niedziela, 30 września 2012

Filmowy Weekend #1

Ponieważ ostatnia recenzja filmowa pojawiła się, o ile dobrze pamiętam, w lipcu (Kochanie, poznaj moich kumpli), postanowiłam dziś opowiedzieć o swoich wrażeniach z obejrzanych niedawno produkcji. Przy okazji wpadłam na pomysł, by zapoczątkować tym nowy cykl, w którym przedstawiać będę opinie o filmach obejrzanych w ciągu danego tygodnia. Dziś na tapecie piątkowy Plan gry i wczorajszy Step Up 2.


Tytuł polski: Plan gry
Tytuł oryginalny: The Game Plan
Rok: 2007
Reżyser: Andy Fickman
Gatunek: familijny, komedia

Oczekując na jeden z ulubionych seriali - rodzinkę.pl - skakałam po kanałach, aż natknęłam się na film w telewizyjnej Jedynce. I może przełączyłabym z powrotem, gdyby nie twarz aktora, którego znam z wielokrotnie oglądanego filmu pt. Król Skorpion. Zainteresowana, postanowiłam zobaczyć, cóż to za produkcja i rozsiadłam się wygodnie na krześle...

Główny bohater Planu gry to zapatrzony w siebie gwiazdor amerykańskiego futbolu, Joe Kingman. Jego dotychczasowe życie to imprezy, bankiety, mecze i związane z tym wszystkim pieniądze. Pewnego dnia przed drzwiami do jego apartamentu zjawia się mała dziewczynka, która przedstawia się jako... jego córka! Od tej pory życie Joego ulegnie diametralnej zmianie, ale czy próżny sportowiec odnajdzie się w roli ojca?

Komedie znajdują się na pierwszym miejscu wśród moich ulubionych gatunków filmowych. Dlatego zawsze chętnie je oglądam. Plan gry okazał się może nie najbardziej ambitnym obrazem (ale przyznajcie, większość komedii, jeśli nie wszystkie, raczej nie pretendują do tytułu ambitnego filmu), ale bardzo miło spędziłam czas, oglądając go. The Rock świetnie sprawdził się w roli ojca-gwiazdora. I ten jego śnieżnobiały uśmiech! ;-) Z uśmiechem patrzyłam też na małą Madison Pettis, którą widziałam już w serialu Tess kontra chłopaki, a która w tej komedii zagrała naprawdę genialnie, wykonując kawał dobrej roboty. 7/10



Tytuł polski: Step Up 2
Tytuł oryginalny: Step Up 2. The Streets
Rok: 2008
Reżyser: Jon M. Chu
Gatunek: romans, muzyczny


Pierwszą część hitowej serii Step Up widziałam na TVN-ie i nie zachwyciła mnie. Powiem więcej - spodziewałam się po niej czegoś naprawdę niesamowitego, a co otrzymałam? Zwykły film, w dodatku prędzej nazwałabym go obyczajówką niż filmem tanecznym. Z czystej ciekawości postanowiłam obejrzeć drugą część i...

Chwileczkę, chwileczkę, muszę jeszcze przecież streścić fabułę :-D Główną bohaterką jest Andie - dziewczyna z gorszej dzielnicy tańcząca w grupie 410. Opiekuje się nią przyjaciółka zmarłej matki, która pewnego dnia oświadcza, że zamierza odesłać Andie do ciotki w Teksasie. Wtedy przyjaciel Andie postanawia się za nią wstawić i dzięki niemu dziewczyna otrzymuje jeszcze jedną szansę. Ma wziąć udział w przesłuchaniach do elitarnej szkoły tańca, MSA. Poznaje tam przystojnego i niezwykle utalentowanego chłopaka, i jeszcze nie wie, że połączy ich coś więcej niż fakt, iż chodzą do tej samej szkoły...

No więc teraz mogę już chyba dokończyć zdanie. A więc... Z czystej ciekawości postanowiłam obejrzeć drugą część i... przepadłam! Ta była zdecydowanie lepsza. Fabuła, muzyka, choreografia, aktorzy... Aż chciałoby się być na planie i zatańczyć razem z nimi :) Finałowa scena w deszczu mnie wprost zachwyciła! Żałuję, że nie wybrałam się do kina na czwartą część serii, która miała polską premierę w lipcu tego roku, choć jeszcze trzecią mam do nadrobienia. Ale w telewizji obejrzę na pewno! 9/10

czwartek, 27 września 2012

Włoski. Gramatyka

 
Autor: Anna Wieczorek
Tytuł: Włoski. Gramatyka
Wydawnictwo: Edgard 2009
Ilość stron: 288
Cena detaliczna: 34,90 zł

Jak wiecie, od września jestem już licealistką. W gimnazjum uczyłam się języka francuskiego, o którym wcześniej byłam święcie przekonana, że jest najpiękniejszym, najbardziej wdzięcznym i romantycznym językiem na świecie, a przy okazji łatwo się go przyswaja. Fail. Nie tylko okazał się, moim zdaniem, jakiś taki ciężki w brzmieniu, ale też naukę skutecznie obrzydzała mi gramatyka ze skomplikowanymi czasami na czele. Wobec tego postanowiłam, że nie będę kontynuować nauki francuskiego w liceum, ale przerzucę się na inny język...

Do wyboru były: francuski (skreślam, bo automatycznie go odrzuciłam), niemiecki (brr, o nie! ;)), hiszpański i włoski. I pomiędzy tymi dwoma miałam największy dylemat. Bo obu chcę się nauczyć, zarówno jeden jak i drugi jest popularny, a poza tym przemawiał także powód sportowy: w przypadku hiszpańskiego - reprezentacja Hiszpanii w piłce nożnej i drużyny Real Madryt, zaś w przypadku włoskiego - reprezentacja Italii w siatkówce. W końcu wybrałam... włoski i zaczęłam się go uczyć wcześniej, by mieć o nim przynajmniej jakiekolwiek pojęcie :) Jednak przy rekrutacji nie dostałam żadnej kartki, na której mogłabym zaznaczyć, którego języka chciałabym się uczyć. Musiałam więc czekać na informację, jaki język zostanie przydzielony mojej klasie. Okazało się, że na szczęście włoski!

Włoski. Gramatyka to książka, która niedawno zagościła na mojej półce z materiałami i publikacjami dotyczącymi nauki języków obcych. Jest to repetytorium, w którego skład wchodzą przeróżne ćwiczenia gramatyczne, oczywiście poprzedzone stosownymi regułkami i objaśnieniami, a także testy, dzięki którym można sprawdzić, w jakim stopniu opanowało się dane zagadnienie. Teoria opracowana jest dokładnie, w sposób prosty, ale wyczerpujący. Ponieważ gramatyka to moja pięta achillesowa, zawsze szukałam publikacji, które potrafią wyjaśnić skomplikowane, zawiłe regułki. Na szczęście repetytorium przygotowane przez Wydawnictwo Edgard jest właśnie taką niezwykle pomocną książką.

Poza wymienionymi wcześniej zagadnieniami gramatycznymi oraz ćwiczeniami, w publikacji znajdziemy również przydatne dodatki, takie jak: podstawowe informacje dotyczące wymowy i akcentu w języku włoskim, tabele koniugacyjne i odmianę czasowników nieregularnych. Zawsze można więc zajrzeć na początek książki (w przypadku wymowy) czy na jej koniec (tabelki i odmiana), by przypomnieć sobie istotne informacje.

Jestem w trakcie przerabiania kolejnych rozdziałów w książce, i powiem Wam, że nauka naprawdę przynosi efekty. Wobec powyższego jestem bardzo zadowolona z możliwości korzystania z tej publikacji. I na pewno przyda mi się ona nie tylko przez okres nauki w liceum, lecz także później!

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Edgard.


środa, 26 września 2012

Sofokles - Antygona

 
Autor: Sofokles
Tytuł: Antygona
Wydawnictwo: G&P Oficyna Wydawnicza 2000
Ilość stron: 80
Cena detaliczna: -

Mimo iż kocham czytać (co każdy z Was już dawno zauważył :)), przyznam szczerze, że nienawidzę lektur. Naprawdę. Już samo wyrażenie lektura szkolna wzbudza we mnie coś w rodzaju... wstrętu. Nigdy nie zastanawiałam się, skąd moja wzmożona awersja do książek wymienionych w szkolnym kanonie, ale prawdą jest, że za każdym razem, gdy na języku polskim nauczycielka oświadczała: "Proszę przeczytać to i to, bo za dwa tygodnie omawiamy", ja krzywiłam się jak po zjedzeniu plasterka cytryny. Być może to dlatego, że nie lubię być zmuszana do robienia czegoś - w tym przypadku do czytania. Czytam dla przyjemności i sięgam tylko po te tytuły, na które mam ochotę.

Z Antygoną było jednak nieco inaczej. Ponieważ uwielbiam starożytną Grecję, Rzym oraz Egipt, zawsze chciałam jeszcze bardziej pogłębiać swoją wiedzę na ten temat czy poznawać dzieła z tamtego okresu. W pierwszej klasie gimnazjum wypożyczyłam w szkolnej bibliotece Antygonę, choć nie była to lektura obowiązkowa. Pełna zapału zabrałam się do czytania, lecz entuzjazm stopniowo opadał. Powodem ku temu był dość podniosły i charakterystyczny język, przez który nie dałam rady przebrnąć. Książka wróciła więc na biblioteczną półkę, a ja postanowiłam, że utwór Sofoklesa odłożę na inny termin. I niedawno moja polonistka oświadczyła, że niedługo przerabiamy Antygonę. Była to więc doskonała okazja na to, by spróbować ją przeczytać jeszcze raz. Tym razem się udało :-)

Fabułę tragedii streszczę w kilku zdaniach, ale myślę, że większość z Was orientuje się mniej więcej, o co w niej chodzi. Otóż Antygona - córka tebańskiego króla Edypa - wbrew zakazowi obecnego władcy zdecydowała się pogrzebać ciało zmarłego brata, Polinika. Jej siostra Ismena próbowała wybić ten pomysł z głowy Antygony, jednak dziewczyna trwała przy swoim stanowisku. Więcej nie zdradzę, bo streszczenia nie piszę :)

Trudno jest oceniać szkolną lekturę. Wiadomo, Antygona to dzieło, które ocenie z reguły podlegać nie powinno. Mi się w każdym razie spodobało. Język wydawał mi się wciąż podniosły, lecz był do 'przełknięcia' i szybko przywykłam do patetycznych wyrażeń. Zaskoczeniem było dla mnie zakończenie, bo gdy już myślałam, że stanie się to w określony sposób, nagle... wyszło zupełnie inaczej. No ale... przecież to tragedia.

Każdemu, kto ma tę książkę przed sobą, polecam zapoznać się z nią już w najbliższym czasie. Ja, choć wszelkie szkolne lektury trawię z trudem, bardzo miło wspominam czas z nią spędzony, choć był on stosunkowo krótki (spójrzcie, ile ten utwór ma stron). A już tym bardziej polecam tym, którzy, podobnie jak ja, interesują się starożytnością i tym okresem w Grecji, Rzymie czy Egipcie. Bo będzie to świetne uzupełnienie Waszego hobby!

czwartek, 20 września 2012

Evan Mandery - Q. Ponadczasowa historia miłosna

Autor: Evan Mandery
Tytuł: Q. Ponadczasowa historia miłosna
Wydawnictwo: Sine Qua Non 2012
Ilość stron: 364
Cena detaliczna: 34,90 zł

Historii miłosnych powstało już tak wiele, że trudno je zliczyć. Byli już Romeo i Julia, Tristan i Izolda, Orfeusz i Eurydyka... Ale, zaraz, zaraz, czemu zaczęłam wymieniać tylko pary, których los okazał się nieszczęśliwy, a wręcz tragiczny? Przecież pełno jest także opowieści z happy-endem. No tak. Tyle że bohaterowie książki pisanej piórem Evana Mandery'ego zostali wplątani w historię, która po pewnym czasie wcale nie wskazywała na miano takiej, która mogła skończyć się dla ich obojga szczęśliwie...

Dlaczego? Spieszę z wyjaśnieniami. Otóż główny bohater, pisarz, którego książki wcale nie rozchodzą się w księgarniach jak świeże bułeczki, poznaje tajemniczą i piękną Q. I zakochuje się w niej. Quentina Elizabeth Deveril, bo tak brzmi pełne imię i nazwisko młodej kobiety, odwzajemnia jego uczucia i już wkrótce para zakochanych planuje ślub. Gdy niemal wszystko już jest gotowe, któregoś dnia zjawia się starsze wcielenie głównego bohatera, które przybywa z przyszłości, by go ostrzec. Przed czym? Przed ślubem z Q. Ten bowiem będzie początkiem lawiny nieszczęść. Co zrobi bohater w obliczu takiej informacji? Co jeśli niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie, każda będzie wiązać się z pewnym bólem, poczuciem pustki i straty?

Tradycyjne love story zazwyczaj wyciska łzy z naszych oczu i sprawia, że długo mamy w pamięci całą opowieść wraz z własnymi oczekiwaniami co do zakończenia, które zwykle nie zostały spełnione. W tym przypadku łez nie było, no chyba że ze śmiechu - książka jest bowiem pełna doskonałego dobrego humoru, co chwila natykamy się na sytuację, postać czy dialog, który aż kipi od dowcipu. Powieść zostawia jednak po sobie coś, co sprawia, że faktycznie myśli się o niej nawet po przeczytaniu.

Bo wcale nie jest tak rzeczywista, jak można by to sobie wyobrażać. Tu historia toczy się rytmem Nowego Jorku, miasta, które kipi od energii, szyku i... miłości. A ta przedstawiona w Ponadczasowej... nie opiera się jedynie na rzucaniu często pustych deklaracji o 'dozgonnej i wiecznej miłości' czy na namiętności i pożądaniu. Nie, to bowiem chodzi o coś więcej. O co - tę kwestię zostawiam już Wam. Nie będę psuć Wam przyjemności z jej czytania :)

Wydaje mi się, że autor książki wykreował głównego bohatera nieco na swój własny wzór (świadczy już o tym sam fakt, że ten trudni się tą samą profesją, co jego twórca). Ale rzucił mu też sporo kłód pod nogi. Bo pisanie nie przynosi mu (czytaj: bohaterowi, nie autorowi) zarobków, studenci wychodzą z jego wykładów znudzeni i z kompletną pustką w głowie, zaś największym utrapieniem stanowią wizyty kolejnych wcieleń bohatera z przyszłości. Tak, tak! Na jednym się nie skończyło. Z pobłażliwym uśmiechem czytałam, jak mężczyzna potulnie jak baranek wykonywał kolejne polecenia swoich starszych wersji samego siebie, które wprawdzie mogły zmienić jego życie, ale czy na lepsze? W którymś momencie zdumiało mnie to, jak ulegle zachowuje się pisarz. Był to jednak wątek na tyle humorystyczne, że przymknęłam oko na tę wadę bohatera. Zakończenie natomiast nawet dla mnie było zaskoczeniem, choć domyślałam się, co może się wydarzyć.

Język autora jest niesamowity. Lekki, wręcz gawędziarski, pełen finezji, humoru i swoistego uroku. Cała historia jakby rzuca na nas pajęczynę, co sprawia, że nie możemy się z niej wyplątać. Wrażenie powieści idealnej psuje jedynie liczba literówek. Zwracam na to uwagę i choć nie jest ich może na tyle dużo, by pytać, czy książka była poddana korekcie, to jednak są.

Gdybym miała opisać tę powieść jednym zdaniem, zapewne brzmiałoby ono tak: Oto kolejna pozycja, która powinna zagościć na półce na Waszym regale!

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.


wtorek, 18 września 2012

Piotr Wojciechowski - Z kufra pana Pompuła oraz Rob Stevens - Hugo i mapa z wyspy potworów

Mimo że wiek już nie ten, ciągle z chęcią sięgam po książki dla dzieci. No bo właściwie - dlaczego nie? Czemu na nowo nie przeżywać czasów dzieciństwa, kiedy skakało się po kałużach, robiło akrobacje na trzepaku i marzyło o zostaniu księżniczką? ;) Dlatego też, choć dwie przedstawiane dziś przeze mnie książki przeznaczone są raczej dla młodszych czytelników, ja sięgnęłam po nie z ciekawością. Podobnie jak moja młodsza Siostra, której opinia również pojawi się w tej recenzji :)


 
Autor: Piotr Wojciechowski
Tytuł: Z kufra pana Pompuła
Wydawnictwo: Stentor 2002
Ilość stron: 120
Cena detaliczna: 15,00 zł


Z kufra pana Pompuła to zbiór zabawnych opowiadań. O królewnie, samochodzie, rękawiczkach... Do wyboru, do koloru. Przy czym do opowieści tych wkrada się też odrobina nietypowej fantazji. Bo na przykład okazuje się, że pies mówi w pięciu językach i ma prawo jazdy we wszystkich możliwych kategoriach. Albo bocian prosi o zrobienie elektrycznej grzałki do... wysiadywania jajek. Dziwne? Ale jakże pobudzające dziecięcą wyobraźnię! Atutem są również kolorowe obrazki, które można pokazywać dzieciom niepotrafiącym jeszcze czytać lub tym, które mają z tym problemy. Szkoda tylko, że jest ich tak niewiele, ale wynagradza to ciekawa i pełna humoru narracja i być może nieco niedorzeczne wydarzenia opisane w książce :) Mali czytelnicy z pewnością będą pochłonięci zabawnymi przygodami pana Pompuła i opowieściami o jego przeróżnych wynalazkach. Jeśli szukacie czegoś do poczytania dzieciom przed snem - nie musicie już tego robić. Macie moją rekomendację :)

Autor: Rob Stevens
Tytuł: Hugo i mapa wyspy potworów
Wydawnictwo: Stentor 2009
Ilość stron: 264
Cena detaliczna: 19,00 zł


Hugo i mapa z wyspy potworów to już powieść dla nieco starszych dzieci. Nie tylko dlatego, że grubsza i bez obrazków. Przede wszystkim zaś dlatego, że nie traktuje tylko i wyłącznie o rzeczach zabawnych, lecz także jest także historią pełną zagadek i przygód. Dlatego starsi czytelnicy będą mieć niewątpliwą przyjemność z czytania tej powieści, która, podobnie jak opisywana wyżej Z kufra pana Pompuła, również pobudzi ich wyobraźnię. Bo statki, mapy, przygoda. I straszne stworzenia. Zresztą, wystarczy spojrzeć na samą okładkę. Widać na niej niedźwiedzia z tupecikiem wymachującego mieczem, dziwnego stwora z rogami (w tym jednym jakby metalowym), krokodyle wynurzające się z wody; pod niebem zaś fruwa nietoperz z odnóżami jaszczurki i pyszczkiem szczura oraz ni to świnia ni to krowa ze skrzydłami. Pośrodku tego wszystkiego stoi zaś chłopiec trzymający zapaloną pochodnię, a wzrok ma skierowany na chowającą się za drzewem syrenę... Fantasy do kwadratu :) A jednak dzieci lubią takie historie, lubią też przygody i odkrywanie skarbów, lubią wszystko, co wiąże się z tajemnicami i zagadkami. Dlatego myślę, że warto sprezentować taką książkę zwłaszcza chłopcom, którzy zamiłowanie do przygód mają we krwi. Mnie samej powieść ta przypominała nieco przypadki Robinsona Cruzoe, a w pewnej chwili w głowie pojawiła mi się myśl o porównaniu jej do Piratów z Karaibów w wersji dla młodszych ;-)

Na koniec obiecywana opinia Siostry:
Obie książki są bardzo ciekawe. W powieści Hugo i mapa z wyspy potworów odnajdziemy mnóstwo tajemniczych sytuacji oraz zagadek. Natknęłam się w niej także na narysowane symbole! Natomiast Z kufra pana Pompuła również polecam do czytania na dobranoc, bo są to tak śmieszne opowiadania, że na pewno spodobają się małym dzieciom.

Za egzemplarze recenzenckie bardzo dziękuję Wydawnictwu Stentor.

niedziela, 16 września 2012

Adelio Pistelii - Anastasi. Krasnal, który stał się gigantem

 
Autor: Adelio Pistelli
Tytuł: Anastasi. Krasnal, który stał się gigantem
Wydawnictwo: Sine Qua Non 2012
Ilość stron: 192
Cena detaliczna: 49,90zł

Siatkówka jest moim ulubionym sportem, o czym wspominałam już niejednokrotnie. W naszym kraju uwaga bardziej skupiona jest na piłce nożnej, która, mimo że bytuje tu na doprawdy niskim poziomie, wciąż może chełpić się tytułem "sportu narodowego". Biografii piłkarzy czy trenerów futbolu jest zatrzęsienie, natomiast książek o siatkarzach trzeba szukać ze świecą w ręku. Dlatego, kiedy natknęłam się na informację o planowanym wydaniu biografii obecnego trenera naszej męskiej reprezentacji w siatkówce - moja radość sięgnęła zenitu. Po jakimś czasie książka zagościła w mojej biblioteczce, a teraz mogę Wam przedstawić moje wrażenia z jej lektury. Data opublikowania tej recenzji zbiegła się z siódmą rocznicą śmierci jednego z polskich siatkarzy - Arka Gołasia [*].

Zacznę jednak od tegorocznych Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Wszyscy z pewnością pamiętają, jak po wygranej Lidze Światowej przez polskich siatkarzy, cieszyliśmy się, mówiąc, że z Igrzysk na pewno również wrócimy z medalem. Tak się jednak nie stało i kubeł pomyj wylał się na trenera naszej reprezentacji. Owszem, może naszym siatkarzom nie wyszło. Nie zawsze przecież się wygrywa. Ale i oni sami apelowali o to, by nie pompować balonika z oczekiwaniami...

Andrea Anastasi to prywatnie człowiek religijny, rodzinny (mimo, że na swój własny ślub przyjechał spóźniony, a o rocznicy zapomniał). Zawodowo - doświadczony, zna się na tym, co robi i co najważniejsze - robi to dobrze. Mimo że czasem jest sprawia wrażenie nieco nerwowego czy oburzonego. Dostrzega potencjał w siatkarzach. Jak sam mówi: nie widzę jednostek widzę serce i ducha walki całej drużyny. To prawda, drużyna jest dla niego najważniejsza, potrafi stanąć w jej obronie i walczyć jak lew.

Biografia pisana piórem Adelio Pistelli ociera się jednak nie tylko o życie zawodowe Anastasiego, lecz porusza także tematy z jego życia prywatnego. Historie z dzieciństwa, młodości i teraźniejszości splatają się w wyjątkowo interesującą całość. Anastasi z wyjątkową czułością wspomina swojego ojca, który był jego największym kibicem: prowadził zeszyty, do których wklejał artykuły o synu i jego zdjęcia. Przyznam, że również na mnie zrobiły one wrażenie - w biografii znalazły się bowiem fotografie obrazujące wnętrze niektórych z nich. To naprawdę imponujące, z jaką pasją i precyzją Umberto Anastasi oddawał się temu zajęciu.

Jednak najwięcej miejsca w tej książce poświęcono właśnie karierze Andrei Anastasiego jako siatkarza, a później trenera. Kolejne kluby, mecze, turnieje... Wszystko to okraszone jest cytatami samego "Nano", czyli "Krasnala" - taki bowiem przydomek zyskał dość niewysoki jak na siatkarza Anastasi. Wspomnienia i wyznania Włocha przeplatają się z barwną narracją Adelio Pistelliego.

Biografia trenera wypełniona jest także wspaniałymi zdjęciami doskonale ilustrującymi tekst. Co najciekawsze, przedstawiają one nie tylko samego Anastasiego, lecz także jego rodzinę, drużyny, w których grał oraz które znajdują się pod jego trenerską opieką. Dodatkowo książka wydana została w nietypowym formacie - oceniam go na plus, bo choć niełatwo mogłam zmieścić go na półce, to jest niezwykle poręczny ;-) Tak więc szata graficzna jak zwykle w tym Wydawnictwie - udana!

Polecam, polecam i jeszcze raz polecam - nie tylko miłośnikom siatkówki.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.


czwartek, 13 września 2012

Pokonaj stres dzięki technikom relaksacji

 
Autorka: Dagmara Gmitrzak
Tytuł: Pokonaj stres dzięki technikom relaksacji
Wydawnictwo: Edgard - Samo Sedno 2011
Ilość stron: 208
Cena detaliczna: 34, 90zł

Stres towarzyszy nam niemal na każdym kroku. Rozmowa o pracę, choroba członka rodziny, obawa przed czymś... Sytuacje, w których uaktywnia się stres, można wymieniać i wymieniać bez końca. Ale czy możliwe jest, żeby pokonać zjawisko stresu w sposób skuteczny i radykalny...?

Ktoś kiedyś powiedział, że nic nie jest niemożliwe. I tak sprawa ma się również w tym przypadku.

Poradnik Pokonaj stres dzięki technikom relaksacji dokładnie przybliża zagadnienia związane ze stresem. Zawiera też wskazówki na to, by sobie z nim poradzić. W pierwszych rozdziałach zostało dokładnie omówione wszystko to, co ma związek lub jest przyczyną stresu. Ważne jest bowiem określenie powodu, który nas stresuje, byśmy potem mogli łatwiej obrać właściwą strategię przy sposobie radzenia sobie z tego typu sytuacjami. Przykład? Jeśli stres dotyka nas w pracy, autorka podpowiada kilka wskazówek, jak zregenerować się i umilić czas tam spędzany.

Emocje związane ze stresem różnią się między sobą również jeśli chodzi o płeć. Kobieta odczuwa go w sposób inny niż mężczyzna. Płeć żeńska jest, jak wiadomo, uznawana za tę bardziej wrażliwą, empatyczną, uczuciową. Mężczyznom nie wolno zaś było okazywać słabości. Czasy się zmieniły, ale nierzadko jeszcze słyszymy podobne poglądy. W jednym z rozdziałów poradnika dowiemy się, jak każda płeć może radzić sobie ze stresem i jak unikać konfliktów w kontaktach międzyludzkich. To może brzmieć jak kwestia z poradnika miłosnego, ale wbrew pozorom fragment ten jest naprawdę ciekawy.

Autorka dużo uwagi poświęca pozytywnym myślom, które powinny nam towarzyszyć. Pesymizm nie jest bowiem czymś, co ułatwia nam życie, a nawet wręcz przeciwnie. Narzekanie, gderanie, negatywne myślenie - wszystko to sprawia, że czujemy się coraz gorzej i poddajemy wpływowi stresu.

I przechodzimy wreszcie do sedna sprawy, a mianowicie do sposobów skutecznego radzenia sobie ze stresem. W tytule można zauważyć takie sformułowanie jak techniki relaksacji. Jednak nie tylko na nich autorka opiera swoje porady. Wysnuwa bowiem kilkadziesiąt wskazówek na sposoby walki ze stresem niedotyczących specjalistycznych technik relaksacyjnych. Dzięki temu możemy się stosować również do tego typu porad, nie oddając się medytacji. A'propos medytacji, w książce tej znajdziemy bardzo dużo tego typu praktyk. Widać w nich wpływy religijne (buddyzm) oraz zagraniczne (japońskie, wietnamskie, indyjskie...). Z pewnością wiele z nich wzbudzi Wasze zdziwienie (nie wiem czy to prawda, ale czytałam, że podobne praktyki są zakazane przez Kościół katolicki...), dlatego też tym osobom radzę kierowanie się wskazówkami niedotyczącymi technik relaksacji, o których wspomniałam kilka linijek wyżej.

Lektura poradnika autorstwa Dagmary Gmitrzak z pewnością pomoże wszystkim odzyskać radość życia. Ja wiele z niego wyniosłam i czytanie go było dla mnie niemałą przyjemnością. Dodatkowo wiem teraz bardzo dużo na temat stresu, co może przydać mi się w szkole (mój profil w klasie licealnej to humanistyczno-psychologiczny). Dzięki tej książce każdy dowie się, co jest przyczyną stresu, który mu towarzyszy i będzie mógł obrać właściwy kierunek w sposobie radzenia sobie z nim. Dodatkowo, dzięki wielu ćwiczeniom (między innymi oddechowym), medytacjom, wskazówkom i technikom, w końcu z pewnością poradzi sobie ze stresem. Do poradnika dołączona jest płyta z muzyką relaksacyjną (dwóm pierwszym utworom towarzyszy lektor).

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Edgard -Samo Sedno.


piątek, 7 września 2012

Gitara dla początkujących



Autorzy: Mateusz Małek, Lech Zaciura
Tytuł: Gitara dla początkujących
Wydawnictwo: Edgard - Samo Sedno 2011
Ilość stron: 160 (+ płyta DVD)
Cena detaliczna: 29,90 zł

Chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą... - każdy zna ten szlagierowy przebój. Rzeczywiście, chłopcy z gitarą mają wzięcie - czy to z klasyczną, czy elektryczną czy też basową. Na tej pierwszej można przecież zagrać dziewczynie serenadę pod balkonem ;), zaś dwie pozostałe to już ostrzejsze brzmienia.

Jakieś trzy lata temu zapisałam się z Siostrą do szkoły muzycznej. Chodziłam sobie do niej, brzdąkałam na gitarze, potem grałam coraz lepiej i nawet mi się to podobało, ale po pary miesiącach straciłam ochotę. Gitara kurzyła się w kącie, a ja krzywiłam się na myśl o kolejnej lekcji. Ot, słomiany zapał.

Kiedy jednak zyskałam okazję na zapoznanie się z przygotowanym przez wydawnictwo Edgard - Samo Sedno poradnikiem dotyczącym gry na tym instrumencie, postanowiłam po niego sięgnąć. Co z tego wynikło - o tym za chwilę ;)

Książka została napisana bardzo profesjonalnie, a przy tym przystępnie. Autorzy na początku przybliżają nam zasady początkujących grajków oraz wskazówki, jak wybrać i kupić dobry instrument. Wbrew pozorom jest to sprawa bardzo ważna, ale o tym już przeczytacie w książce. Kolejny rozdział to już informacje o budowie gitary; dźwiękach i sposobach strojenia tego instrumentu. Kiedy chodziłam do szkoły muzycznej, korzystałam ze specjalnego stroika elektronicznego, czasem próbowałam też nastroić gitarę sama ze słuchu. Tu natomiast znalazłam jeszcze jeden sposób na strojenie tego instrumentu... online. Czwarty rozdział to już wskazówki dotyczące trzymania gitary i wstęp do grania. Piąty traktuje m.in. o akordach, a najciekawszy okazał się dla mnie rozdział ostatni w którym to dowiedziałam się naprawdę przydatnych i interesujących rzeczy na temat komponowania melodii i pisania tekstów piosenek.

Cały poradnik to kompendium wiedzy nie tylko dla początkujących gitarzystów, ale też tych, którzy pierwsze kroki w tym temacie mają już za sobą. Multum porad, ciekawostek i wskazówek przyda się każdemu, kto z gitarą miał, ma lub chciałby mieć do czynienia. Zawsze to przecież lepiej wiedzieć więcej, niż nie wiedzieć wcale :-)

Oprócz słownych objaśnień, w książce pojawia się mnóstwo zdjęć ilustrujących np. prawidłowy chwyt akordu. Dzięki takim wizualizacjom, zrozumienie tekstu okazuje się łatwiejsze. Dodatkowo do poradnika dołączona jest płyta DVD z instruktażowymi filmikami, które również są bardzo pomocne.

Ogromnie spodobał mi się ten poradnik. Nie tylko za względu na świetne wydanie i nie tylko dlatego, że jest zbiorem przydatnych porad i wskazówek. Choć to również. Ale najważniejszym powodem było to, że znowu wróciła mi ochota na grę na gitarze! Sama z siebie sięgnęłam po ten instrument, co i dla mnie samej było naprawdę wielkim zaskoczeniem. Wraz z lekturą poradnika wróciła mi motywacja do działania - w tym przypadku - do grania!

W takim razie... poradniki i gitary w dłoń! :-) A kiedy wybierzecie się z przyjaciółmi na weekendową wyprawę, wszyscy usiądą przy wieczornym ognisku, a Wy wyciągniecie gitarę- zapewniam, że będziecie atrakcją wieczoru!

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Edgard - Samo Sedno.

wtorek, 4 września 2012

Julie Kagawa - Żelazny Król

Autor: Julie Kagawa
Tytuł: Żelazny Król
Wydawnictwo: Amber 2011
Ilość stron: 352
Cena detaliczna: 35, 80 zł

Wszechobecne ochy i achy na temat danej książki mogą sprawić, że wzrosną nasze oczekiwania co do niej, i jeśli się nam ona nie spodoba - będziemy zawiedzeni. Pierwsza część serii Żelazny Dwór swego czasu była tak wychwalana, że nastawiłam się na powieść oryginalną, ciekawą, frapującą i wciągającą. Czy okazała się taka naprawdę - o tym za chwilę ;) Na początek przybliżę krótko fabułę...

Bohaterką jest szesnastoletnia, całkiem zwyczajna dziewczyna. Motyw powielany nieskończoną ilość razy, wałkowany na wszystkie możliwe sposoby, a wciąż figurujący w literaturze skierowanej zwłaszcza do młodzieży. Oczywiście okazuje się potem, że dziewczyna ta wcale nie jest taka zwyczajna, jak jej (i wszystkim innym) się do tej pory wydawało. Również w przypadku Meghan, bo tak brzmi imię naszej bohaterki, okazuje się, że pisane jest zupełnie co innego niż życie w świecie zwykłych ludzi...

Próżno tu szukać wampirów czy wilkołaków, które sieją teraz prawdziwy zamęt w literaturze i niektórzy mają ich już całkowicie dość (jak ja). Julie Kagawa postanowiła stworzyć świat zamieszkiwany przez... elfy. Brzmi bajkowo? Cóż, elfy wykreowane przez tę autorkę wcale nie są słodkimi i uroczymi latającymi stworzonkami sypiącymi złotym pyłkiem. W Żelaznym Królu spotkamy natomiast elfy niewiele różniące się od ludzi, a niektóre z nich są nawet... krwiożercze.

W swojej powieści autorka połączyła wątki Opowieści z Narnii, Snu nocy letniej oraz Alicji w krainie czarów. Niestety, nie spodobało mi się to. Uważam, że można bardziej się wysilić, niż tylko wysyłać bohaterkę do magicznej krainy przez szafę, a potem mianować jej swego rodzaju kompanem kota, który umie stawać się niewidzialny. Oczekiwałam nieco więcej oryginalności, a nie czegoś, co można wręcz nazwać kopiowaniem tego, co się sprzedało. No i jeszcze te błędy interpunkcyjne i literówki... Wyłapałam ich całkiem sporo, co niestety podziałało na niekorzyść całego wydania. Ale to już nie wina autorki.

Niewątpliwymi atutami powieści są: interesująca fabuła, opisy (nie za długie, interesujące, bogate w wiele określeń, które działają na naszą wyobraźnię) i bohaterowie. Co do tych ostatnich - oczywiście nie wszyscy. Większość tych, którzy przypadli mi do gustu, są płci męskiej. Pierwszy - kot Grimalkin. Ironiczny, spostrzegawczy, sarkastyczny. Bardzo mile czytało mi się fragmenty, w których występował. Drugi - Puk (zwany również Robbie'm i Robinem). Zabawny, również dość ironiczny, a przy tym opiekuńczy. I wreszcie Ash - ulubieniec chyba wszystkich czytelniczek tej serii - w tym mój, przyznaję się bez bicia xD. Wszak każda z nas marzy o odważnym rycerzu na białym koniu, nieprawdaż? ;-)

Podsumowując, książka nie oczarowała mnie na tyle, bym mogła przyznać jej maksymalną ocenę, ale była na tyle dobra, że zasłużyła na mocną ósemkę :)

Książkę pożyczyłam od Ciarolki, bardzo dziękuję! ♥

niedziela, 2 września 2012

Podsumowanie wakacji + FOTO

Dziś ostatni dzień wakacji!
- pewnie macie już dość tekstów tego typu; przyznam, że ja też. Wakacje rozpoczęły się dla mnie dość nudnawo i w pewnych chwilach nawet chciałam iść do szkoły (!), ale teraz naprawdę nie mam na to ochoty. Czeka mnie pierwszy rok w liceum i na razie jestem dobrej myśli, chociaż stres nieco zjada mnie od środka xD

Tymczasem pora na podsumowanie. Postanowiłam połączyć lipcowe i sierpniowe w jedno wakacyjne. I niestety, nie przeczytałam ponad 54. książek, jak to było w ubiegłym roku (choć to jeszcze nic - w 2008 liczba przeczytanych w wakacje książek dobiła 100!). Tym razem ich ilość łącznie wyniosła 23. Trzy z nich nie doczekały się recenzji. Tak oto przedstawia się lista w kolejności od najsłabszej książki:
  1. Hanna Samson - Wojna żeńsko-męska i przeciwko światu (0/10)
  2. Iza Kuna - Klara (2/10)
  3. Niezbędnik Nastolatki (5/10)
  4. Stephenie Meyer - Zmierzch (5/10)
  5. Agnieszka Wróbel - Asertywność na co dzień (7/10)
  6. Henryk Bardijewski - Wyprawa do kraju księcia Marginała (7/10)
  7. Stephenie Meyer, Young Kim - Zmierzch. Powieść ilustrowana, część II (7/10)
  8. Marcel Pagnol - Czas tajemnic (8/10)
  9. Luca Caioli - Ronaldo. Obsesja doskonałości (8/10)
  10. Natalia Minge, Krzysztof Minge - Jak kreatywnie wspierać rozwój dziecka? (8/10)
  11. Magdalena Lewańska - Tajemnica drewnianej sowy (8/10)
  12. Enrique Ortego - Iker Casillas. Skromność mistrza (8/10)
  13. Mathias Malzieu - Mechanizm serca (9/10)
  14. Marcin Szczygielski - Czarny Młyn (9/10)
  15. Anna Szyszkowska-Butryn - Jak szybko opanować język obcy? (9/10)
  16. Hiszpański. Gramatyka (10/10)
  17. Peter Hince - Queen. Nieznana historia (10/10)
  18. Richard Paul Evans - Podarunek (10/10)
  19. Karol Lewandowski - Busem przez świat (10/10)
  20. Słownik japońsko-polski (10/10)
Pozostałe książki, które przeczytałam to: Sławy z krypty. Kleopatra (9/10 - świetna, zabawna opowieść o królowej Egiptu. Szkoda, że taka krótka!); Wspaniały pomysł Kristy (6/10 - z czystego sentymentu, gdyż powieść tę czytałam kilkukrotnie, gdy byłam młodsza i wtedy bardzo mi się podobała; dziś jednak stwierdzam, że jest zbyt infantylna) oraz Żelazny król, ale recenzja tej ostatniej książki pojawi się już niebawem, więc potrzymam Was jakiś czas w niepewności, co do tego, czy mi się podobała ;).

Najlepsza książka wakacji: Wybieram Podarunek Evansa, opowieść ciepłą i wzruszającą.
Najgorsza książka wakacji: Chyba widać po ocenie (totalne zero; to pierwsza tak okropna, kiepska, słaba, zła książka), że będzie nią Wojna żeńsko-męska i przeciwko światu. Ale Klara jest niewiele lepsza.

Migawki:
na mostku (myślałam, że spadnę!)

ze spaceru po Starówce


A tu, mimo że jeszcze niedawno Bambi warczał i prychał, dziś śpi razem z Guciem... ogon w ogon (taa, chciałoby się powiedzieć "ramię w ramię" xD). I, jak widać, udało się w końcu wymyślić imię dla znajdki!