piątek, 30 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011

Prawdopodobnie jutro nie będę miała czasu na zrobienie podsumowania tego roku, tak więc piszę to już dziś. Moja przygoda z Bloggerem rozpoczęła się piątego listopada 2011, a więc stosunkowo niedawno, bo półtora miesiąca temu. Niestety, pomimo usilnych starań nie udało mi się nawiązać współpracy z żadnym portalem czy wydawnictwem (oprócz tego, że założyłam konto w serwisie Lubimy Czytać), ale myślę, że na to jeszcze przyjdzie czas ;)
 A teraz pora na swoiste podsumowanie :)
Liczba książek przeczytanych: 90
Liczba książek zrecenzowanych: 40
Liczba odwiedzin na blogu: 825 (wow, to naprawdę niesamowite! W tak krótkim czasie!)
Liczba komentarzy: 35
Liczba obserwatorów: 12

Oprócz polskich bloggerów miałam gości również z Francji, Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Rosji, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Mołdawii i Ukrainy. Największą liczbą wyświetleń może poszczycić się post Moje TOP 10 świątecznych filmów.

To chyba tyle... Jestem zadowolona - prowadzę bloga tak krótki okres, a wyniki są naprawdę imponujące! Dziękuję Wam za to! ;*

Wszystkim chciałabym złożyć życzenia: Szampańskiego sylwestra (znajdźcie choć minutę na książkę ;-)), dobrej zabawy i szczęśliwego Nowego Roku!

czwartek, 29 grudnia 2011

Madame Sadayakko. Gejsza, która uwiodła Zachód

Lesley Downer - "Madame Sadayakko. Gejsza, która uwiodła Zachód", Świat Książki


Przyznaję, że była to pierwsza książka o Japonii, którą przeczytałam. Mimo, że wcześniej pożyczałam od koleżanki "Wyznania gejszy", nie dobrnęłam do końca, bo niespecjalnie spodobała mi się tematyka japońska. Pewnego dnia w bibliotece zobaczyłam jednak książkę "Madame Sadayakko..." i coś sprawiło (do tej pory nie wiem, co), że postanowiłam po nią sięgnąć.

Gejszę mylnie uosabia się z... wiadomo kim. Z, lekko mówiąc, "panią do towarzystwa". Przewrotnie, gejsza rzeczywiście jest panią do towarzystwa, ale nie w takim znaczeniu, jaki się powszechnie uważa. Gejsza to ktoś, kto dotrzymuje towarzystwa, tradycyjnie parząc herbatę, śpiewając, tańcząc, grając na tradycyjnych japońskich instrumentach. Jednak prawdziwe gejsze, nie podszyte pod nie prostytutki, już powoli znikają z japońskiego życia... Sięgając po książkę o Sadayakko nie wiedziałam, z czym mam do czynienia. Prawdę mówiąc, miałam taki pogląd na to, kim jest gejsza, jaki teraz uznałam za błędny. Dopiero sama książka wiele mi wyjaśniła.

Książka jest biografią Sadayakko. Kim zaś była ona sama? Już wiemy, że gejszą, ale była też kobietą, która nie zamknęła się tylko w tym "zawodzie", lecz podróżowała po całym świecie razem ze swoją trupą teatralną. Była gejszą i aktorką - pierwszą japońską aktorką. W swoich artystycznych eskapadach zawędrowała również do Polski! W jakich sztukach występowała? Większość pisała sama, razem ze swoim mężem Otorijo Kawakamim, ale grywała także w znanych przedstawieniach, np. w roli Ofelii.

Poznajemy życie Sady (bo tak też ją nazywano), jej pierwsze kroki jako gejszy, następnie aktorki. Jej marzenia, pragnienia i pomysły. Dowiadujemy się, jaką była kobietą, choć zwykle w cieniu męża, wkrótce to o niej zaczął mówić cały świat i to ona stała się sławna. W książce zamieszczono również zdjęcia - widzimy więc, że była piękną kobietą, zawsze elegancką i wytworną. Oprócz jej życia, mamy także wzmianki o innych ludziach, którzy się z nią przyjaźnili lub mieli z nią jakiś związek. To bardzo dobrze, że autorka postarała się również o to, gdyż możemy porównać wiele faktów czy poznać inny pogląd na dany temat.

Było to moje pierwsze doświadczenie i z biografią, i z książką o japońskiej postaci, kulturze i życiu. Nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej powieści, ale nie zawiodła mnie w jakimś znaczącym stopniu. Wręcz przeciwnie - wciągnęła mnie. Gdybym miała okazję przeczytać ją ponownie, na pewno bym to zrobiła.

Pyza na polskich dróżkach

Hanna Januszewska - "Pyza na polskich dróżkach" część pierwsza, część druga, Nasza Księgarnia

Obydwa tomy przygód i wędrówek mazowieckiej Pyzy towarzyszyły dzieciństwu moich rodziców, teraz towarzyszą także mi i mojej siostrze. Muszę przyznać, że te niezwykłe książeczki są uniwersalne i nie ma granic wiekowych dla czytelników: może po nie sięgnąć i młody, i stary, a myślę, że każdemu się spodobają. Z jakich powodów?

Po pierwsze, oprawa graficzna. Rysunki pana Adama Kiliana są niezwykłe: niby takie proste, bo tylko tu i ówdzie czarna kreska, ale jakie one zamaszyste i pełne emocji! Każda ilustracja odzwierciedla tekst książki, tak jakby rysownik nie chciał wszystkiego "odbębnić", żeby po prostu zarobić, tylko chciał coś przekazać przez samą tylko ilustrację. Moją ulubioną w pierwszym tomie jest ta ze str. 40, która obrazuje Chopina siedzącego przy fortepianie - ileż tam jest emocji i patosu! Wystarczy spojrzeć na sylwetkę Fryderyka Chopina, by się o tym przekonać. Natomiast rysunki w drugim tomie są jeszcze lepsze.

Po drugie, wydanie. Moim zdaniem to świetny pomysł, żeby pozostawić treść z pierwszego wydania "Pyzy na polskich dróżkach", z 1956 r., nic nie zmieniając, choć ze wstępu można się dowiedzieć, że syn autorki (mojej imienniczki :)) zastanawiał się nad tym i owym. Do tego twarda oprawa, świetny papier... Naprawdę, muszę się postarać, żeby te książeczki szybko znalazły się w mojej domowej biblioteczce! :-)

I po trzecie treść. Jako że książeczka pisana jest wierszem, szybko i łatwo się ją czyta (dlatego nadaje się zwłaszcza dla dzieci). Jedynym utrudnieniem mogą się okazać nieznane słowa, używane w czasach autorki, ale na końcu książki czeka nas miła niespodzianka - słowniczek (tak na marginesie, opracowała go kolejna moja imienniczka... ;-)) z trudnymi wyrazami i wyrażeniami! Tak więc nie ma się czym martwić, bo pani Hanna Baltyn postarała się, by zamieścić tam wszystkie słowa sprawiające kłopoty w zrozumieniu ich znaczenia. Dodatkowo mamy mapy z trasami wędrówek Pyzy po polskich dróżkach! Mile mnie to zaskoczyło, bo można szybko i łatwo sprawdzić, gdzież to nasza Pyza wędrowała i jakie miasta zwiedzała.

No dobra, koniec zachwalania, bo się znudzicie... Powiem tylko, a raczej napiszę: sięgnijcie po przygody Pyzy. Polećcie dziadkom, rodzicom, dzieciom, wnukom. Niech Pyza towarzyszy każdemu pokoleniu tak, jak to robiła dotychczas!

środa, 28 grudnia 2011

Dom Nocy. Naznaczona

Phyllis Christine Cast i Kristin Cast - "Dom Nocy. Naznaczona", wydawnictwo Książnica

Gdy pierwszy raz przeczytałam tę książkę, zachwyciła mnie. Wtedy jeszcze dobrze nie znałam i nie czytałam zbyt wielu powieści o wampirach, więc była to dla mnie pewna nowość. Jednak po ponownym przeczytaniu już nie wydała mi się taka idealna.

Główna bohaterka to Zoey Redbird, zwykła uczennica pewnego liceum. Któregoś dnia zostaje Naznaczona, po czym musi przenieść się do Domu Nocy, aby tam przejść Przemianę w dorosłego, pełnoprawnego wampira. Przeciwny temu jest jej ojczym, członek stowarzyszenia Ludzi Wiary, który sprowadza lekarzy i całą wspólnotę, by jakoś "wyleczyli" Zoey. Dziewczyna jednak ucieka. Wkrótce trafia do Domu Nocy. Przez swoją wyjątkowość zdobywa nie tylko przyjaciół, ale również wrogów...

Spośród innych książek o wampirach, tę wyróżnia wiele. Na przykład to, że wampiry są tu znane ludziom. Nie ma tu czegoś takiego, że po przemianie trzeba uciekać na drugi koniec świata albo zostawać "wegetarianinem" i żywić się wyłącznie krwią zwierząt. Ba, wręcz przeciwnie. Tu niektórzy ludzie-adepci dobrowolnie zostają "lodówkami" i oddają wampirom swoją krew (nie mylić z honorowym dawstwem krwi! :-))

Skupię się teraz na wadach książki, czyli na tym, co sprawiło, że już nie podobała mi się tak, jak za pierwszym razem. Takie nagromadzenie wulgaryzmów, mimo, że książka jest z pewnością kierowana do młodzieży, lekko mówiąc po prostu jest beznadziejne. Owszem, pewnie autorki chciały, by książka była bardziej zrozumiała wśród młodzieży, ale sprawiło to, że trochę mnie odrzuciło. Poza tym mamy niewyjaśnione wątki - to z kolei pewnie tak zwany chwyt marketingowy, żeby kupować kolejne części cyklu. I za dużo szczegółów, które potem umykają autorkom - to sprawia, że nie można się połapać i książka wiele traci. Choć fabuła, ogólny zamysł i wykreowanie postaci są znakomite. Na przykład Bliźniaczki mnie i mojej przyjaciółce szczególnie przypadły do gustu, w takim stopniu, że same zaczęłyśmy się tak nazywać. Bo jesteśmy do nich podobne (choć również różnimy się pod względem typu urody, ale często dogadujemy się bez słów, i jedna dokańcza zdanie za drugą). Co do okładki zaś muszę przyznać, że jest cudowna. Taka nastrojowa, oddająca klimat książki, adekwatna do treści. Ogólnie oprawa graficzna jest świetna.

Tak więc jeszcze rok temu powiedziałabym, że książka jest ach i och i w ogóle superekstraprzecudowna, dziś mogę po prostu powiedzieć, że jest bardzo dobra. Polecam młodzieży i miłośnikom wampirów.

niedziela, 25 grudnia 2011

Niesamowicie rozkoszne koty

Stuart i Linda Macfarlane - "Niesamowicie rozkoszne koty", Media Rodzina

 Szansa, że kot zrobi coś, czego żąda od niego człowiek, równa się zeru.

Święta, święta i po świętach :-/... Bilans prezentowy...? Nie wypada się chwalić, ale... zrobię to :-) Pod choinką czekało na mnie kilka kosmetyków, film DVD "Śluby panieńskie", bransoletka do charmsów, kalendarz, czasopismo i pieniądze :) Nie znalazłam ani jednej książki (skandal!), ale za to ja takowe sprezentowałam Mamie i Siostrze. Jedną z nich były właśnie "Niesamowicie rozkoszne koty" - podarunek ode mnie dla Mamy. Znalazłam recenzję tej książeczki na blogu Prowincjonalnej Nauczycielki i zapragnęłam dać w prezencie właśnie Mamie, którą śmiało mogę nazwać również "Kocią Mamą", bo uwielbia te zwierzęta (zresztą tak jak ja i cała moja rodzina - wszyscy mamy koty: ciocie, wujkowie, dziadkowie... no i my :-)), więc lektura wydała mi się idealna.

Książeczka jest wydana przepięknie. Już sama okładka przykuwa wzrok, bo niesamowicie rozkoszny kociak (jak nawet nazwa publikacji wskazuje ;)) sprawia, że chwytamy książkę i bez zastanowienia biegniemy do kasy... Ja, gdy tylko poszłam na "książkowe zakupy" i odnalazłam tę książeczkę na półce na regale, od razu ją wzięłam, a potem pobiegłam szukać prezentów dla Siostry. Ale, ale, to ma być recenzja, a nie jakieś sprawozdanie :D

W środku mamy niewiele tekstu, za to ogrom świetnych fotografii - kogóż by innego - kotów. Tekstami są cytaty, złote myśli i aforyzmy o rzeczonych kotach, tak jak na przykład ten podany tuż pod tytułem. Ja, gdy miałam przyjemność przeczytania tej książeczki tuż po Mamie, co chwila wybuchałam śmiechem na teksty kociej filozofii.

Lektura tej niezwykłej książeczki sprawi, że pokochacie koty - jeśli jeszcze nie kochacie, zechcecie je mieć w swoim domu - jeśli jeszcze nie macie i zaczniecie kolekcjonować wszelkiego rodzaju książeczki, gadżety i przedmioty z nimi związane - jeśli jeszcze tego nie robicie... :)

Polecam wszystkim miłośnikom kotów, a oprócz tego tym, którzy za nimi JESZCZE nie przepadają. Gwarantuję, że po przeczytaniu "Niesamowicie rozkosznych kotów" to się zmieni ;-)

PS Chcecie wiedzieć, jakie jeszcze książki dostały moje Siostra i Mama? No więc ta pierwsza - "Monster High 2. Upiór z sąsiedztwa" i "Mira i potwory. Więzy krwi", zaś Mama oprócz "Niesamowicie rozkosznych kotów" - "Czy mężczyźni naprawdę wolą blondynki?".

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Mój dzień w książkach - zabawa u Lirael


Lirael zaprosiła blogowiczów (i nie tylko) do niezwykłej zabawy podsumowującej rok 2011. Podaną historię należy uzupełnić tytułami przeczytanych w tym roku książek.

Mój dzień w książkach
Zaczęłam dzień (z) _____.
W drodze do pracy zobaczyłam _____
i przeszłam obok _____,
żeby uniknąć _____ ,
ale oczywiście zatrzymałam się przy _____.
W biurze szef powiedział: _____.
i zlecił mi zbadanie _____.
W czasie obiadu z _____
zauważyłam _____
pod _____ .
Potem wróciłam do swojego biurka _____.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam _____
ponieważ mam _____.
Przygotowując się do snu, wzięłam _____
i uczyłam się _____,
zanim powiedziałam dobranoc _____ .

Mój dzień w książkach
Zaczęłam dzień (z) dziesięcioletnią rozwódką.
W drodze do pracy zobaczyłam upiorną szkołę
i przeszłam obok ulicy Strachu,
żeby uniknąć zemsty,
ale oczywiście zatrzymałam się przy 13 poprzecznej.
W biurze szef powiedział: żegnaj, Jaśmino.
i zlecił mi zbadanie Madagaskaru.
W czasie obiadu z Oskarem i panią Różą
zauważyłam notatnik sfrustrowanej nastolatki
pod megabombową machiną czasową .
Potem wróciłam do swojego biurka na końcu świata.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam wyspę Nim
ponieważ mam dom na Zanzibarze.
Przygotowując się do snu, wzięłam straszliwego śniegowego potwora
i uczyłam się szeptem,
zanim powiedziałam dobranoc, słonko .

Hahaha, ale się uśmiałam, tworząc tę historyjkę. Wcale nie było to łatwe. Wiele książek czytałam dawno, ale przypomniałam sobie, że zapoznałam się z niektórymi ponownie w tym roku, więc chyba zasad nie złamałam ;-) Mam nadzieję, że moja historyjka wywoła u Was przynajmniej uśmiech, a jeśli będziecie łapać się za brzuchy ze śmiechu, to będzie to dla mnie bardzo miłe :-) Podzielcie się wrażeniami w komentarzach!

niedziela, 18 grudnia 2011

FILM - Ekspres polarny

Piękna, wzruszająca animacja o świętach. Oglądając film miałam wrażenie, że jest on najlepszym świątecznym filmem, jaki kiedykolwiek oglądałam.


Film opowiada historię ośmioletniego chłopca, który powoli traci wiarę w Świętego Mikołaja. W Wigilię Bożego Narodzenia pod jego dom podjeżdża pociąg zwany Polarnym Ekspresem. Z pojazdu wychodzi Konduktor i namawia chłopca do podróży na sam Biegun Północny. Ten początkowo odmawia, ale w ostatniej chwili wskakuje do ekspresu i tak rozpoczyna się pełna przygód wyprawa do krainy Świętego Mikołaja.


Animacja filmu jest świetna. Postaci, miejsca i nawet drobne detale są bardzo realistyczne. Film musiał być zapewne nagrywany w technice 3D, ponieważ wiele jest momentów (np. "ucieczka" biletu), które w trójwymiarze wyglądałyby niesamowicie. Ja nawet nie mając na sobie specjalnych okularów miałam wrażenie, że pada na mnie śnieg albo za chwilę przejedzie mnie rzeczony pociąg ;-)
 Samo przesłanie filmu jest ważne w dzisiejszych czasach, kiedy święta dla niektórych ograniczają się tylko do komercjalizmu. Kupujemy prezenty, przystrajamy dom, na wigilijny stół kładziemy potrawy tak wykwintne i oryginalne, że kilka lat temu nikt by nawet o nich nie pomyślał, i zapominamy o tej najważniejszej intencji świętowania: że przecież jest to czas narodzin Jezusa Chrystusa, że mamy okazję do spotkania w gronie rodziny, przebaczenia i zapomnienia o winach czy nieporozumieniach. Bo święta, jak głosi film, są magiczne, to jedyny taki czas w roku. I jeszcze jedno: wierzmy w marzenia, nie bójmy się, że się nie spełnią. Przecież wiara czyni cuda.

Film jest przepiękny i wspaniale zrealizowany. Być może tylko ja tak uważam, a wyspecjalizowani krytycy filmowi oceniliby go jako przeciętny, ale ja jestem zwykłą nastolatką, w dodatku zakochaną w świątecznej atmosferze, więc mnie on się bardzo podoba.

Polecam szczególnie w świątecznym okresie. Do obejrzenia całą rodziną!

***

To moja pierwsza recenzja filmowa. Postanowiłam właśnie moje opinie o filmach włączyć do "repertuaru" recenzji na blogu. A niedługo postaram się utworzyć ranking 10 najlepszych filmów opowiadających o świętach. Pozdrawiam! :)

czwartek, 15 grudnia 2011

Szeptem

Becca Fitzpatrick - "Szeptem", Wydawnictwo Otwarte



Książka byłej pracownicy służby zdrowia podbija listy bestsellerów. Sięgnęłam po nią w przekonaniu, że jest równie dobra, jak opinie głoszą. Mogę powiedzieć, że się nie zawiodłam. No, może trochę. Najlepiej zacznę od początku, czyli przedstawię ogólną problematykę i tematykę powieści.

Na pewno wyróżnia się ona spośród innych książek fantasy - tym, że bohaterami nie są tak popularne ostatnio wampiry (które mi się już po prostu przejadły). Mamy tu natomiast do czynienia z aniołami, tymi upadłymi i tymi Stróżami. Są też oczywiście ludzie, główna bohaterka to szesnastoletnia Nora, nieufna felietonistka szkolnego e-zinu, słuchająca muzyki barokowej i grająca na wiolonczeli. Powiedzielibyśmy o niej: dziwaczka.
A chłopak? Jest też i chłopak, i tu chyba nie ma niespodzianki: oczywiście on jest tym z innego świata. Tylko że na początku świetnie się z tym kryje. Każe mówić na siebie Patch (ang. łatka). Podczas rozmowy z Norą okazuje się, że wie o niej wszystko - dziewczyna jest w szoku i nie ma pojęcia, co o tym myśleć.
Dalsze wydarzenia już z pewnością poznacie sami, jeśli sięgniecie po tę książkę. Ja chciałabym tylko zwrócić uwagę na jedno: dlaczego w samej końcówce tak mało jest wyjaśnień? Wszędzie cud-miód-malina, miłość i romans, akcja, tyle wydarzeń, że trudno nadążyć a potem chyba za mało wyjaśnień. Autorka umie potęgować napięcie, to fakt, wplotła również wiele zaskakujących wydarzeń, dlaczego więc nie wykorzystała swojego potencjału, żeby książka zyskała na wartości ... i objętości? Trudno wytłumaczyć niektóre sprawy i sytuacje, choć wiadomo - fikcja literacka rządzi się swoimi prawami i wszystko jest dozwolone ;-)

Kto wie, może w kolejnych tomach coś się rozwinie? Znów słyszałam dobre opinie, chwilami jeszcze lepsze. Na razie jednak mam chrapkę na inne książki, choć jeśli zdarzy się okazja, to i po kontynuację "Szeptem" sięgnę z przyjemnością.

piątek, 9 grudnia 2011

Zdążyć przed pierwszą gwiazdką

Katarzyna Grochola - "Zdążyć przed pierwszą gwiazdką", AGORA S.A.

Cieniutka, 95-stronowa książka, w skład której wchodzą trzy opowiadania: tytułowe "Zdążyć przed pierwszą gwiazdką" oraz "On jeszcze nie wie, że mnie kocha" i "Scarlett O'Hara z Pilawki Górnej". Książeczka była dodawana do jednego z numerów "Gazety Wyborczej", nie sprzedawano jej w księgarniach.

Zdążyć przed pierwszą gwiazdką: główną bohaterką jest Natalia, pracuje w agencji reklamowej. Po śmierci matki, i wcześniejszym odejściu ojca (nie umarł, zostawił rodzinę dla innej kobiety) musi spędzać święta samotnie. Nie ma na to ochoty, więc zajmuje się pracą. Później postanawia spakować wszystkie rzeczy matki i oddać do kościoła, na przekazanie biednym.

Wyjęła z szuflady w kuchni czarne 120-litrowe worki na śmieci. Wszystko to, co należało do matki, jej ubrania, nienoszone od lat, zapakować, wywieźć do kościoła, tam zbierają rzeczy, tam zgłaszają się biedni po rzeczy. (str.26)

Odnalazła wówczas listy od swojego ojca - pisał do niej regularnie, jednak matka ukrywała je przed nią. Natalię ogarnia wielka fala żalu i wściekłości. Decyduje się przygotować wieczerzę wigilijną i mimo wszystko świętować, nawet samotnie. Jednak potem okazuje się, że jest jeszcze ktoś (a nawet dwa "ktosie"), kto sprawi, że nie spędzi świąt sama. Nie zdradzę kto, ale jedna z postaci jest bohaterem, którego życie i różne zdarzenia są dokładnie opisane jako "przerywniki" historii Natalii... Tak więc nie mówię, kto nim jest - taka mała... świąteczna niespodzianka ;)

On jeszcze nie wie, że mnie kocha: tak już czasem bywa, że mężczyzna odchodzi. Autorka poruszyła ten problem w opowiadaniu pod tytułem, który przytoczyłam wyżej. Zakochana w nim dziewczyna najpierw jest zszokowana, później jednak postanawia robić dobrą minę do złej gry i udawać, że nic się nie stało, że może on się pomylił, że może - jak głosi tytuł - "nie wie, że ją kocha". Dziewczyna wmawia sobie, że źle zrozumiała słowa ukochanego.

Oczywiście! To takie proste! On się pomylił! On nie chciał tego powiedzieć! Kochany, pomylił się, a ona źle zrozumiała, on miał co innego na myśli, och, jaka jest głupia, zaraz spojrzy mu prosto w oczy jasnym, prostym spojrzeniem i zobaczy, że tamto to nieprawda, że prawda w jego oczach to czułość i ciepło! (str.42-43)

Dziewczyna łudzi się, że uczucia mężczyzny powrócą, że to było tylko nieporozumienie. W niniejszym opowiadaniu mamy do czynienia z uczuciami kobiety porzuconej.

Scarlett O'Hara z Pilawki Górnej: Bohaterką jest pracownica zakładu optycznego, niejaka Zofia, dziewczyna o pięknych szarych oczach. Któregoś dnia wraca ze sprowadzonymi na specjalne zamówienie zielonymi soczewkami i wprost nie może się powstrzymać, aby je przymierzyć. Zakłada je podczas jazdy samochodem, wówczas dochodzi do wypadku. Dziewczynę ratuje właściciel kina obwoźnego, zawozi ją do szpitala. Zakochuje się w niej i gdy po kilku dniach dowiaduje się od lekarza, że ta jest w śpiączce, codziennie do niej przychodzi i mówi do niej. Wkrótce jednak na mężczyznę czeka niemiła niespodzianka...

Opowiadania Katarzyny Grocholi spodobały mi się. Miłość i rozstanie to tematy przewodnie wszystkich trzech "nowelek". W pierwszej nastrój świąteczny (idealnie więc przeczytać książeczkę właśnie teraz, w grudniu), opowieść o świętach, o samotności. Otworzy to nam oczy na to, że nie powinniśmy za wszelką cenę zachowywać PUSTEGO miejsca przy stole, lecz przyjmować ludzi potrzebujących, którzy nie mają rodziny lub domu. Drugie opowiadanie zwróci naszą uwagę na problemy związane z rozstaniem, uczuciami porzuconej kobiety, ale również mężczyzny, który przeżywa to, że musi opuścić dziewczynę. I wreszcie trzecie: uczy nas, że trzeba walczyć, próbować, nie poddawać się. I że nie zawsze to, co nam się nie podoba, nie podoba się również innym.
Książka idealna na zimowy wieczór.