Autorka umie potęgować napięcie, to fakt, wplotła również wiele zaskakujących wydarzeń, dlaczego więc nie wykorzystała swojego potencjału, żeby książka zyskała na wartości ... i objętości? Trudno wytłumaczyć niektóre sprawy i sytuacje, choć wiadomo - fikcja literacka rządzi się swoimi prawami i wszystko jest dozwolone ;-)

Kto wie, może w kolejnych tomach coś się rozwinie? Znów słyszałam dobre opinie, chwilami jeszcze lepsze. Na razie jednak mam chrapkę na inne książki, choć jeśli zdarzy się okazja, to i po kontynuację "Szeptem" sięgnę z przyjemnością.

piątek, 9 grudnia 2011

Zdążyć przed pierwszą gwiazdką

Katarzyna Grochola - "Zdążyć przed pierwszą gwiazdką", AGORA S.A.

Cieniutka, 95-stronowa książka, w skład której wchodzą trzy opowiadania: tytułowe "Zdążyć przed pierwszą gwiazdką" oraz "On jeszcze nie wie, że mnie kocha" i "Scarlett O'Hara z Pilawki Górnej". Książeczka była dodawana do jednego z numerów "Gazety Wyborczej", nie sprzedawano jej w księgarniach.

Zdążyć przed pierwszą gwiazdką: główną bohaterką jest Natalia, pracuje w agencji reklamowej. Po śmierci matki, i wcześniejszym odejściu ojca (nie umarł, zostawił rodzinę dla innej kobiety) musi spędzać święta samotnie. Nie ma na to ochoty, więc zajmuje się pracą. Później postanawia spakować wszystkie rzeczy matki i oddać do kościoła, na przekazanie biednym.

Wyjęła z szuflady w kuchni czarne 120-litrowe worki na śmieci. Wszystko to, co należało do matki, jej ubrania, nienoszone od lat, zapakować, wywieźć do kościoła, tam zbierają rzeczy, tam zgłaszają się biedni po rzeczy. (str.26)

Odnalazła wówczas listy od swojego ojca - pisał do niej regularnie, jednak matka ukrywała je przed nią. Natalię ogarnia wielka fala żalu i wściekłości. Decyduje się przygotować wieczerzę wigilijną i mimo wszystko świętować, nawet samotnie. Jednak potem okazuje się, że jest jeszcze ktoś (a nawet dwa "ktosie"), kto sprawi, że nie spędzi świąt sama. Nie zdradzę kto, ale jedna z postaci jest bohaterem, którego życie i różne zdarzenia są dokładnie opisane jako "przerywniki" historii Natalii... Tak więc nie mówię, kto nim jest - taka mała... świąteczna niespodzianka ;)

On jeszcze nie wie, że mnie kocha: tak już czasem bywa, że mężczyzna odchodzi. Autorka poruszyła ten problem w opowiadaniu pod tytułem, który przytoczyłam wyżej. Zakochana w nim dziewczyna najpierw jest zszokowana, później jednak postanawia robić dobrą minę do złej gry i udawać, że nic się nie stało, że może on się pomylił, że może - jak głosi tytuł - "nie wie, że ją kocha". Dziewczyna wmawia sobie, że źle zrozumiała słowa ukochanego.

Oczywiście! To takie proste! On się pomylił! On nie chciał tego powiedzieć! Kochany, pomylił się, a ona źle zrozumiała, on miał co innego na myśli, och, jaka jest głupia, zaraz spojrzy mu prosto w oczy jasnym, prostym spojrzeniem i zobaczy, że tamto to nieprawda, że prawda w jego oczach to czułość i ciepło! (str.42-43)

Dziewczyna łudzi się, że uczucia mężczyzny powrócą, że to było tylko nieporozumienie. W niniejszym opowiadaniu mamy do czynienia z uczuciami kobiety porzuconej.

Scarlett O'Hara z Pilawki Górnej: Bohaterką jest pracownica zakładu optycznego, niejaka Zofia, dziewczyna o pięknych szarych oczach. Któregoś dnia wraca ze sprowadzonymi na specjalne zamówienie zielonymi soczewkami i wprost nie może się powstrzymać, aby je przymierzyć. Zakłada je podczas jazdy samochodem, wówczas dochodzi do wypadku. Dziewczynę ratuje właściciel kina obwoźnego, zawozi ją do szpitala. Zakochuje się w niej i gdy po kilku dniach dowiaduje się od lekarza, że ta jest w śpiączce, codziennie do niej przychodzi i mówi do niej. Wkrótce jednak na mężczyznę czeka niemiła niespodzianka...

Opowiadania Katarzyny Grocholi spodobały mi się. Miłość i rozstanie to tematy przewodnie wszystkich trzech "nowelek". W pierwszej nastrój świąteczny (idealnie więc przeczytać książeczkę właśnie teraz, w grudniu), opowieść o świętach, o samotności. Otworzy to nam oczy na to, że nie powinniśmy za wszelką cenę zachowywać PUSTEGO miejsca przy stole, lecz przyjmować ludzi potrzebujących, którzy nie mają rodziny lub domu. Drugie opowiadanie zwróci naszą uwagę na problemy związane z rozstaniem, uczuciami porzuconej kobiety, ale również mężczyzny, który przeżywa to, że musi opuścić dziewczynę. I wreszcie trzecie: uczy nas, że trzeba walczyć, próbować, nie poddawać się. I że nie zawsze to, co nam się nie podoba, nie podoba się również innym.
Książka idealna na zimowy wieczór.

środa, 30 listopada 2011

Oskar i pani Róża

Eric-Emmanuel Schmitt - "Oskar i pani Róża", Znak

Pierwsze, co mogę o tej książce powiedzieć, to to, że płakałam, czytając ją. Znowu. Jakieś dwa czy trzy lata temu (a może nawet w podstawówce?) zapoznałam się z nią po raz pierwszy, wtedy wzbudziła we mnie ogromne emocje. Teraz czuję, że dojrzałam, by przeżywać ją na nowo. Gdy więc znów miałam książkę w ręku, postanowiłam skupić się na treści, nie płakać zbytnio i wyciągnąć wnioski czy morale z lektury. Udało się tylko to trzecie. Bo to jest chyba taka książka, przy której nie da się nie płakać. Warto, żebyście o tym wiedzieli, za nim po nią sięgniecie. No chyba, że nie należycie do pokolenia wrażliwców (w co wątpię, bo przecież każdy z nas w którymś momencie swojego życia się rozkleja, niektórzy po prostu świetnie udają, że wszystko jest okej).

Bohater książki to dziesięcioletni, chory na białaczkę chłopiec o imieniu Oskar. Jak na swój wiek jest niezwykle mądrym dzieckiem. Zdaje sobie sprawę z tego, że umrze.


-Ciociu Różo, dlaczego nikt mi nie mówi, że umrę?
 Spogląda na mnie. Czy zachowa się tak jak wszyscy? Proszę cię, Dusicielko z Langwedocji, wytrzymaj, nie zatykaj uszu!
-Czemu chcesz, żeby ci to mówiono, skoro sam wiesz, Oskarze! (str.13)

Wspomniana we fragmencie ciocia Róża to niemłoda już kobieta odwiedzająca Oskara. Chłopiec bardzo ją lubi, zresztą z wzajemnością, traktuje ją więc jak swoją ciocię. Róża opowiada mu o tym, jak kiedyś była zapaśniczką (stąd przydomek Dusicielka z Langwedocji). Proponuje chłopcu, by ten zaczął pisać listy do Pana Boga. Oskar przyjmuje to sceptycznie. Uważa, że Bóg jak i Święty Mikołaj (w którego istnienie wierzył, bo nawet jego rodzice wierzyli, i kiedy w szkole odkrył prawdę i przekazał im to, byli zdziwieni. Chłopiec uważał, że udawali zdziwienie.) to jedno i to samo, wielka propaganda i mówi, że nie da się na to nabrać. Jednak z każdą chwilą jego nastawienie się zmienia i w końcu daje się przekonać.

-A po co miałbym pisać do Pana Boga?
-Może poczułbyś się mniej samotny?
-Mniej samotny z kimś, kto nie istnieje?
-Spraw, żeby istniał. (str.15)

Każdy rozdział jest listem do Pana Boga, w którym chłopiec opowiada o swoim życiu. O cioci Róży, rodzicach, którzy boją się choroby syna, o Peggy Blue, do której Oskar po kryjomu wzdycha... Ciocia Róża proponuje mu, aby przez ostatnie dwanaście dni życia, udawał, że jeden dzień to jak dziesięć lat życia.

-Od dzisiaj będziesz bacznie obserwował każdy dzień, mówiąc sobie, że ten dzień to jakby dziesięć lat.
-Dziesięć lat?
-Tak. Jeden dzień to dziesięć lat.
-Więc za dwanaście dni będę miał sto trzydzieści lat!
-Tak. Wyobrażasz sobie? (str.27)

Eric-Emmanuel Schmitt to francuski dramaturg, powieściopisarz i eseista. "Oskara i panią Różę" napisał w 2002 roku. W moich planach są również inne książki tego autora: "Zapasy z życiem" czy najnowsza "Kiki van Beethoven" z płytą CD.

Książkę "Oskar i pani Róża" mogłabym opisać tytułem innej - "Balsam dla duszy". Opowieść ta przywraca wiarę w Boga, uczy doceniać każdy dzień i patrzeć na świat tak, jakbyśmy widzieli go pierwszy raz w życiu. Oswaja nas ze śmiercią. Daje wskazówki, jak żyć. Wzrusza. Skłania do refleksji. A przez to jest książką, po którą sięgnąć może każdy: czy młody, czy stary.

wtorek, 29 listopada 2011

Stosik nr 2 :)


OD GÓRY:
1. Nigdy w życiu!, Katarzyna Grochola
2. Zdążyć przed pierwszą gwiazdką, Katarzyna Grochola
3. Oskar i pani Róża, Eric-Emmanuel Schmitt (coś mnie podkusiło po TOP 10, żeby przeczytać to jeszcze raz...)
4. Herbata szczęścia, Agnieszka Grzelak (i to również czytałam, lecz zbyt dawno, by pamiętać dokładnie treść. Tak więc dla odświeżenia pamięci... :))
5. Cukiernia pod Amorem. Cieślakowie, Małgorzata Gutowska-Adamczyk (zrecenzowałam już jedną książkę tej autorki - "13 Poprzeczną", patrz TUTAJ)
6. Dom nad rozlewiskiem, Małgorzata Kalicińska

A w tle moja ukochana maskotka - miś Pusia :)

poniedziałek, 28 listopada 2011

Z kim płaczą gwiazdy...

Ewa Barańska - "Z kim płaczą gwiazdy...", Telbit

Główną bohaterką książki jest siedemnastoletnia Weronika, piękna brunetka o zielonych oczach. Jej matka Elwira flirtuje z dużo młodszymi od siebie (często nawet z kolegami córki) i wszelkimi sposobami chce zachować młody wygląd. Dbałość o urodę jest w jej przypadku już obsesją; chce również, żeby Weronika zaczęła zdawać sobie sprawę ze swojego seksapilu.

Weronika chwilami miała wrażenie, że to ona, siedemnastolatka, matkuje swojej infantylnej, trzydziestosześcioletniej matce. Często czuła z tego powodu gorycz, lecz dotąd tłumiła ją w sobie tak skutecznie, że straciła nadzieję, iż kiedykolwiek odważy się spróbować. (str.20-21)

Weronika poznaje Michała, gdy opala się na łódce podczas wakacji nad Soliną. Chłopak proponuje jej darmowy rejs żaglówką, ale ona odmawia. Gdy wraca do domku letniskowego, Michał traci z nią kontakt. Prosi o pomoc przyjaciela Krystiana, który wykorzystując swoje flirciarskie umiejętności uzyskuje informacje od dziewczyny imieniem Jagoda. Dalej wszystko dzieje się jak w bajce: Michał odnajduje Weronikę, zostają parą i, standardowo już, mogliby "żyć długo i szczęśliwie". No właśnie, mogliby, gdyby nie jeden feralny wypadek. Michał skacze do wody na główkę i łamie kręgosłup. Mimo, że skakał wiele razy, tego dnia jednak coś poszło nie tak...

Weronika nie wyobrażając sobie życia bez Michała robi wszystko, aby przywrócić mu dawną sprawność. Przeszukuje internet, by znaleźć odpowiednie informacje, adresy klinik, które mogłyby przeprowadzić operację... Do pomocy przyłączają się rodziny Michała i Weroniki, oraz ich znajomi, a także jedno ze stowarzyszeń. Wszystko może iść po dobrej myśli, gdyby nie jeden szkopuł, z w zasadzie dwa: pierwszy z nich to ogromny koszt operacji: trzysta tysięcy złotych, drugi zaś to pesymistyczne nastawienie chłopaka.

Pisałam już o książce Ewy Barańskiej (była to moja pierwsza recenzja na tym blogu) - "Żegnaj, Jaśmino" i zauważyłam, że autorka lubi poruszać trudne problemy, "trudne sprawy" :). W tamtej książce było o narkotykach, tu o brawurze i jej skutkach, spotkałam się także z innymi jej powieściami, których temat stanowiła anoreksja czy samobójstwo... Książki tej autorki można więc określić jako obyczajowe.
Ewa Barańska (właściwie Stanisława Barańska) to scenarzystka i pisarka, urodzona w 1947 roku. Jest polską autorką powieści obyczajowych, fantastycznych i sensacyjnych.

Właściwie podobają mi się jej książki, choć pisane są nieco ciężkim i podniosłym językiem. No bo która z siedemnastolatek powiedziałaby coś takiego:

Daruj sobie, babciu, tę płomienną demagogię. Odnoszę wrażenie, że twoja wiara jest miałka w treści i teatralna w dogmatach. (str. 134)

No nie wiem, może jestem przygłupia, ale naprawdę nie mam pojęcia co znaczy "demagogia". Ktoś wie? ;) Chyba bez słownika wyrazów obcych się nie obejdzie...

[demagogia: gr. "kierowanie ludem", wykorzystywana przez polityków sztuka zjednywania sobie tłumu przez schlebianie mu, mówienie "jego głosem" i obiecywanie rzeczy niemożliwych do spełnienia.]

Eee... Okej.
Ogólnie książka mi się podobała. Razem z bohaterami przeżywałam ich miłość, niepokój, depresję, rozpacz, strach i nadzieję. Liczyłam, że Michał wyzdrowieje, że uda się zebrać pieniądze na operację. Na końcu książki spotkała mnie (i pewnie nie tylko mnie) niespodzianka. "Zamiast epilogu" czyli informacja od autorki, że to do czytelnika należy pokierowanie losem bohaterów... Osobiście chciałabym, żeby wszystko skończyło się happy-endem, więc moim zdaniem dalsze losy potoczą się dobrze, ale jak zdecydują inni czytelnicy...?

PS Nasi siatkarze znów wygrali! Jako, że jestem chora, miałam okazję obejrzeć cały mecz, od 7.00 rano już byłam na nogach :) Świetnie, że tak dobrze sobie radzą, mistrzów olimpijskich (Amerykanów :)) rozgromili 3:0!

piątek, 25 listopada 2011

Jak wytrzymać z dorosłymi i nie zwariować

Aniela Cholewińska-Szkolik - "Jak wytrzymać z dorosłymi i nie zwariować", Zielona Sowa

Autorka podjęła się ciekawego tematu, jakim jest próba porozumienia się nastolatków z dorosłymi (hm, sama coś o tym wiem... ;)) Nie od dzisiaj wiadomo, że jest to trudniejsze niż wspinaczka na Mount Everest... Bo, z punktu widzenia nastolatka, "rodzice niczego nie rozumieją!", z punktu widzenia rodziców: "on/ona jest jeszcze za mały/mała, żeby o czymś decydować i co on/ona wie o życiu!" i tak dalej.

Tyle o międzypokoleniowych nieporozumieniach, teraz o samej książce. Mamy tam rozdziały o szkole, rodzinie, własnym życiu. W każdym porady, jakiś teścik (osobiście uwielbiam takie psychozabawy!), sposoby na rozwiązanie jakichś problemów i tym podobne.

Mamy na przykład porady na to, jak mądrze negocjować, jak efektywnie się uczyć, sposoby na stres, co mówią rodzice i co to znaczy... W sumie wszystko na dobrą sprawę można znaleźć w internecie, czasem samemu możemy dojść do niektórych wniosków, ale autorka podsunęła nam wszystko na (hm, papierowym? książkowym?) talerzu.

Sposoby na stres:
1. Dobrze przygotuj się do zdarzenia, które Cię stresuje.
2. Nie nakręcaj się!
3. Wycisz się i uspokój.
4. Poruszaj się.
5. Głęboko oddychaj.
6. Wyśpij się!
7. Myśl pozytywnie!

Dlaczego przytoczyłam ten właśnie fragment poradnika? Coraz więcej ludzi boryka się ze stresem. Jeśli więc przeczytaliście porady, macie pewną wiedzę, co robić w takich momentach... Chociaż - czasem i to nie pomaga (stwierdzam z własnego doświadczenia). Poza tym: "wyśpij się"?! Jak można się wyspać, jeśli do szkoły (lub pracy) trzeba iść tak wcześnie, że oczy kleją się po drodze? I żadne tam "połóż się wcześniej", bo jak "położę się wcześniej", to nie mogę zasnąć, przewracam się z boku na bok, a zasypiam dopiero o zwykłej porze... no, zasypiania ;) Czyli między dwudziestą trzecią trzydzieści a północą. Co według mnie i tak jest to wczesna pora, bo z tego, co stwierdzają moi znajomi, dla nich o tej godzinie zaczyna się wieczór... Hm, godne zastanowienia ;)

Ogólnie książka jest ciekawa, ale polecam raczej młodzieży do, mniej więcej, 16 lat - porady tam zawarte są starszym z pewnością znane, a kolorowe ilustracje to nie jest to, co ich zainteresuje :)

PS Książkę mogłam przeczytać dzięki mojej koleżance - Roksanie, której serdecznie dziękuję! ♥

sobota, 19 listopada 2011

Madagascar

J.E.Bright - "Dream Works Treasury. Madagascar", BUCHMANN

W chwilach, gdy za oknem zimno i plucha, często sięgam po jakąś niezobowiązującą, rozweselającą literaturę, taką, która sprawi, że nie będę się niczym przejmować i po prostu się rozerwę, czytając ją. Tak więc pomyślałam, że oparty na filmie animowanym pod tym samym tytułem "Madagascar" taką lekturą właśnie będzie. Zwłaszcza, że jest to książka raczej dla o wiele młodszych dzieci.
No i można powiedzieć, że się nie zawiodłam. Bo "Madagascar" jest idealny dla właśnie najmłodszych czytelników... no może nie tak całkiem małych... raczej takich, które umieją już czytać i nie przestraszy ich rysunek ludzkiego szkieletu dokładnie na stronie 47 :).

Zwierzęta spojrzały do góry i ku swemu przerażeniu ujrzały tylko ludzki szkielet, wiszący na spadochronie.
-A macie może jakichś żywych? - zapytał cichym głosem lew.
-Nie - odpowiedział szybko król Julian. - Tylko nieżywych.

Historia opowiada o tym, jak to czwórka przyjaciół: lew Aleks, zebra Marty (nie Marta!), hipopotamica Gloria i żyrafa Melman uciekają z nowojorskiego zoo. Zostają jednak złapani, wsadzeni do skrzyni i umieszczeni na statku. Są przekonani, że ludzie przenoszą je do innego zoo. Udaje im się jednak uciec na wyspę Madagaskar. Tam spotykają lemury i ich przywódcę - króla Juliana (on i zebra Marty to moje ulubione postaci! :)). Aleks przepędza foosy, które zagrażają lemurom i w ten sposób przybysze stają się miło widzianymi gośćmi... do czasu. Aleks jest bowiem mięsożercą, a na wyspie niewiele jest tego mięsa... oprócz lemurów i jego przyjaciół właśnie. Toteż gdy zgłodniały lew wgryza się w tyłek Marty'ego (co dla mnie było raczej śmieszne, niż przerażające) przyjaciele opuszczają go i uciekają do dżungli.

Okładka książki jest nawet, nawet. Mamy na niej głównego bohatera - czyli lwa Aleksa - na tle palm, plaży i oceanu, ogólnie mówiąc na tle wybrzeża Madagaskaru. Postać, tytuł, logo wydawnictwa i napis "Uwaga! Zawiera kultowe teksty" są wytłaczane. To nie jedyna książka z takiej serii. Mniej więcej w ubiegłym roku czytałam "Shreka". Jeszcze jedna zaleta: szybko się ją czyta. "Madagascar" przeczytałam w niecałe pół godziny, może to zasługa tego, że trzy czwarte książki stanowią wielkie ilustracje (dodam jeszcze, że są to kadry filmowe).

No, i jeszcze o postaciach. Jak już wspominałam, najbardziej lubię króla Juliana i zebrę Marty'ego. Obaj są niezwykli :) Pamiętacie pewnie chwytliwe "Wyginam śmiało ciało"? Chyba wszyscy to nucili, a młodsza siostra opowiadała, jak grali to na dyskotece w jej szkole... A Marty - za co jego polubiłam? Za oryginalność, odwagę, radosne usposobienie... i umiejętność obrócenia w żart nawet najbardziej stresującej sytuacji, jak  na przykład ta:

 Tymczasem na Madagaskarze Melman, który wpadł w ogromną depresję, wykopał sobie w piasku grób, postanowił bowiem umrzeć w dziczy.
 Aleks nie przestawał oskarżać Marty'ego.
-Wpędziłeś Melmana do grobu! - krzyczał.
-To jeszcze nie koniec świata - odparł przyjacielowi Marty. - Przecież to może być najlepsza rzecz, jaka nas w życiu spotkała.

piątek, 18 listopada 2011

Stosik nr 1 :)

Czas na znany Wam pewnie z innych blogów czytelniczych stosik książkowy. Mój jest mały, ale to dlatego, że nie mam zbyt wiele czasu na czytanie (przygotowuję się do próbnych egzaminów gimnazjalnych...). Przepraszam również za jakość zdjęcia, postaram się to poprawić w przyszłych stosikach, które, mam nadzieję, pojawią się niedługo :).
A tak przy okazji, zmieniłam trochę "image" bloga, moim zdaniem ten jest ładniejszy :)

A OTO STOSIK:
OD GÓRY:
1. Gdy moja śliczna śpi, Mary Higgins Clark - kryminał z biblioteki. Już nie mogę się doczekać! :)
2. Z kim płaczą gwiazdy, Ewa Barańska - z biblioteki.
3. Matilda, Roald Dahl - od koleżanki. Wersja angielska, wprawdzie trochę streszczona. Pamiętacie pewnie, bo już wspominałam o tym, że tłumaczę.
4. Naznaczona, P.C.Cast + Kristin Cast - moja własna. Czytałam, ale mam zamiar to zrobić jeszcze raz. Dobrych książek nigdy za wiele!
5. Gone. Zniknęli. Faza pierwsza: niepokój, Michael Grant - moja własna. Dostałam od Mamy na urodziny ponad rok temu, a nadal nie przeczytałam :) Przeleżała gdzieś na półce, zapomniana. Może wreszcie uda mi się po nią sięgnąć...

To nie wszystkie książki, które zamierzam przeczytać w najbliższym czasie. Jak już wspominałam, wybieram się w sobotę... czyli jutro... do salonu Empik na książkowe zakupy. Mam w planach "Monster High, Upiór z sąsiedztwa", "Anielski ogień" lub "Bogini oceanu". Jestem rozdarta - co wybrać? Zastanawiam się nad pierwszą i trzecią - na drugą po przeczytaniu recenzji z innych blogów częściowo straciłam ochotę...
No nic. Pójdę, zobaczę, wybiorę. A na razie pozdrawiam Czytelniczki i Czytelników!

czwartek, 17 listopada 2011

Monster High. Upiorna szkoła

Lisi Harrison - "Monster High.Upiorna szkoła", Bukowy Las


Seria o potworach podbija świat. A ostatnio zainteresowała się nią Ewa Farna (wokalistka - przypominam dla tych, co nie wiedzą) - przepraszam, ale BYŁAM PIERWSZA! :) Rzeczywiście, zwariowałam na punkcie tej serii. Głównie dlatego, że odróżnia się czymś od innych książek, czymś, czego nie potrafię nawet określić. Ale przejdźmy do rzeczy.

Głównymi bohaterkami są dwie dziewczyny - jedna to śmiertelniczka Melody Carver, druga, Frankie Stein, została stworzona w laboratorium przez swojego ojca, Victora. Obie są nowe w szkole Merston High - tak naprawdę brzmi jej nazwa, to uczniowie przekonani, że w okolicy i w szkole grasują potwory, nieoficjalnie zmienili ją na "Monster High". Melody przyjechała do Salem z Beverly Hills, razem z rodzicami i kapryśną starszą siostrą. Candace jest niezadowolona z przeprowadzki, ale dla rodziców ważne jest dobro ich młodszej córki - Melody. Natomiast Frankie... już wiecie, że stworzył ją jej ojciec, szalony naukowiec. Dziewczyna ma piętnaście dni, a wygląda na piętnaście lat. W dodatku musi ukrywać wszelkie ślady tego, że nie jest zwykłą istotą - a więc śruby, szwy i zieloną skórę, nosząc gryzące, wełniane swetry i nakładając grubą warstwę makijażu - uwaga - na całe ciało. Nie jest to jednak jej wybór. To rodzice - Viktor i Viveka bezwzględnie zakazują jej ujawniania swojej tożsamości. Dziewczyna jest rozdarta - w popularnych magazynach dla dziewczyn wciąż piszą o tym, jak to nie warto bać się pokazać swojej prawdziwej twarzy i prawdziwego "ja", a tutaj tyle zakazów, reguł i zasad... Melody natomiast, po pozbyciu się garbka z nosa (dzięki chirurgicznemu zabiegowi) i ataków astmy (głównie przez przeprowadzkę do miejsca, gdzie jest pełno świeżego powietrze), chce zacząć życie od nowa, jako gwiazda w szkole. Czuje się jednak odrobinę nieswojo w nowym miejscu, aż do chwili, gdy poznaje Jacksona. Chłopak skrywa w sobie pewien sekret...

Na początku żadna z nich nie radzi sobie zbyt dobrze z zawieraniem znajomości. Wkrótce jednak i Frankie, i Melody zdobywają nowe przyjaciółki (ta pierwsza królową szkoły i jej, hm, "poddane", a druga - dziewczynę, która pragnie w przyszłości napisać książkę, i jej asystentkę) i... wspólnego chłopaka. Okazuje się być nim Jackson, a jego sekret polega na tym, że on, jak Frankie, nie jest zwykłym człowiekiem. Można powiedzieć, że cierpi na rozdwojenie jaźni, choć tak naprawdę... nie cierpi zbyt z tego powodu :) A jako "ten drugi" uważa się za niejakiego D.J.a i podoba mu się Frankie, którą pieszczotliwie nazywa "iskierką".

 Przez te kilka ostatnich minut przed wschodem słońca Melody zdążyła opowiedzieć o swoim zadurzeniu w Jacksonie Jekyllu, o jego problemach z wysokimi temperaturami, o matce chłopaka, pani J., o jego pokręconym przodku i jego... poniekąd... potomku - D.J.u Hydzie.
 Następnie w skrócie streściła im historię Bekki, jej zazdrości, Bretta, pocałunku, incydentu z głową, nagrania Jacksona, szantażu, miejsca Frankie w całej sprawie, uciekającego czasu... Podsumowując, przyznała, że kompletnie nie wie, co teraz zrobić.
-Powiedz mi tylko, czy dobrze kombinuję - przerwał jej w pewnym momencie D.J., uśmiechając się promiennie. - Można więc powiedzieć, że obie jesteście moimi dziewczynami?
 Melody wyglądała na zniecierpliwioną.
-Teoretycznie tak.
-Super! - zawołał.

Dziewczyna przy okazji odkrywa, że nie jest jedyną "inną" w szkole, że oprócz niej jest cała banda potworów, które wolą się nazywać Ruchem Atrakcyjnie Dziwnych - w skrócie RAD. Zaś pozostali to normalsi.

-Jesteśmy przedstawicielami wyjątkowej grupy, pochodzącej od postaci, które normalsi zwykli nazywać potworami - wytłumaczyła Viveka. - Sami wolimy skrót RAD.
-Czyli Ruch Atrakcyjnie Dziwnych - uzupełnił Viktor. [cytat str. 40]

Tak sobie właśnie myślę, że w czasach, gdy prym w literaturze wiodą powieści o wampirach, to książki, które o krwiopijcach nie traktuą stały się towarem deficytowym. Lisi Harrison, pisząc o potworach na równi z ludźmi, w pewien sposób ominęła standardy i trendy w obecnej literaturze. I chociaż swój wątek w powieści ma wampirka Draculaura, to nie brak tam innych równie oryginalnych postaci.
Hasło na tylnej okładce książki - "Nie bądź jak inni - wyróżnij się z tłumu!". jest moim zdaniem idealnym sposobem na zachęcenie do jej przeczytania. A przednia strona okładki, mimo, że jest raczej prosta (i chwała Bogu za to, że nikt tu nie próbował przedobrzyć i powstawiać rysunek postaci z animowanego serialu, bo chociaż i one są ładne, to jednak naprawdę wolę tę okładkę), bardzo mi się podoba. Zwłaszcza błyszcząca świecąca, wytłaczana czaszka :)

Historia Melody i Frankie oraz pozostałych bohaterów książki spodobała mi się na tyle, że postanowiłam kupić wszystkie tomy serii. Jeszcze niedawno w napięciu czekałam na ukazanie się "Upiora z sąsiedztwa", a teraz myślę, że w sobotę udam się do Empiku, żeby ową książkę kupić (na szczęście dostałam niedawno gotówkę od cioci, więc pieniądze mam).

Tak więc, jeśli chcecie wiedzieć, jak to wszystko się zakończy (a w zasadzie zacznie, bo to dopiero początek serii :)), zajrzyjcie do tej książki. Szczerze polecam!
A dla chętnych zapoznania się z całą serią oraz filmikami "Monster High" podaję adres oficjalnej polskiej strony

Ala Makota. Notatnik sfrustrowanej nastolatki 2

I znów wczoraj nie było postu...
A to dlatego, że jestem teraz zajęta tłumaczeniem z języka angielskiego książki Roalda Dahla "Matilda" z wydawnictwa Penguin Readers. Wprawdzie ma ona jakieś czterdzieści stron, więc diabelnie mało, i tłumaczenie idzie mi dość szybko (gdy się ma całe sterty słowników polsko-angielskich...:)) ale trochę czasu to zabiera.

Małgorzata Budzyńska - "Ala Makota. Notatnik sfrustrowanej nastolatki 2", Świat Książki
 - "Ala Makota 2". 

Ala ma kota - krótka historia podręcznika
Pamiętacie pewnie słynne zdanie "Ala ma kota", którego autorem był Marian Falski. A teraz ciekawostka - początkowo fraza brzmiała "Ala ma Asa" - dopiero w kolejnych wydaniach książki "Elementarz" można zobaczyć przytoczone wyżej hasło. A doczekała się ona aż 84 wydań! Poraz pierwszy wydano ją w 1910 roku, ale korzystano z niego przez cały XX wiek. No, to tyle z historii elementarza, a teraz o właściwej książce, którą recenzuję - "Ala Makota 2". Zastanawiacie się, czemu zaczynam od dwójki, pomijając pierwszą część? Niestety, pierwszą, choć czytałam, to słabo pamiętam, bo było to dość dawno, a treść drugiej jeszcze sobie przypomnę :)


Ala Makota (tak, bohaterka naprawdę się tak nazywa, i jest to przyczyną sporej liczby nieporozumień) i jej przyjaciółka Puszka jadą do Hiszpanii na wakacje. Ala poznaje tam chłopaka, który się w niej zakochuje.

Dreszcz mnie przeszedł, a on powiedział "bjutiful"*
*zachowana oryginalna pisownia :)

Puszka również poddaje się urokowi jednego z Hiszpanów, ale Makota nie potrafi zapomnieć o swoim byłym chłopaku, Danielu. Mimo wszystko dziewczyny świetnie się bawią na wakacjach, poznają Elwirę, która prowadzi sklep i, ku zaskoczeniu przyjaciółek, jest Polką. Ale wakacje się kończą, czas więc powrócić do nudnej, szarej rzeczywistości. A tam... rozwód rodziców Ali. Można by pomyśleć, że dziewczyna naprawdę nie ma łatwo, ale... czy tylko ją jedną to spotkało?

Autorka - Małgorzata Budzyńska - pisała tę książkę (w zasadzie całą serię) i chyba szczególnie adresowała ją do nastolatek. Starszy czytelnik nie znajdzie tu bowiem czegoś, co by go zainteresowało, przykuło jego uwagę. Znudzi się po kilku stronach. Bo problemy typowych nastolatek - jak to, na przykład, że "ON nie chce się ze mną umówić!" albo "Co mam włożyć na dyskotekę?" - kompletnie go nie obchodzi. Moim zdaniem, gdyby autorka wplotła w fabułę coś, co z chęcią przeczytałaby każda grupa wiekowa czytelników, wyszłoby to korzystniej dla jej książki. Chociaż i tak seria ma ogrom fanek w całej Polsce :)

Książkę czyta się szybko i łatwo, może dlatego, że pełno w niej młodzieżowego słownictwa, którego Ala nadużywa, poza tym często wplecione są sformułowania jakby kogoś młodszego - poprzestawiane szyki zdań to chyba niezbyt dobry przykład dla czytelnika, bo przecież często korzystamy z książek, by - jeśli chodzi o szkołę - napisać dobre wypracowanie. Dodatkowo mamy tu cytaty - często także znanych osób - i wiele z nich bardzo mi się spodobało. Mogę więc wam polecić tę książkę ze względu na same cytaty ;)
Więcej o serii "Ala Makota" znajdziecie TU.

wtorek, 15 listopada 2011

Peggy Sue i duchy. Sen demona

Serge Brussolo - "Peggy Sue i duchy. Sen demona", Albatros

Pisałam już o pierwszej części cyklu powieści o dziewczynce noszącej tajemnicze okulary - "Dzień niebieskiego psa". W poprzednim odcinku :) Peggy rozprawiała się z Niewidzialnymi (przypominam: duchami) i usiłowała doprowadzić miasto do porządku, co nie było łatwe, bo wszystkim kierował mały, niebieski kundelek (ale więcej TUTAJ)


W tej części Peggy już nie ma nic przeciwko niebieskiemu psu, ba, nawet się z nim zaprzyjaźnia i od tej pory kundelek jej pomaga. A ma w czym. Ojciec Peggy znajduje pracę na opuszczonym lotnisku - ma strzec samolotów w hangarach. Problem w tym, że lotnisko jest bardzo daleko od najbliższych osad, znajduje się na pustyni, jest tam okropnie gorąco i... niedługo zaczyna brakować wody. Peggy jest przekonana, że to sprawka Niewidzialnych, zwłaszcza, że po tym zdarzeniu psuje się samochód rodziny. Dziewczynka ma rację - to rzeczywiście dzieło duchów.

Jakby tego było mało, Peggy dowiaduje się od jednego z przyjaznych mężczyzn, że nad pustynią grasuje fatamorgana, do której mogą się dostać jej bliscy, a nawet ona sama. I tak się dzieje - na początku fatamorgana "połyka" rodziców i starszą siostrę Peggy - Julię, a zaraz potem dziewczynka rusza im na ratunek. Towarzyszy jej pies.

Od tego momentu książkę czyta się dosłownie jednym tchem. Nieoczekiwane zwroty akcji, nowi bohaterowie, historie mrożące krew w żyłach i nie taka słodka rzeczywistość w fatamorganie sprawiają, że książka zyskuje same plusy. Ja sama podczas jej czytania czułam się, jakbym była w krainie fatamorgany :). Peggy poznaje nastolatków, którzy na początku stoją za nią murem i chcą jej pomóc w obudzeniu olbrzyma-demona, który stoi za całą tą sprawą. Ale niektórzy tchórzą, bo po drodze czeka wiele niebezpieczeństw, niektórzy dają się nabrać urokom fatamorgany lub zostają zaczarowani, a niektórzy po prostu odwracają się od niej, właśnie w tej chwili, gdy ich najbardziej potrzebuje. Zdrajcą okazuje się też... niebieski pies, którego Niewidzialni skusili propozycją zostania człowiekiem...

Swój wątek w powieści ma również chłopiec, który kilkadziesiąt lat temu wszedł do fatamorgany, jako nastolatek, ale nie mógł z niej wyjść. Chłopiec ma na imię Sebastian i Peggy ulega jego urokowi. Niestety, historia ich, hm, miłości nie ma szczęśliwego zakończenia, chociaż można się dopatrywać pewnych zalet takiego wyboru autora. No cóż, może autor jednocześnie chciał nie rozdzielać Peggy i Sebastiana, ale również nie chciał, by ta historia zakończyła się szczęśliwie pod każdym względem. W końcu to nie jakiś ckliwy romans, tylko porządna książka science-fiction dla młodzieży :)

Ulica Strachu

R.L.Stine - seria "Ulica Strachu", Siedmioróg

Stine - Cicha noc - R. L. Stine Iwona Żółtowska Danuta Sadkowska Udało mi się przeczytać prawie wszystkie książki z tej serii - niestety, PRAWIE,  bo nigdzie ale to nigdzie (w żadnej księgarni, bibliotece czy u znajomego) nie mogę znaleźć jednej części, a mianowicie "Zabawić się latem". Z Internetu nie ściągnę, bo to nielegalne :), ani nie kupię, bo nawet szukałam kiedyś, ale nie było chyba nawet na Allegro i stronie wydawnictwa. Kiedyś chciałam zakupić całą serię, ale udało mi się wypożyczyć w bibliotece... oprócz tej jednej oczywiście :). No cóż. Może jeszcze kiedyś będę miała okazję przeczytać. Na razie zrecenzuję pozostałe.

"Ulica Strachu" to seria kryminalno-sensacyjna. W każdej części jest mowa o innych bohaterach, i zupełnie innym przypadku. Mamy, na przykład, tytuły: "Złowrogi księżyc" - o dziewczynie, która nie wiedząc w jaki sposób staje się wilkołaczką, "Koszmarne sny" - o dwóch siostrach, które przeprowadziły się do nowego domu i jedną z nich dręczą właśnie... koszmarne sny :), "Cicha noc" - kryminał o świątecznym klimacie, bardzo dobrze się czyta, i wiele innych.

Książki czyta się dobrze, z właściwym temu tematowi i gatunkowi powieści napięciem i oczekiwaniem na kolejne wydarzenia. Każdy rozdział kończy się znakiem zapytania, i po prostu musisz przewrócić stronę, żeby dowiedzieć się, co jest dalej, bo inaczej, nie usiedzisz w miejscu ;) Mówię (a raczej piszę) to z własnego doświadczenia.

Robert Lawrence Stine pisze głównie dla młodzieży. Mówi się o nim "Stephen King dziecięcej literatury". Powieści Kinga jeszcze żadnej nie miałam w rękach, ale może niedługo czegoś poszukam. R.L. Stine napisał wiele książek, na których wypisanie tu nie mam, niestety, zbyt dużo miejsca, dlatego zostawię wam link do Wikipedii, z którego skorzystacie, jeśli zechcecie. Tak więc więcej informacji o autorze serii "Ulica Strachu" znajdziecie TU

Mi najbardziej podobały się części: "Zamiana" (trzymająca w napięciu do ostatniej strony, naprawdę świetna, długo po jej przeczytaniu zastanawiałam się, co by było, gdybym ja zamieniła się z kimś ciałem, a potem ten ktoś wywinąłby mi taki numer... W książce okazało się to wprawdzie imaginacją, ale...), "Koszmarne sny" (pisałam o tym wyżej, dziewczyna ma tytułowe koszmarne sny, za którymi stoi... tego nie zdradzę, koniecznie przeczytajcie!), "Co usłyszała Holly" (jak niedawno "Dziewczyna w czerwonej pelerynie", tak tam była "Dziewczyna z niebieskim szaliczkiem") i "Wyzwanie" (o chłopaku, który w ramach zemsty chciał... zabić swojego nauczyciela).

niedziela, 13 listopada 2011

Świat nocy. Dotyk wampira

L.J.Smith - "Świat nocy. Dotyk wampira", Amber

L.J.Smith to autorka znanej i sfilmowanej jako serial bestsellerowej serii "Pamiętniki wampirów". Z jej książkami stykam się często, ale zwykle nie czytam całych, bo trochę mnie nudzą :). Dziś chciałabym opowiedzieć (a raczej napisać) o jej książce "Dotyk wampira" z serii "Świat nocy".

Na początek o czymś, z czym stykam się w prawie każdej obcojęzycznej książce. Tytuł angielski brzmi "Secret vampire" - jak ja nienawidzę, gdy tytuł oryginalny różni się od polskiego! Przecież "secret" to nie "dotyk", tylko (przytaczam ze słownika): tajny, cichy, tajemnica, sekret. Chyba kiedyś napiszę w tej sprawie do jakiegoś wydawnictwa... a najlepiej do wszystkich, bo prawie zawsze jest tak, że tytuł oryginalny jest inny niż polski.

Książka rozpoczyna się dość intrygującym, ale też szokującym zdaniem: Pierwszego dnia wakacji Poppy dowiedziała się, że umrze. Potem mamy pierwszy wakacyjny poranek, a kilka dni później Poppy już wie, że ma raka. Dowiaduje się też o tym jej wieloletni przyjaciel, James, który... jest wampirem. Postanawia uratować dziewczynę od śmierci... a jedynym na to sposobem jest przemienienie jej w wampira.

Akurat ta książka L.J.Smith mi się podobała. Ale pamiętam, że gdy ją czytałam, cały czas martwiłam się, czy nie mam raka jak bohaterka. Tak - jestem hipochondryczką i niestety, nie ułatwia mi to życia... a wręcz przeciwnie :).
Jedynie zakończenie jest smutne - Poppy wyjeżdża i opuszcza swoją rodzinę. No tak, jest wampirem, musi więc żyć z daleka od ludzi - to byłaby niepotrzebna pokusa. Jej matka jest przekonana, że Poppy nie żyje, prawdę zna tylko brat Phil. Dziewczyna pożegnała się z matką, gdy ta spała:

Ale najpierw Poppy musi coś zrobić.
Zakradła się po cichu do wielkiego łoża, jak cień, nie budząc śpiących. Przystanęła przy nieruchomej postaci matki.
Popatrzyła na nią, potem przemówiła myślami.
Na pewno myślisz, że to sen, mamo. Nie wierzysz w duchy. Ale muszę ci powiedzieć, że u mnie wszystko w porządku. Jest mi dobrze, czuję się szczęśliwa i chociaż nie rozumiesz, proszę, postaraj się uwierzyć. Tylko ten jeden raz uwierz w to, czego nie możesz zobaczyć.
 Przerwała.
 Kocham cię, mamo. I zawsze będę kochała.
 Kiedy wychodziła z sypialni, matka nadal spała. Uśmiechała się przez sen. [cytat str.170]

Ten fragment bardzo mnie wzruszył. Ja chyba nie opuściłabym swojej rodziny, nawet gdybym musiała :). Zamierzam zapoznać się z kolejnymi książkami L.J.Smith (tak na marginesie, L.J. czyli Lisa Jane) - zwłaszcza tymi z serii Świat Nocy, bo myślę, że mogą być dobre :)

Upiorna rodzinka. O rety, ukradli mi gacie!

Klara Maciejewska - "Upiorna rodzinka. O rety, ukradli mi gacie!", Wydawnictwo Dolnośląskie

Jeśli wydawało się wam, że to właśnie wy macie koszmarną, upiorną rodzinkę z piekła rodem to... tak się wam tylko wydawało! Poznajcie Witka, Grzędziuszkę, Mamusię i Tatusia - czyli tytułową upiorną rodzinkę. Niby są normalni - wstają rano, jedzą śniadanie, dzieci idą do szkoły, a rodzice do pracy... No właśnie - tak naprawdę nie idą do żadnej pracy. Prowadzą pensjonat... w którym straszy. A dzieci pomagają im w tym.

I tak mamy na przykład Wesoły Pokoik w pensjonacie. Jego nazwa jest jednak bardzo myląca, bo pokoik ani trochę nie jest wesoły - dzieci robią sobie żarty z pana Bizona, który w nim zamieszkuje i stąd mamy tytuł szóstej części serii o upiornej rodzince - "O rety, ukradli mi gacie!". Teraz zgadnijcie, kto te gacie ukradł :).

Oprócz tej mamy jeszcze trzy równie śmieszne historie.

sobota, 12 listopada 2011

Zemsta

Aleksander Fredro - "Zemsta", Greg

GREG ZEMSTA TWARDA OPRAWA"Zemstę" czytałam w ubiegłym roku, podczas omawiania jej jako lekturę na języku polskim. W opracowaniu jako charakterystyka gatunkowa książki widnieje wyrażenie "komedia charakterów". Komedia? Dla mnie jakoś było tam mało śmiesznych scenek. No, może jedynie postać Papkina mnie bawi. Aha, i jeszcze słynne powiedzonko Cześnika - "mocium panie". Ale "Zemsta" wcale nie czytała mi się dobrze. Już chyba wolę "Zmierzch".

Pokrótce historia opowiada o tym, jak to dwóch sąsiadów, a mianowicie Cześnik i Rejent, spierali się o mur graniczny. Jeden chciał go zburzyć, drugi zostawić. Dodatkowo pojawiają się wątki miłosne - Klary i Wacława na przykład -, wątek planów małżeńskich Cześnika, wątek Papkina, Podstoliny i pozostałych postaci.

Krótko mówiąc: mi się nie podobało. Jeśli ktoś ma słabość do klasyki, to oczywiście z pewnością odnajdzie zalety Zemsty, ja niestety nie należę do ludzi, którzy lubią takie książki...

piątek, 11 listopada 2011

Klub Tiary

Vivian French - seria "Klub Tiary", Zielona Sowa

Księżniczka Charlotte i Urodzinowy BalPierwszy raz spotkałam się z tymi książeczkami, widząc je parę lat temu w magazynie "Victor Junior". Potem pierwszą część dostałam od cioci, następną od mamy, a resztę (choć nie wszystkie) kupiłam sobie sama. Ile to poszło pieniędzy! Niedawno podczas robienia przeglądu i remanentu w książkach oddałam prawie całą serię, zostawiając sobie trzy tomiki: pierwszy, drugi i dwunasty. Nie wiem, co zarządziło takim wyborem - może gdyby ustawić obok siebie jedynkę i dwójkę to robi się dwunastka? :) Tak czy owak, trzy książki zostały.

Seria opowiada o młodych księżniczkach, które uczęszczają do Akademii Księżniczek. W każdej części narratorką jest inna dziewczynka. Perypetie księżniczek starszych by po prostu znudziły, bo seria jest wyraźnie kierowana do małych dziewcząt marzących o tym, by w przyszłości rządzić jakimś państwem :). Czytaj: do pokolenia Barbie i koloru różowego. Duże litery, wielkie ilustracje i treść są odpowiednie dla młodych czytelniczek. No więc na prezent gwiazdkowy (niedługo święta!) jak najbardziej polecam córkom, siostrom czy wnuczkom :)

Książki nie są jednak tak ogłupiające, jakby się mogło wydawać. Wręcz przeciwnie. Może i są dla mało wybrednych czytelników, może ponad połowa to ilustracje, ale mamy tam  lekcje o dobrych manierach i zachowaniu księżniczki. Możliwe, że po lekturze którejś z części dziewczynka nie będzie musiała zostać upominana, sama z siebie będzie przestrzegać czegoś w stylu zasad "królewskiej etykiety" - czyli w naszym przypadku zwyczajnego savoir-vivre.Okładki są śliczne. Przykuwają uwagę, są kolorowe i na każdej widnieje obrazek głównej bohaterki (czyli narratorki) książki. Gdybym miała kupę kasy, skusiłabym się na całą serię choćby dla samych okładek :). Ale z braku pieniędzy i miejsca na półkach, oddałam książki do antykwariatu i teraz czekam, aż się sprzedają :).

Kolejne serie to "Klub Tiary. Srebrne wieże", "Klub Tiary. Rubinowy pałac".
Strona internetowa serii TUTAJ

Elita

Lisi Harrison - "Elita", Amber

87028.jpgI znów coś, co dawno czytałam. Niestety, nie mam czasu, by przebrnąć przez niektóre książki ponownie, bo czytam inne, albo po prostu się uczę... albo leniuchuję :).

Do szkolnej elity w tej książce należą: Massie, Dylan, Alicia i Kristen. Massie jest jej liderką. Niestety (dla Massie) w odwiedziny do jej rodziców przyjeżdża przyjaciel ojca z czasów studenckich... razem ze swoją córką Claire. Owa Claire nosi niemodne ciuchy, w ogóle jest jakaś dziwna i nie pasuje do elity, ale przyczepia się do Massie jak rzep psiego ogona. Wobec czego liderka grupy razem z przyjaciółkami postanawiają zamienić szkolne (i pozaszkolne) życie Claire w piekło. Najbardziej w pamięć zapadła mi scenka, gdy podczas plastyki jedna z dziewczyn niby przypadkiem pochyla się w stronę Claire, przy okazji specjalnie pociąga pędzlem po jej białych spodniach. Pędzel był umoczony w czerwonej farbie :).

Książka to coś w stylu "Plotkary", więc wielbicielom przygód mieszkańców Manhattanu ta książka powinna się spodobać. A w serii: "Elita", "Klub byłych przyjaciółek", "Najlepsze przyjaciółki na zawsze", "Podrywaczka atakuje", "Zemsta klasowych piękności".

Wyspa Nim

Wendy Orr - "Wyspa Nim", Zielona Sowa

Tę książkę czytałam dość dawno (jak zresztą wiele ze zrecenzowanych tutaj), więc słabo pamiętam szczegóły i fabułę, ale mniej więcej wiem, o co tam chodziło. Może uda mi się coś napisać :)

Na wyspie mieszka dziewczynka imieniem Nim, razem ze swoim ekscentrycznym ojcem i dość dziwnymi przyjaciółmi, którymi są... iguana i lew morski. Ten pierwszy nosi imię Fred, a drugi - Selkie. Nim nie ma mamy, straciła ją w dość dziwny, ale smutny sposób. Otóż jej matka była badaczem i któregoś dnia (co było moim zdaniem bardzo nierozsądne) zdecydowała zbadać brzuch wieloryba. No dobra, gdyby tylko ten wieloryb na przykład był martwy - to pewnie dobrze by się dla niej skończyło. Ale wieloryb był jak najbardziej żywy, w dodatku pojawili się turyści i wystraszyli płetwala, który spanikował i dał nura w głębiny oceanu. Matka dziewczynki przepadła razem z wielorybem. Nim przyjaźni się również z podróżnikiem i pisarzem Alexem Roverem. Nie wie, że słynny, odważny bohater w rzeczywistości jest... nieśmiałą, lękliwą kobietą. Gdy więc Nim prosi Alexa (a raczej Alexandrę) o pomoc, bo jej ojciec znika, ten (a raczej ta) musi pokonać lęki i wyruszyć w świat, który zawsze ją przerażał.

Właściwie jest to całkiem sympatyczna książeczka, do której nie mam się przyczepić. Mamy i humor, i akcję, i niebezpieczeństwo, i radość, i niepokój, i łzy, są ludzie i zwierzęta, ląd i ocean. Są więc wartości przeciwstawne, mamy kontrasty, ale to właśnie dlatego książka jest tak interesująca.
Na podstawie powieści powstał film "Wyspa Nim" z Jodie Foster jako Alex, Abigail Breslin jako Nim i Gerardem Butlerem jako Jack - ojciec dziewczynki. Trochę różni się od książki, ale która adaptacja filmowa jest w stu procentach zgodna  ze swoim pierwowzorem? :)

czwartek, 10 listopada 2011

Henryśka

Martine Murray - "Henryśka - drugiej tak wspaniałej nie znajdziecie", "Henryśka wielka odkrywczyni", "Henryśka dostaje list", Zielona Sowa


Tym razem postanowiłam opisać całą serię w jednym poście. Od czego zacząć? Chyba najpierw przedstawię wam Henryśkę, czyli sympatyczną dziewczynkę, z którą na pewno można by się zaprzyjaźnić... gdyby istniała naprawdę :). No więc tak. Henryśka ma małego braciszka Alberta, dwie białe myszki, psa koloru czekolady, wełnianego mamuta, dwie długie zielone skarpetki z palcami, jedną piklożerną przyjaciółkę Oliwkę Idzikowską i wannę do żeglowania. I jeszcze całkiem sporo innych rzeczy i osób.

W pierwszej części poznajemy Henryśkę i odkrywamy z nią coraz to nowe... hm... "cosie" :). Henryśka daje nam też przepis na to, jak stać się zwierzakiem (nie zdziwcie się więc, gdy dzieci po lekturze tej książeczki zaczną pohukiwać, latać po domu z listkiem przyczepionym do majtek i robić inne różne dziwne rzeczy, które wymieniła Henryśka) i opowiada, kim chciałaby być. "Nie królem, ponieważ królom nie wolno puszczać bąków" - mówi (hahaha!).
Aha, zapamiętajcie jedno słowo z tej książeczki, uwaga, brzmi ono tak:
SZEEZAAAMAGEEZA. Słowotwórstwo, zabawy słowami i cytaty Henryśki są po prostu genialne :).

W drugiej części Henryśka znów coś odkrywa. Na przykład musi znaleźć dom dla Ryśki. Ryśka jest zagubiona i znikają jej kropki. No więc przyszła królowa Szeroko Obszernego Długiego Odjazdowego Wybrzeża Zagubionych Skarpetek rozpoczyna swoją akcję i szuka domu Ryśki razem ze swoją przyjaciółką Oliwią. Ponadto pojawia się potwór, który jest owłosiony, spocony, cuchnący, ma smarki, kłaki i grzybicę (fuuuuuj!), a Henryśka mówi na jego widok... SZEEZAAAMAGEEZA. :)

W trzeciej części natomiast Henryśka dostaje list (hm, mówi to już sam tytuł :)). Na dodatek coś czai się pod jej łóżkiem! Henryśka jest pewna, że to nie żaden krokodyl, nosorożec czy potwór, a potem okazuje się, że to Malwinka Majowa Rosa - mała wróżka - spała w jej skarpetce. I ta część chyba najbardziej mi się podobała. Nie wiem, dlaczego, może mam jakieś upodobanie do magii...? :)

Książki czytałam kilka lat temu młodszej siostrze, ale chyba niedługo znów po nie sięgnę. Dlaczego? Bo uważam, że seria o Henryśce jest uniwersalna, może ją czytać każdy. I, jak również pisze wydawnictwo, "to wspaniała lektura nie tylko dla najmłodszych, ale dla każdego, kto ma bujną wyobraźnię".

Koszmarny Karolek i straszliwy śniegowy potwór

Francesca Simon - "Koszmarny Karolek i straszliwy śniegowy potwór", Znak

Na początek tekścik z tylnej okładki: "Czy chcielibyście dowiedzieć się, jakich przezwisk bardzo nie lubi Damianek, jak przekonać Bogatą Ciocię Bellę, by w testamencie zapisała Karolkowi dużo pieniędzy i jak nazywa się ulubiony pisarz Karolka? Jeśli tak, to sięgnijcie do cyklu książeczek o przygodach Koszmarnego Karolka, okropnego synka rodziców, którzy pragną uczynić z niego grzecznego chłopca i nie zawsze im się udaje...". 

A ja dodam do tego jeszcze jedno: NIGDY im się to nie udaje. Karolek jest nieposłuszny, koszmarny, wredny, podstępny... ale co z tego, skoro jego przygody i pomysły rozbawiają do łez? Czasem są tak absurdalne czy wręcz głupie, że nie wyobrazilibyśmy ich sobie w naszym życiu. Na szczęście istnieje coś takiego jak literatura i w książce możemy zawrzec nasze pomysły, marzenia czy też inne sprawy, które wydarzyły się w naszym życiu albo nie, i dlatego przynajmniej chcemy się nimi podzielić z innymi poprzez książkę. Francesca Simon jest genialną pisarką dla dzieci. Sama nie wiem, jak, ale uwielbiam każdą część przygód wykreowanego przez nią Koszmarnego Karolka. A w tym tomiku Karolek zyskuje coś w rodzaju nowego oblicza, jakąś zaletę - bo przecież mowa tam o ULUBIONYM PISARZU Karolka. To znaczy, że Karolek jednak czyta książki! Byłam mile zaskoczona tym faktem, że autorka nie stawia postaci Karolka w jednym, złym świetle, jako bohatera niewartego naśladowania, ale przypisuje mu jedną ważną zaletę.

To przesłanie zapamiętajcie też wy: naprawdę warto czytać książki! I będę to powtarzać jeszcze nie raz :).

środa, 9 listopada 2011

Dynastia Miziołków

Joanna Olech - "Dynastia Miziołków", Egmont


Świetna książka - to mówię na wstępie.

Główny bohatek to Miziołek, zwany tak przez rodzinę i kolegów. Sam już nie wie, jak ma na imię, a "Miziołkiem" został od chwili, gdy wydeklamował wyliczankę "aniołek, fiołek, róża, bez, kowalia, balia, wściekły pies..." - z tym, że słowo "fiołek" zastąpił wyrazem "miziołek". Oprócz niego w książce mamy też nieogarniętego tatę czyli Papiszona, mamę (Mamiszona), która zachowuje się jak nastolatka (dowodem oszukiwanie podczas gry w karty, ciągłe gubienie rękawiczek i nałogowe czytanie "Chatki Puchatka"), młodsza siostra Kaszydło, która wierzy w świętego Mikołaja i najmłodsza "pieszczotliwie" zwana przez Miziołka Małym Potworem, odpłacająca się (przynajmniej moim zdaniem :)) za przezwisko gryzieniem przegubu brata. Nie wiem czemu, ale mi książka ta przypomina serial "rodzinka.pl", choć w TV mamy trzech chłopców, zaś tu przewaga liczebna należy do płci żeńskiej.

Perypetie Miziołka, jego przyjaciół i krewnych rozbawią was do łez. A ilustracje autorki idealnie dopełniają całości.