poniedziałek, 23 grudnia 2013

Jej biodra nie kłamią ("Shakira. Bose stopy, białe sny" Reyes Salvador Román, Kamil Misiek).


W tle właśnie pobrzmiewają piosenki z płyty "Sale El Sol", specjalnie włączonej przy okazji pisania recenzji biografii kolumbijskiej artystki, Shakiry. To kobieta niesamowita. Doszłam do tego wniosku pod koniec czytania książki: "Shakira. Bose stopy, białe sny". Działalność charytatywna, stronienie od rozgłosu, tworzenie nowych piosenek, zamiast brylowania na salonach, co powinno być priorytetem dla każdego wokalisty... Naprawdę jest za co ją podziwiać.

Jednak początki Shakiry nie były tak różowe. W dzieciństwie jej rodzinę dotknęła tragedia oraz krach finansowy. Jej kariera muzyczna nie wzięła się z kosmosu, artystka musiała wiele pracować, aby osiągnąć sukces. Jak sama przyznawała:

"Był to jeden z najbardziej wykańczających momentów w moim życiu. Płakałam po nocach, myśląc, że nie będę w stanie osiągnąć sukcesu."*

Obecnie Shakira nie musi narzekać na brak zainteresowania, nie tylko w kwestiach czysto zawodowych, lecz również jeśli chodzi o życie prywatne, za sprawą związku ze znanym piłkarzem drużyny FC Barcelony, Gerardem Piqué.

Biografia Shakiry to rzetelnie przygotowana i dopracowana publikacja, której ogromny atut stanowią fotografie. Zabrakło mi tylko zdjęć z okresu dzieciństwa, a skoro już przy tym okresie życia artystki jesteśmy, to chciałabym dowiedzieć się więcej o czasie, który spędziła u krewnych w Los Angeles. W książce znajduje się tylko jednozdaniowa wzmianka informująca, że Shakira została tam wysłana, by oszczędzić jej zmartwień spowodowanych bankructwem rodzinnego biznesu. W życiu zawodowym artystki pojawiało się wiele plotek, i o tych mniej lub bardziej znanych skandalach również w tej książce przeczytamy. Mimo tego nie jest to relacja rodem z plotkarskiego portalu, jakich pełno, lecz dokładnie przedstawiony problem. Ten optymalny dystans między scharakteryzowaniem czegoś, co wzbudzałoby kontrowersje, a zamianą w donosiciela niskiej klasy brukowca został zachowany i autor (a właściwie autorzy, bo ostatni rozdział o macierzyństwie Shakiry został napisany przez Polaka, Kamila Miśka) nie zniża się do poziomu "sensacji za pieniądze".

Jeśli daliście się porwać urokowi tej artystki... Jeśli intryguje Was jej oryginalna, jakże ciekawa, barwa głosu... Jeśli Wasza reakcja na jej taniec bioder przypomina: "Wow, jak ona to robi?"... Jeśli kiedykolwiek w życiu próbowaliście tańczyć "Waka Waka"... To w świątecznej gonitwie znajdźcie chwilę czasu, udajcie się do najbliższej księgarni, zakupcie sobie tę biografię i włóżcie pod choinkę. Taki prezent od Was dla Was. (Czemu nie?). Dlaczego? Bo warto!

Shakira. Bose stopy, białe sny, Reyes Salvador Román, Kamil Misiek,

Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję Panu Oskarowi z Wydawnictwa SQN!

____
* Cytat pochodzi z książki: "Shakira. Bose stopy, białe sny" (tytuł oryginalny: Shakira. Así es su vida), aut. Reyes Salvadon Román, Kamil Misiek, tłum. Barbara Bardadyn, Wydawnictwo IUVI, 2013, str. 28.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Zielone światło dla zdrowego stylu życia ("Sposoby na zdrowy styl życia według Mai Sablewskiej. Zamień białe na zielone", Maja Sablewska).

 
Nie prowadzę zdrowego trybu życia. Wiedziałam to już od dawna, ale ten poradnik jeszcze bardziej uświadomił mi ten wstydliwy fakt. Uwielbiam śmieciowe jedzenie, chodzę ostatnio spać bardzo późno i gdybym mogła, chętnie zgromadziłabym w pokoju zapasy słodyczy i niezdrowych przekąsek. Gdybym miała stosować się do wszystkich zaleceń wymienionych w niniejszej książce, musiałabym zrezygnować z 99% procent swoich przyzwyczajeń... Choć poradnik ten tyczy się nie tylko zdrowego trybu życia, ale również tego, jak schudnąć. Jedno z drugim się wiąże. Lecz mi bardziej przyda się złapanie kilku kilogramów, niż ich zrzucenie. Ot, chudzinka ze mnie.
 
Co składa się na zdrowy styl życia? Przede wszystkim szczególne zalecenia żywieniowe, ale do nich dołącza także optymalna ilość snu, codzienny wysiłek fizyczny, relaks i odpowiednia pora na wypróżnienie. Życie pod ciągłymi zasadami nie jest mi jednak na rękę. Nie lubię rozkazów, nakazów, zakazów. Gdybym miała co chwila kontrolować swój apetyt czy unikać, dajmy na to, produktów z cukrem, to chyba bym oszalała. Na takiej "diecie" nie wytrzymałabym dłużej niż pięć minut.
 
Ale książka ta nie nawołuje ślepo do zmiany stylu życia. Maja przekształciła zasady tak, by pasowały do niej, do jej stylu życia i upodobań - oczywiście, że zachowała te najważniejsze nakazy, ale też, na przykład, nie zrezygnowała z popijania ulubionej kawy. Książka zawiera także różne sposoby i przepisy na śniadanie i obiad (bo jedzenie kolacji Maja odradza). Fajnie. Maja podzieliła się także swoją historią, dając przykład, że zmiana stylu życia na zdrowy daje efekty. Też fajnie. I przede wszystkim niniejszy poradnik jest tak kolorowy i tyle w nim zdjęć... Fajnie. Choć z drugiej strony - ilość fotografii nieco przytłacza. Należę do wzrokowców, a wzrokowców zawsze cieszą zdjęcia, rysunki, ciekawa oprawa graficzna i tak dalej... Ale szesnaście stron pod rząd (liczyłam) fotografii przedstawiających Maję z warzywami, Maję z owocami, Maję z czymś, co przypomina suszone wodorosty (nie mam pojęcia, co to jest, tylko zgaduję) czy słoikiem z naklejoną kartką z napisem "100% LIPA" i rysunkiem jakiegoś kłosa (że niby to jest to drzewo?)... No właśnie. Trochę lipa.

Najnudniejszym chyba rozdziałem był ten przedostatni. Znajdują się w nim porady ludzi, którzy wspierają Maję - między innymi pani dietetyk czy lekarza medycyny estetycznej. Są to znane, wałkowane niemal wszędzie i rozbijane na części pierwsze tematy... Co do języka - jest nieskomplikowany, przystępny, jakby autorka po prostu mówiła do czytelnika. Jednak chwilami miałam wrażenie, że może jednak jest zbyt prosty.
 
Ogólnie odebrałam tę książkę pozytywnie, oprócz wytykanych tu i ówdzie wad. Mam nadzieję, że przynajmniej część porad i zaleceń w niej zawartych wprowadzę do swojego życia. Zdrowo żyć = żyć dłużej!

Sposoby na zdrowy styl życia według Mai Sablewskiej. Zamień białe na zielone, Maja Sablewska
Wydawnictwo G+J, 2013
 
Książkę pożyczyłam od Ciarolki, bardzo dziękuję za możliwość jej przeczytania! :).

piątek, 6 grudnia 2013

Zimowo mi... + FOTO.



Ach, zima... Lubię ją. Ma w sobie coś takiego tajemniczego, emocjonującego i budzącego grozę zarazem. No i te długie wieczory... I Święta... Tak, zdecydowanie lubię zimę. Co nie znaczy, że akceptuję ją ze wszystkim, co przynosi. Na ścinający mróz, huczący groźnie wśród gałęzi drzew wiatr i śnieg sypiący prosto w twarz można jednak znaleźć sposoby.




Zimowym niezbędnikiem chyba wszystkich moli książkowych jest zbiór następujących wiktuałów:

a) koc / kołdra - do wyboru, do koloru, byleby grzało!;
b) kubek z gorącą herbatą / kawą / czekoladą - to już zależy od gustu smakoszy, bo przecież jeden lubi herbatkę z cytrynką, inny caffe latte czy jakieś espresso, a jeszcze inny przepada za Milką w wersji pitnej;
c) i oczywiście coś, bez czego nie można wręcz się obyć, czyli... książka. Tak. To jest to. Nieważne, czy jakieś zakurzone, opasłe tomisko, czy pachnący nowością i jeszcze ciepły egzemplarz z drukarni. Książka może być idealną alternatywą dla wyjścia na dwór w chociażby tak zimny dzień jak dzisiaj (u Was też szaleje Ksawery? :-)), ale również dla nieuczenia się biologii, odrobienia pracy domowej, spania... No, chyba że, tak jak ja, większość czasu spędzacie przed komputerem.


Oczywiście, czym byłby zimowy niezbędnik mola książkowego bez pewnej uroczej istoty, którą większość z nas, jak wynikło z  moich obserwacji, posiada w domu. Panie i Panowie, mowa oczywiście o... kocie. Ten mający nas czasem w ogonie osobnik potrafi wtulić się w okolice naszej szyi, naśladując dźwięk traktora, czym jednocześnie denerwuje swojego właściciela ("Czy on może być już cicho?") i rozczula go ("Ojejku, jaki kochaś, och, maleństwo, awww").



Nie mogę oczywiście nie wspomnieć o mikołajkach. A raczej o pewnej niespodziance, jaka czekała na mnie na biurku po powrocie ze szkoły (bo prezentami nie będę się chwalić, chyba nie wypada ;-)). Była to paczka od Wydawnictwa Sine Qua Non, które ma idealne wręcz wyczucie czasu - książki do recenzji przybyły do mnie jak prezenty mikołajkowe :-). Nie muszę ukrywać, że cieszyłam się jak głupia. A co było w paczce? Zobaczyć możecie tu: klik.


A do Was przyszedł dziś Mikołaj... czy Ksawery? :-D.
Pozdrawiam mikołajkowo!

Pozować każdy może... niedługo na poważnie zabiorę się za tę książkę!

EDIT: Więcej zdjęć? Zapraszam na mój profil na Instagramie!

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Sprawdź się! ("Czy jesteś wystarczająco bystry, żeby pracować w Google?", William Poundstone).


No! Teraz to ja jestem przygotowana! Gdy już zdam maturę (tak, tak, marzyć to ja mogę, zwłaszcza teraz, gdy całą reformę pozmieniano, a mój rocznik jest z gatunku tych królików doświadczalnych), potem pójdę na studia i zostanę magistrem... a najlepiej doktorem czegośtam, a następnie wybiorę się na rozmowę kwalifikacyjną, to nic mnie już nie zaskoczy.

No dobra, chyba, że zadane zostanie mi takie pytanie:

"Masz przed sobą zegar analogowy ze wskazówką sekundową. Ile razy dziennie wszystkie trzy wskazówki zegara nachodzą na siebie?"*

Albo takie:

"Posłuż się językiem oprogramowania, żeby opisać kurczaka"**

Wtedy może być kiepsko. Ale książka Williama Poundstone'a to prawdziwa kopalnia informacji na temat rozmów kwalifikacyjnych (nie tylko w Google), a przede wszystkim także technik i sposobów rozwiązania zadań i odpowiedzenia na pytania zadawane podczas tychże rozmów. A trzeba przyznać, że poprzeczka stoi wysoko. Bardzo wysoko. Mi samej udało się wykombinować odpowiedź zaledwie na jedno spośród tylu zawartych w tej książce przykładowych zadań. Ale teraz, gdyby popatrzeć na nie przez pryzmat doświadczenia i wiedzy, jakie nabyłam po lekturze, nie wydają się one takie straszne.

A poza nimi i obszernym rozdziałem poświęconym odpowiedziom, Poundstone ze swadą i humorem opowiada o tym, jak to się pracuje w Google czy siedzibie Facebooka (można tam przychodzić z własnym psem!), kto wymyślił wszelakie łamigłówki (i ich rozwiązania) oraz co bada dane zadanie. Jednym z najbardziej interesujących rozdziałów w niniejszej książce jest ten pt. "Praktyczny poradnik dotyczący podchwytliwych pytań zadawanych podczas rozmów o pracę". Poundstone podsuwa nam rady i opisuje kolejne typy zadań, wraz z przykładami, i, co oczywiste, ich rozwiązaniami. Dużo tu schematów, tabelek, grafik - to cieszy oko wzrokowca, którym jestem i który niewątpliwie szybko znudziłby się, gdyby miał przed sobą strony zapełnione samym tekstem.

Muszę przyznać - ciekawa jest ta książka. A jaka przydatna! Nie będę ukrywać, że najbardziej interesowały mnie przykładowe zadania, ale i reszta publikacji w zasadzie jest konieczna, by poznać te wszystkie procedury i strategie od kuchni. Takie podchwytliwe, czasem wręcz kuriozalne, pytania zadawane na rozmowach kwalifikacyjnych mają swój cel. Nie wystarczy przecież zapytać potencjalnego pracownika, jaki zna język obcy i gdzie studiował. Teraz to za mało. Teraz liczą się takie umiejętności, jak racjonalne myślenie, szybkie kojarzenie faktów i ciągu zdarzeń oraz wydajność naszej pamięci. Chcecie sprawdzić, czy nadajecie się do pracy w Google albo w innej znanej firmie? Chcecie rozwinąć swój umysł? A może chcecie po prostu upewnić się, że te zadania faktycznie są takie trudne, za jakie je początkowo wzięłam (i nadal uważam, że poprzeczka stoi wysoko)? Proszę bardzo! To książka dla Was.

Ale wiecie co? Chyba dwa razy się zastanowię, zanim pójdę na rozmowę o pracę w Google ;-).


Czy jesteś wystarczająco bystry, żeby pracować w Google?, William Poundstone
Wydawnictwo Sine Qua Non, 2013

Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję Panu Oskarowi z Wydawnictwa SQN!

______
* Cytat pochodzi z książki: "Czy jesteś wystarczająco bystry, żeby pracować w Google?" (tytuł oryginalny: Are You Smart Enough To Work At Google?), aut. William Poundstone, tłum. Krzysztof Mazurek, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2013, str. 101.
** Tamże, str. 85.

poniedziałek, 25 listopada 2013

"October Baby" [FILM]



Wow. Co za film! Wciąż jestem pod wrażeniem tego obrazu - na tyle, że nie wiem, co napisać, a co chyba ważniejsze: od czego zacząć. Bo, przywołując cytat z pewnej bardzo znanej piosenki: najtrudniejszy pierwszy krok. Potem już samo idzie...

"October Baby" to historia niebanalna i niezwykła, a przede wszystkim zaś oparta na faktach. Opowiada o dziewczynie, która... przeżyła aborcję. Tak. Właśnie. Nie przecierajcie oczu ze zdumienia. To zdarzenie naprawdę miało miejsce, ta kobieta nazywa się Gianna Jessen, a ja, poza recenzowanym teraz filmem, oglądałam również taki, w którym ona sama mówi o swojej historii (oba na lekcjach religii). Od tej kobiety bije niesamowita radość życia. Została ocalona, by przekazywać dalej swoje świadectwo, by uświadamiać innym, jak wiele krzywdy niesie ze sobą aborcja... Cała ta historia i morał dają wiele do myślenia. Aborcja jest przecież zabójstwem i w żadnym przypadku nie powinna być legalna. Film wzbudza kontrowersje (co zresztą widać, przeglądając komentarze i dyskusje dotyczące go na pewnym popularnym polskim portalu dotyczącym kinematografii), ale przecież nic dziwnego...

Trudna tematyka, jakiej podjęli się reżyserzy, stanowiła również wyzwanie dla aktorów. Jednak uważam, że przede wszystkim odtwórczyni roli głównej bohaterki znakomicie poradziła sobie z tym zadaniem - jest autentyczna, bije od niej prostota, naturalność i wdzięk. A skoro już jesteśmy przy aktorach... Jeśli zechcecie obejrzeć ten film, nie wyłączajcie go od razu po zakończeniu; przeczekajcie jeszcze trochę napisów. Jedna z aktorek ma coś ważnego do powiedzenia...

Film "October Baby" nie jest tylko i wyłącznie historią uratowanej z zabiegu aborcyjnego kobiety. To również pełna humoru opowieść o miłości, przyjaźni, a przede wszystkim o przebaczeniu. Tak wiele od niego zależy, tak wielką ma siłę.

Piękny film. Wzruszający. Nie zalałam się rzewnymi łzami tylko dlatego, że było mi głupio płakać w obecności koleżanek i kolegów z klasy, ale gdybym oglądała go w domowym zaciszu, na pewno głośno pociągałabym nosem i musiała zgromadzić duży zapas chusteczek higienicznych. Ale miałam łzy w oczach. I myślę, że i Was ten film wzruszy. A przede wszystkim mam nadzieję, że spodoba się Wam tak, jak i spodobał się mnie.

wtorek, 19 listopada 2013

Podaruj książkę... #2. Dla miłośnika muzyki.

Nieco ponad tydzień temu prezentowałam książki, jakie można podarować z okazji Świąt Bożego Narodzenia (ewentualnie z innego powodu bądź też zupełnie bez okazji) miłośnikowi historii. A ponieważ zaproponowaliście dwa kolejne tematy, wybrałam jeden z nich...

Dziś książki, które można włożyć pod choinkę miłośnikowi muzyki!


"Śpiewając kolędy" to pozycja, która na pewno przyda się w okresie świątecznym. Oprócz tekstów mniej lub bardziej znanych kolęd zawiera także rozważania. "Barbra Streisand. Cudowna dziewczyna" to biografia artystki obdarzonej pięknym głosem. Rarytas dla fanów, ale i także na pewno ciekawa pozycja dla tych, którzy mniej znają tę panią. "German. Osobisty album Anny German" to tym razem gratka dla miłośników piosenek piosenkarki, o której niedawno zrobiło się głośno za sprawą serialu opowiadającego o niej i o jej historii. Oczywiście wszelkie biografie ulubionego artysty obdarowywanego będą na pewno przez niego mile widziane! A "Powróćmy jak za dawnych lat... Historia polskiej muzyki rozrywkowej" to publikacja dla tych, którzy chcą poszerzać swoją wiedzę o muzyce lub dla tych, którzy okres lat 1900-1939 znają... dzięki niezapomnianym piosenkom.

Za tydzień (znów pojęcie względne...) propozycje książek, które można podarować miłośnikom robótek na szydełku i na drutach. Możecie w komentarzach znów podsuwać pomysły na kolejne odcinki cyklu! :-).

czwartek, 14 listopada 2013

Jak poznać świat i siebie nawzajem ("Kąpiel ze słoniem", Claire i Mia Fontaine).



Matka i córka - pozornie dwa przeciwstawne sobie żywioły. Dwa odmienne charaktery. Jednakże nie możemy tylko i wyłącznie skupiać się na różnicach. Bo poza DNA matkę i córkę łączy o wiele więcej, niż można by się spodziewać. I choć czasem wydaje się, że w wielu kwestiach wprost niemożliwością jest dojść do porozumienia, że na pewne aspekty będziemy miały różne zapatrywania i poglądy, a nasze więzi będą się opierać tylko na pokrewieństwie... To jest to DUŻY błąd.

Bo matkę i córkę może połączyć prawdziwa przyjaźń. Nie wierzycie? Dowodem na to jestem na przykład ja i moja Mama... :-) ale także Claire i Mia Fontaine, autorki książki pt. "Kąpiel ze słoniem". To połączenie relacji podróżniczej z pamiętnikiem. Chiny, Nepal, Egipt, Francja... To tylko niektóre z krajów, jakie podczas swojej może nieco szalonej, ale niezwykle ekscytującej podróży zwiedziły matka i córka. Podróżując po niemal całym świecie, nie tylko odkrywały rózne kultury, zawierały znajomości z nowymi ludźmi czy wracały do wspomnień, ale przede wszystkim poznawały siebie nawzajem i analizowały swoje życie. Zrozumiały też, jak wielką rolę matki odgrywają dla córek i odwrotnie. Pogłębiły więzi między sobą, dając odpowiedź na pytanie zawarte na tylnej okładce, a brzmi ono: Czy podróż to dobry sposób, by wzmocnić relacje rodzinne?. Po lekturze tej książki już wiadomo, że tak. Podróż miała też ogromny wpływ na ich życie, uświadamiając wiele spraw i pozwalając zrozumieć, co gra w duszy tej drugiej.

"Bez względu na to, ile masz lat i jaka relacja łączy się z matką, ona jest najważniejszą kobieta w twoim życiu. Znaczymy dla naszych córek więcej, niż sobie potrafimy wyobrazić, bez względu na to, czy im, albo nam, się to podoba."*

Czytałam tę książkę z wielkim zainteresowaniem, podobnie jak Wy czytacie teraz tę recenzję (mam nadzieję!) ;-). Jest to wciągająca, bogata w ciekawostki, a przede wszystkim szalenie inspirująca książka, która i na mnie w pewien sposób wywarła wpływ - już chcę przygotować mapę wizji, jaką zrobiły Claire i Mia, dzięki której określę swoje priorytety oraz głębiej poznam swoje pragnienia i... samą siebie.

"(...) Chodź. - Ciągnie mnie ku KFC.
- Nie po to jechałam tak daleko, żeby jeść w miejscach, do których nie zaglądam we własnym kraju.
- Nie po to jechałam tak daleko, żeby umrzeć z głodu!".*

Relacja z podróży przeplatana z refleksjami, wspomnieniami i ciekawostkami pisana jest ze swadą, lekkością i dużym poczuciem humoru, co stanowi potężny atut tej książki. Jednakże mam pewne zastrzeżenie, które dotyczy wydania. Zgodnie z powiedzeniem "Im dalej w las tym ciemniej", w tym przypadku im szybciej zmierzałam ku końcowi książki, tym więcej błędów się pojawiało. Czy to literówka, czy to dwukrotne powtórzenie tego samego słowa. Przyznaję, że w którymś momencie aż zaczęłam delikatnie kręcić głową - jednak nie wiem, czy z powodu niedowierzania czy z rezygnacji :-). Przydałoby się też trochę zdjęć, ale i pewnie w oryginalnym wydaniu ich zabrakło, więc to sprawa drugorzędna. Zwłaszcza, że opisy są tak skonstruowane, że łatwo można sobie wszystko wyobrazić.

Bardzo się cieszę, że ta książka zagościła w mojej biblioteczce, tym bardziej, iż nie miałam pojęcia, że tam się znajdzie!

PS I pamiętajcie - jeśli pojedziecie do Chin (itp.), nie buntujcie się przeciwko krótkiemu wypadowi do KFC. No, chyba że macie ochotę na zjedzenie smażonego skorpiona.

Claire i Mia Fontaine, Kąpiel ze słoniem
Wydawnictwo Carta Blanca, Grupa Wydawnicza PWN, 2013

 Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję Pani Marcie z DW PWN!

______
* Cytat pochodzi z książki: "Kąpiel ze słoniem" (tytuł oryginalny: Have Mother, Will Travel: A Mother and Daughter Discover Themselves, Each Other, and the World), aut. Claire i Mia Fontaine, tłum. Magdalena Rabsztyn, Wydawnictwo Carta Blanca, Grupa Wydawnicza PWN, 2013, str. 156.
** Tamże, str. 37.

sobota, 9 listopada 2013

Podaruj książkę... #1. Dla miłośnika historii.

Do Świąt Bożego Narodzenia jeszcze mnóstwo czasu, ale już w co poniektórych sklepach pojawiają się świąteczne dekoracje i wystawy, w telewizji reklamują prąd "od początku do choinki", a kolorowe kobiece magazyny drukują przepisy na bożonarodzeniowe potrawy. Ja już zaczynam ulegać świątecznej gorączce - tak, jestem bardzo podatna na tego typu bodźce. Ale nie martwcie się, nie zmienię wystroju bloga na tło z choinkami i czerwoną czcionkę. Zamiast tego co tydzień (pojęcie względne) będę publikować notki o książkach, które można podarować na prezent danej osobie. Każdy znajdzie coś dla siebie... Mam nadzieję.

Dziś książki, które można włożyć pod choinkę miłośnikowi historii!



Dlaczego taki, a nie inny wybór? "Historia Kościoła Katolickiego" skupia się na dziejach katolicyzmu w naszym państwie - począwszy od chrztu Polski aż po kres pontyfikatu błogosławionego Jana Pawła II. "Kino, teatr, kabaret w przedwojennej Polsce" to książka, która z pewnością okaże się interesująca nie tylko dla miłośników kultury czy tego okresu - jest ponadto bogato ilustrowana. "Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię" przedstawia historię kobiet pracujących dla nie tylko dla polskiego wywiadu. To może być ciekawe! "Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów" - jak wyglądało to niezwykłe miasto w latach 20. XX. wieku? Mam chrapkę zarówno na tę książkę, jak i na te o Paryżu i Berlinie z tej samej serii. "Rzeczpospolita zwycięska. Alternatywna historia Polski" - czyli coś z cyklu Co by było gdyby...?. Tak już mamy, że lubimy dyskutować na takie tematy. Ta książka otwiera kolejne pole do dyskusji. "Sierpniowe dziewczęta '44" - znów coś o kobietach, tym razem jednak jest to zupełnie inna historia. Ale na pewno równie interesująca, bo przedstawia płeć piękną walczącą w powstaniu warszawskim. "Wypędzone. Historie Niemek ze Śląska, z Pomorza i Prus Wschodnich" to książka, w której go głosu dochodzą relacje Niemek z końca II wojny światowej. I ostatnia wybrana przeze mnie pozycja nosi tytuł "Miłość w Powstaniu Warszawskim". Jak uczucie pomagało przetrwać te dni? Tego już dowiemy się z książki.

Nie czytałam żadnej z przedstawionych powyżej książek, więc opierałam się tylko na moim widzimisię i przekonaniem, że: O, to może być ciekawe! Jeśli znacie którąś z tych publikacji śmiało napiszcie, czy jest warta uwagi :-).

A co do kolejnego odcinka cyklu... Prezenty dla kogo ma przedstawić za tydzień? :-).

środa, 6 listopada 2013

Przegapiłam urodziny!

Tak to jest, jak dwa komputery w domu stoją zepsute, Internetu brak, a czasu, żeby pójść do biblioteki nie ma. A przede wszystkim, gdy po prostu zapomina się o urodzinach. Urodzinach własnego bloga, które były wczoraj. Już drugich. Ale ten czas szybko leci... To niesamowite uczucie pisać o kolejnym roku spędzonym z Wami, drodzy Czytelnicy, o możliwości współprac z kolejnymi wydawnictwami... A przede wszystkim chyba doszłam do wniosku, że ten blog to już część mojego życia.

Czego bym sobie życzyła? Przede wszystkim chęci do czytania i recenzowania książek, rozkręcenia bloga również na innych płaszczyznach i stałego kontaktu z Wami. No i koniecznie, żeby do biblioteczki wpadła jeszcze masa interesujących tytułów! :-D.


piątek, 25 października 2013

Kard. Jorge Mario Bergoglio - "Kwiatki papieża Franciszka".



"Kwiatki papieża Franciszka" to książka zawierająca zbiór wypowiedzi Jorge Mario Bergoglio, zarówno tych przed, jak i po wybraniu go na Ojca Świętego. Pamiętamy, jak wielkim zdziwieniem był wybór papieża z końca świata. Tytuł publikacji nawiązuje do utworu z opowieściami o świętym Franciszku, którego imię nosi obecny papież.

Z wypowiedzi Ojca Świętego Franciszka jasno wynika, że powinniśmy nieść pomoc ubogim, wykluczonym, nieszczęśliwym, powinniśmy zapomnieć o zemście i pragnąć prawdy, dobra i piękna. Pragnąć Boga. Papież Franciszek dużo uwagi skupia również na ludziach starszych, których należy darzyć szacunkiem i nie zapominać o ich potrzebach, oraz dzieciach - to one przecież są "przyszłością narodów".

Mimo że trudno jest czasem w pełni zawierzyć się Bogu, wybaczyć innym, wspierać słabszych, to warto spróbować. Nie ze wszystkimi kwestiami i poglądami papieża się zgadzam, ale większość z nich jest naprawdę mądra i niewątpliwie lektura tej książki zmieni coś w naszym życiu. Zaznaczyłam w niej bardzo piękny cytat, wiele obrazujący, który pozwolę sobie przytoczyć:

"Otwarte serce
Jeśli nasze serce jest zamknięte, to możemy mieć w rękach kamienie, aby rzucać je na innych. Jeśli natomiast mamy wiarę w sercu otwartym, możemy wraz z innymi budować miłość."
22.03.2013a, tłum. S.T., K.G.*

Mam jednak zastrzeżenie co do korekty: tu i ówdzie pojawiały się literówki. Szkoda, ale wiadomo, że w tym względzie rzadko zdarza się, by książka była idealna... A może nawet wcale? :-)

Kard. Jorge Mario Bergoglio, Kwiatki papieża Franciszka
Wydawnictwo M, 2013

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję pani Dorocie!

______
* Cytat pochodzi z książki: "Kwiatki papieża Franciszka", kard. Jorge Mario Bergoglio, Wydawnictwo M, 2013, str. 113.

sobota, 12 października 2013

Co lubią robić nasze koty?


Przeszkadzać innym kotom, gdy te śpią.

Bambuś i Gucio.

Ziewać.

Bambuś.

Pilnować książek.

Gucio.

Znów ziewać.

Gucio.


Pokazywać język.

Kicia.

Gucio.

Chować się w dziwnych miejscach i udawać zdziwienie, że zostały zdemaskowane.

Bambuś.

Gucio.

A co lubią robić Wasze koty? :-).

czwartek, 3 października 2013

Wyzwanie z Lucy Maud Montgomery.

Mogliście nie czytać żadnej z jej książek. Ale na pewno słyszeliście czy to o Ani, czy to o Emilce, a może i o innych bohaterach powieści tej kanadyjskiej pisarki. Ja słyszałam, "Anię z Zielonego Wzgórza" podczytywałam i trochę oglądałam. A jakiś czas temu wpadłam na pomysł, żeby poznać wreszcie cały cykl, a niedawno - żeby przeczytać i inne książki L.M. Montgomery. Więc powstało wyzwanie. Wyzwanie dotyczące twórczości Lucy Maud Montgomery i jej samej. Wczoraj w bibliotece wypożyczyłam jej biografię i... od niej zacznę. A potem będzie Ania, Emilka i inne powieści...


czwartek, 12 września 2013

Wrześniowy stos książkowy.


Ach... Kto nie lubi pięknej, złocistej jesieni, liści szeleszczących pod stopami, układających się w różnokolorowy niby-dywan...? Kto nie lubi długich wieczorów, podczas których krople deszczu bębnią za oknem, a Ty możesz owinąć się kołdrami i zaczytać w powieści...? A ze spraw typowo kobiecych - która z Was, panie i dziewczyny, nie lubi botków, szali, płaszczyków, które można nosić właśnie jesienią? :-).

No właśnie, jesień da się lubić, proszę państwa. Zwłaszcza, gdy TAKIE książki czekają na przeczytanie. Stosik fotografowałam wczoraj, zamieszczę zaś dzisiaj. A w nim: "Dewey. Wielki kot w małym mieście" i "Dziewięć wcieleń kota Deweya" - zamierzałam zapoznać się bliżej z tymi książkami. A zresztą - to książki o kotach. No więc nie ma chyba żadnych wątpliwości, skąd się w tym stosie wzięły. Niżej: "Blondynka w Londynie" - książka pożyczona od Siostry, przeczytana, zrecenzowana, a wczoraj kolejny raz pożyczona do umieszczenia w stosiku. Jeszcze niżej: "Miasto kości" - kupiona w Empiku (razem z biografią Sergio Ramosa); za tę książkę najwięcej zapłacił nie kto inny, jak Mama. Pożyczyłam tę powieść kiedyś od koleżanki, ale nie przeczytałam jej do końca. Następnie: "Kobieta ze znamieniem" otrzymana niedawno do recenzji od Pani Agnieszki. Kryminał! Z Czarnej Serii! Łohoł! A dalej mamy mini-kącik Madridisty, czyli książki pod tytułami: "El Clásico. FC Barcelona kontra Real Madryt" wypożyczona z biblioteki, "Sergio Ramos. Obrońca nie do przejścia" - kupiona w Empiku i "Real Madryt" (Zamówiłam ją jeszcze przed premierą, odebrałam dopiero wczoraj, a cena z okładki okazała się niższa od tej, jaką zapłaciłam...). I wreszcie biografia "Tove Jansson. Mama Muminków" - do recenzji od Pani z Wydawnictwa Marginesy. Obok zaś stoją lektury szkolne: "Lalka" (Do przeczytania w całości.) i "Dziady" (Tylko którą część mam przeczytać? :-) Chyba trzecią i czwartą; druga miała być poznana w gimnazjum... No właśnie, miała. Wtedy jej, o ile pamiętam, nie przeczytałam w całości. Ale ccii!); a książkę pt. "Kordian" kupiłam wczoraj w Empiku i nie pamiętam, czy jest w kanonie lektur dla mojej klasy, czy nie. Jednak do matury już się trzeba przygotowywać...

Oczywiście muszę nadrobić jeszcze zaległości z ubiegłych miesięcy, a także uczyć się, bo druga klasa licealna to nie przelewki. A jakie są Wasze wrześniowe plany czytelnicze? :-).

Miroslav Šašek - "Oto jest Paryż".



Książka krótka, to i o niej będzie krótko. Zwłaszcza, że główną rolę odgrywa w niej nie tekst, lecz... ilustracje. Podpisy, owszem, są. Jednak to na ilustracjach, Czytelniku, skup swoją uwagę. Przyjrzyj się szczegółom, postaraj się wczuć w klimat Paryża w latach, jak sprawdziłam na stronie internetowej wydawnictwa, bo książki przy sobie nie mam, sześćdziesiątych dwudziestego wieku. To na nich widać historię tego miasta...

Książka, którą czytelnik może przeglądać lub podczytywać, i nad którą może wzdychać lub rozmarzać się. Ja przejrzałam, podczytałam. Może zrobię to jeszcze raz, a tym razem trochę powzdycham. A kiedyś może sama pojadę do Paryża?

Miroslav Šašek - "Oto jest Paryż".
Wydawnictwo Dwie Siostry, 2013 r.

poniedziałek, 9 września 2013

Wpis spontaniczny...




Recenzja być może będzie jutro. Ostatnio, jeśli chodzi o książki, czytałam niewiele. Dlatego podgonię, jeśli chodzi o zaległości, potem wyrównam tempo, a może jeszcze nawet przyspieszę, żeby mieć na zapas. Podsumowania wakacyjnego jednak nie sporządzę, podobnie jak i podsumowania językowego; przepraszam Was zatem.

A jak u Was nastroje powakacyjne? Pogoda jeszcze ładna, słoneczko świeci, lato astronomiczne trwa, ale niedługo już będzie jesień. Ale ja ją lubię...

poniedziałek, 2 września 2013

"One Direction. This Is Us" [FILM]



Byłam wczoraj w kinie. Kino, jak kino, odwiedzane przeze mnie już tyle razy, ale nie o budynku przecież będzie ten wpis. :-) Film, na jaki udałam się z Siostrą, koleżanką i jej znajomą to historia jednego z najpopularniejszych w ostatnich latach boysbandu - One Direction. Nie zamierzam w tym miejscu hotkować i fangirlować, ponieważ:
1. Nie wypada;
2. Emocje już po trochu opadły i mogę na spokojnie opisać wrażenia z filmu. Jeśli oczywiście uda mi się przywołać owe wrażenia i porządnie sklecić kolejne zdania.

To tak tytułem wstępu, powinnam zatem przejść do meritum (cóż za wyraz, ohoho, jakie bogactwo językowe!). No dobrze, dość już żartów. "One Direction. This Is Us" to film biograficzno-muzyczny, opowiadający historię brytyjsko-irlandzkiego zespołu powstałego w programie X Factor. Jako osoba, która w ostatnim czasie mniej lub bardziej interesowała się życiem zarówno prywatnym, jak i zawodowym, członków boysbandu, mogę powiedzieć, że w zasadzie jestem (uwaga, trudne słowo!) usatysfakcjonowana filmem. Został ciekawie zrealizowany, materiały zza kulis połączono z fragmentami z koncertów i prywatnymi wyznaniami chłopców. Miałam jakieś wrażenie, jakby czegoś zabrakło, może przydałoby się więcej tych wyznań... No właśnie, trudno określić. Momentami film był bardzo zabawny (śmiałam się razem z chłopakami czy też z ich "numerów", jakie wywijali), ogólnie nakręcony został właśnie w konwencji komediowej, jedynie z momentami nostalgicznymi czy poważnymi.

Życie tych młodych wokalistów obróciło się o 180 stopni, kiedy poszli na casting do programu. Zwyczajni chłopcy stali się nagle sławni na całym świecie. Ich historia to również opowieść o tym, jak zmienia się życie, kiedy człowiek staje się rozpoznawalny na tyle, że nie może spokojnie robić tego, co jego rówieśnicy - na przykład wybrać się ze znajomymi do kina czy przespacerować się spokojnie po mieście.

Film przypadnie do gustu zwłaszcza fanom zespołu. Ale pamiętajcie, żeby zostać jeszcze podczas napisów końcowych!

PS A kiedy ten film wyjdzie na płycie DVD... :-)

piątek, 30 sierpnia 2013

Beata Pawlikowska "Blondynka w Londynie"


Blondynka odwiedziła już wiele krajów. Blondynka napisała też dużo książek, ma nawet swój program w radiu. Kiedyś Blondynka prowadziła też program w telewizji. Tym razem tytułowa Blondynka, czyli pani Beata Pawlikowska, opisała swoją wyprawę do Londynu. Nie pierwszą, jak się okazało.

Tymczasem ta książka wbrew pozorom nie jest książką typowo podróżniczą, choć z takich, rzec czy też raczej: napisać można, pani Beata Pawlikowska słynie. Ta książka to takie trzy w jednym: połączenie autobiografii i publikacji filozoficznej, z wątkami podróżniczymi. I zdjęciami. I rysunkami. O, tak, tego w tej gabarytowo niewielkiej publikacji jest dużo. Ale może to i dobrze, bo i można sobie na te różne zakamarki Londynu popatrzeć, i książka staje się bardziej interesująca, i czyta się ją szybciej i przyjemniej.

Nie narzekam, choć trzeba przyznać, że książki tej autorki są specyficzne. Niby podróżnicze, a jednak zawierają dużo filozoficznych rozmyślań i mądrości. Tylko czy faktycznie tego przypadkowy czytelnik szuka w książkach podróżniczych? Oczekiwania co do takiego typu literatury są dość jasne: książka ma zachęcić do podróży, rozbudzić apetyt na poznawanie różnych zakątków świata, domatorów ruszyć z kanapy, przedstawić interesujące miejsca w danym kraju czy mieście i zachwycić zdjęciami (w wersji dla mniej wybrednych: po prostu te zdjęcia posiadać).

No, ale, podobało mi się. :-) Okazało się, że takie połączenie, to trzy w jednym, jest (o dziwo!) całkiem udane...

Beata Pawlikowska, Blondynka w Londynie
Wydawnictwo G+J, 2013

__________
Książkę do recenzji otrzymała moja Siostra; dzięki temu i ja mogłam ją przeczytać.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

"Turecki. Kurs podstawowy"


Były różne. Francuski, norweski, nawet krótka przygoda z japońskim. Mowa... a raczej pisanie... tu oczywiście o obcych językach. Skąd pomysł na naukę języka tureckiego? Ano podobno mam tureckie czy też tatarskie (tu kwestia sporna) korzenie; wystarczy zresztą wygooglować moje nazwisko, a na Wikipedii znajdziecie wyjaśnienie, co i jak. No i wiecie, warto poznać język swoich domniemanych przodków. Nie spodziewałam się jednak, że ten język okaże się aż taki trudny!

"Turecki. Kurs podstawowy" to publikacja, która należy do tytułów z serii Audio Kursów. W zestawie znajduje się książka i opakowanie z dwoma płytami CD z nagraniami. Opuściłam zdecydowaną większość zagadnień gramatycznych omówionych w podręczniku, skupiłam się na nagraniach i nauce przydatnych zwrotów czy słówek. Trochę żałuję, że jedyne ćwiczenia, jakie zawarte są w książce, opierają się na słuchaniu nagrań, powtarzaniu za lektorem i tworzeniu pytań w języku tureckim. No, ale w końcu jest to audiokurs, więc czegóż innego się spodziewać? :-)

W książce, poza wspomnianymi wyżej zagadnieniami gramatycznymi, znajdują się listy słówek i zwrotów, przykładowe dialogi, ćwiczenia i ciekawostki (np. co warto zobaczyć w Stambule lub poza nim czy też czym jest tzw. "lwie mleko"). Nie przerobiłam jeszcze całego materiału, co oczywiste, i tak naprawdę niewiele się tego języka nauczyłam. Jest on dość trudny, zwłaszcza gramatycznie, a w niektórych przypadkach wymowa również przysparzała nieco kłopotu. Nie wiem, czy będę dalej uczyć się tego języka, zwłaszcza, że zbliża się rok szkolny. Ale kurs postawię na półce i jeśli przyjdzie mi ochota na to, bym znów po niego sięgnęła... zrobię to. :-)

Turecki. Kurs podstawowy

Za książkę dziękuję Pani M. z Wydawnictwa Edgard!

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Doris Lessing "Idealne matki"

Co za historia! Tego chyba jeszcze nie było... Doris Lessing - noblistka - zaserwowała nam intrygę, która brzmi jak... z bajki. Ale nie takiej zwykłej, normalnej, gdzie wszystko kończy się dobrze, a bohaterowie żyją długo i szczęśliwie. To bajka tylko z teorii, ponieważ takich rzeczy, jakie wydarzyły się na kartach tej książki, próżno szukać na porządku dziennym wśród społeczeństwa. Bo czy dwie matki, przyjaciółki, mogą związać się nawzajem ze swoimi synami? Brzmi nieprawdopodobnie, niemal... bajecznie. No właśnie. Tylko potem wcale tak bajecznie już nie jest. Czy taki związek ma przyszłość? Czy jest sens budować szczęście na tak kruchych fundamentach? Na te pytania odpowiedzieć będą musieli nie tylko bohaterowie tego opowiadania, ale również Czytelnik...

Na początku nie mogłam połapać się, o co chodzi w tej książce. Czytałam opis na tylnej okładce, jednak opowiadanie zaczęło się w zupełnie innym miejscu, i dopiero po jakimś czasie można było zorientować się, że wstęp jest po części zakończeniem książki... Ale nie historii. Bo Czytelnik może również sam dopowiedzieć sobie zakończenie. Niektórych może nasycić to, co wyczytali w książce, inni będą dopatrywać się drugiego dna, a jeszcze inni mogą próbować domyślić się, co się ostatecznie wydarzyło. Bo przecież jest tyle możliwości* - Tom i Ian mogli rozstać się z żonami, zostając sami, znajdując nowe dziewczyny lub ponownie wiążąc się nawzajem ze swoimi matkami albo poprosić żony o wybaczenie. To mogło przecież skończyć się różnie i wraz z zamknięciem książki wcale nie trzeba zamykać tej historii...

Całkiem ładna to i zgrabna opowieść, jednak nie za bardzo wiem, jak ją ocenić. Czy czegoś mi tu brakowało? Sama nie wiem. Tu trochę naiwności miesza się z banałem, ale również z emocjami: poprzez miłość, nienawiść, tęsknotę... Mimo wszystko warto tę książkę przeczytać. Doris Lessing stworzyła historię, która ma ręce i nogi; wykreowała także dobre portrety psychologiczne postaci, które mają swoje uczucia, nie są tylko drewnianymi marionetkami na sznurkach, za które pociąga autorka. Ale wiadomo, że w tak krótkiej perspektywie, jakim jest zaledwie nieco ponad sto stron, trudno rozłożyć kilkuletnią historię, razem z jej przeszłością i... przyszłością może też? Choć przyszłość w przypadku tej opowieści rysuje się jako wielka niewiadoma. To Czytelnik decyduje, jak chce ją określić...

Doris Lessing, Idealne matki
Wydawnictwo Wielka Litera, 2013 

_____
* Uwaga, częściowy spojler! :-)

wtorek, 13 sierpnia 2013

Park Wyobraźni


Fot. A. Jurczyk

W sobotę wybrałam się z Siostrą do parku, by wziąć udział w wydarzeniu, o którym informowałam Was tutaj. Więcej zdjęć postaram się opublikować w wakacyjnym podsumowaniu. :-) A Wy - lubicie czytać na świeżym powietrzu?

sobota, 10 sierpnia 2013

Ann Voskamp "Tysiąc darów"

Gdy świat wali Ci się na głowę, gdy nie wiesz już, co masz robić, gdy myślisz tylko o tym, jak bardzo jest Ci źle... Pewnie nawet nie zadumasz się chwilę nad dziękczynieniem. Taka prosta, a jednocześnie trudna czynność - dziękczynienie za wszystko, co otrzymujesz od Boga.

Co może zachęcić nas do przeczytania danej książki?
1. Ładna okładka (choć pamiętamy, że nie ocenia się książki po okładce).
2. Napis "Bestseller New York Timesa" (choć można spotkać się w różnych opiniach ze zdaniami, że słowa te nie gwarantują, iż powieść okaże się naprawdę wyjątkowa).
3. Ciekawy tytuł (choć nie zawsze pokrywa się z treścią).

Tysiąc darów. O sztuce codziennego szczęścia. W czasach, gdy tego szczęścia poszukujemy masowo, by choć przez chwilę poczuć radość rozpierającą nasze serca, wyrywającą się z naszych płuc, pragnącą otoczyć wszystkich dokoła, poradniki o tym, jak to rzeczone szczęście zdobyć, utrzymać i podzielić się nim z innymi bywają hurtowo wykupywane z księgarskich półek i odnotowują popularność większą niż historie o romansie dziewczyny z wampirem, wilkołakiem, erotomanem (niepotrzebne skreślić).

Tym razem jednak nie jest to poradnik o szczęściu. Jest to świadectwo pewnej kobiety, która z życia w pustce wyrwała się do życia w miłości, radości, dziękczynieniu. Dzięki Eucharisteo odkryła to, co w życiu jest najważniejsze. Umiejętność dziękowania za każdy dar jest trudna. Bo gdy dzieje się źle, dopada nas smutek, żal, niepokój, często nie potrafimy nic innego, jak tylko zalać się łzami, załamać się i odwrócić od Boga. Nie doceniamy tego, że to, co dla nas zsyła, jest dobre. Wszystko, co pochodzi od Boga, jest dobre. A jednak tak trudno nam to zauważyć, zrozumieć, zapamiętać.

Autorka podjęła pewne wyzwanie i zaczęła prowadzić dziennik, w którym zapisywała dary, za które dziękowała Bogu. Któregoś dnia liczba tychże darów sięgnęła tysiąca. Lecz lista wcale się nie skończyła, wręcz przeciwnie, wydłużała się z każdym kolejnym dniem. Ta książka to coś w rodzaju pamiętnika, zapisków z życia autorki, którymi dzieli się ona z nami - być może dlatego, byśmy w końcu przekonali się, że nawet w gmatwaninie codziennego życia można znaleźć czas, by podziękować Stwórcy za wszystko, czym nas obdarza. Momentami język przypomina poezję. Niektóre fragmenty są tak plastyczne... Zresztą zobaczcie sami:

Przechylam dłoń w stronę światła i jego nowe fale umacniają kopułę bańki, a wstęgi kolorów się pogłębiają, ognistoniebieski, tańczący płomień przechodzi w krzykliwy szkarłat. Kalejdoskopowa planeta. Głęboka uwaga wypełnia puste arkady.*

A to nie jest chyba nawet fragment, który chciałam Wam zacytować, kiedy jeszcze czytałam tę książkę. Teraz jednak nie mogę go odnaleźć. Mimo wszystko i ten, który przytoczyłam powyżej, wskazuje na tę plastyczność, tę poezję w języku. Choć muszę przyznać, że niełatwo czytało mi się tę książkę, chwilami zmuszałam się do tego, by ją dokończyć, i w zasadzie nie wiem, co było ku temu powodem. Przecież jestem wierząca, co więc mi przeszkadzało?

I wcale nie twierdzę, że ta książka jest wybitna czy też wyjątkowa. Może też nawet nie być moim prywatnym bestsellerem. Jednak takie książki są potrzebne, by uświadomić nam, jak wielka jest moc dziękczynienia. I nie tylko. Ale o tym i o reszcie już dowiecie się z niej samej.

PS Spójrzcie na okładkę. Wystarczy rzut oka, by stwierdzić: Jest śliczna.

Ann Voskamp, Tysiąc darów
Wydawnictwo Esprit, 2012

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Esprit!
_____
* Cytat pochodzi z książki "Tysiąc darów" ["One Thousand Gifts"], aut. Ann Voskamp, tłum. Edyta Stępkowska, wyd. Esprit, 2012, str. 93.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Joanna Sałyga, Piotr Sałyga "Chustka"

Trudno czytać niektóre książki. I chyba jeszcze trudniej je recenzować. Bo ciężko wchodzić z butami w czyjeś życie, zaglądać to tu, to tam. Zwłaszcza, że tej osoby już nie ma na tym świecie.

Taką trudną książką jest "Chustka". I może to zabrzmi jak oksymoron, sprzeczność, figura przeciwstawna, ale mimo tej trudności, to jest to lektura pełna ciepła, miłości, dobrego humoru. Chyba nie spodziewałam się, że tak często podczas czytania tej książki będę uśmiechać się pod nosem. Tak. Nie spodziewałam się. Wcześniej nie słyszałam o Chustce. Nie znałam historii Joasi, jej wielkiego pragnienia życia i miłości do Syna i Niemęża. A może słyszałam...? A może widziałam...? Tylko umknęło mi to między kolejnymi chwilami, nie zauważyłam, nie zatrzymałam się, nie pomyślałam. Choć z natury jestem wrażliwa i czasem potrafię wczuć się w czyjąś sytuację, to nie zawsze tak się dzieje.

Ale jakiś czas temu zaczęło być głośno o pewnej książce. Potem dowiedziałam się, że najpierw był blog. Zajrzałam raz czy dwa, ale dopiero dzięki tej książce poznałam historię Joanny. Kobiety, która pewnego dnia dowiedziała się, że ma raka. Ale nigdy nie straciła apetytu na życie. Na blogu opisywała swoją codzienność z ogromną dawką dobrego humoru. Duże wrażenie zrobił na mnie Syn Joanny. Jaki to mądry chłopak! I jakie poważne rozmowy przeprowadzał ze swoją mamą, na najróżniejsze tematy, oczywiście z dowcipem, a jakże.

Smutek, ból i niepewność przeplatają się w tej książce z miłością, dobrym humorem i ogromnym apetytem na życie. Uczucie, jakie towarzyszyło mi przez większość książki - czyli, jeśli można to w ogóle nazwać uczuciem, taki pozytywny uśmiech, pod koniec historii zmieniał się w smutek. I po części również niedowierzanie. Że za chwilę koniec. Że ostatnie strony książki, ostatnie zapiski równoznaczne będą ze śmiercią jej głównej bohaterki, a zarazem autorki. Z kimś, z kim, można powiedzieć, trochę się zżyłam. I szkoda mi... Szkoda.

Joasiu,
dziękuję Ci za Twoje świadectwo Życia. Życia przez duże "ż". Postaram się cieszyć każdą chwilą, doceniać życie i nie przestać się uśmiechać. Bo zawsze jest nadzieja. Zawsze jest wiara. I miłość.
Spoczywaj w pokoju, Joasiu.

Czytelniku, kupując niniejszą książkę, wspierasz również Fundację Chustka.

Joanna Sałyga, Piotr Sałyga, Chustka
Wydawnictwo Znak, 2013

piątek, 2 sierpnia 2013

Matthew Quick "Poradnik pozytywnego myślenia"

Był sobie Pat. Pat właśnie wyszedł z niedobrego miejsca - innymi słowy, szpitala psychiatrycznego. Trafił tam z pewnego powodu, które nazywa rozłąką z żoną Nikki. Owa rozłąka trwa, ale Pat jest optymistą - wyobraża sobie swoje życie jako film i dąży do jego dobrego zakończenia. Jego zdaniem wszystko będzie miało szczęśliwy finał. Dlatego Pat ćwiczy:
a) pozytywne myślenie,
b) bycie miłym,
c) swoje ciało, bo, jak dowiadujemy się już niemal na początku książki - "Nikki-lubi-facetów-z-ładną-rzeźbą"*.


Ale tak się właśnie złożyło, że pewnego dnia Pat poznał Tiffany. Dziewczynę równie zakręconą jak on sam, a może nawet i jeszcze bardziej. Jaką rolę odegra ona w jego filmie? I czy rzeczywiście nasz bohater będzie miał szansę na happy end?

Nie, nie szykujcie się na love story. To nie jest ckliwa historia miłosna, lecz dobrze poprowadzona opowieść o mężczyźnie, który zmienia swoje życie. Opowieść z dawką humoru i pisarskiego polotu. A niełatwe miał zadanie pan Quick, o nie. No bo wiecie - napisać książkę z perspektywy kogoś, kto niedawno wyszedł ze szpitala psychiatrycznego... Wcielenie się w takiego bohatera to swego rodzaju wyzwanie. Zwłaszcza dla debiutanta, bo "Poradnik pozytywnego myślenia" to pierwsza powieść autora.

Książka ta pełna jest... specyficzności. Specyficzny język, specyficzna historia, specyficzni bohaterowie. Trudno zaprzyjaźnić się z nimi wszystkimi od początku. Każdy z nich jest na swój sposób inny, każdy ma swoje problemy i przeszłość, z którą musi się pogodzić, zaakceptować ją. Mimo wszystko da się ich polubić. Nawet Tiffany (a dlaczego "nawet", to się przekonacie, gdy książkę przeczytacie). A tę specyficzność można zanotować zarówno jako plus, jak i minus powieści.

Gucio zaprezentował, w jakiej wersji czytałam tę książkę. :-)
I cóż. Niezła jest ta książka, przyznam, niezła. Muszę jednak wspomnieć o jeszcze paru wadach. Na pierwszy ogień idą oczywiście... wulgaryzmy, których w tej książce nie brak. I co jeszcze? Ach, rzecz chyba oczywista - BŁĘDY. Braki i przekręcenia ortograficzne i interpunkcyjne aż rażą w oczy, chociaż CZYTAŁAM TEKST PRZED KOREKTĄ (to pewne usprawiedliwienie dla tego faktu). Nie wiem zatem, jak sprawa ma się w przypadku już wydanej książki. Gdybym otrzymała oryginalny egzemplarz tej powieści, wiedziałabym. Tak się jednak nie stało, nad czym ubolewałam, bo okładka jest naprawdę ładna, a takie wydanie pewnie lepiej prezentowałoby się na półce. :-)

"Poradnik pozytywnego myślenia" mogę określić kilkoma zaledwie zdaniami. Jest humor. Jest miłość. Jest i wątek dla fanów sportu. Miłe czytadło, ale z przesłaniem ukrytym między stronami: warto myśleć pozytywnie. :-)

_____
* Cytat pochodzi z książki "Poradnik pozytywnego myślenia" ["Silver Linings Playbook"], aut. Matthew Quick, tłum. M. Borzobohata-Sawicka i J. Dziubińska, wyd. Otwarte, 2013, str. 5.

Matthew Quick, Poradnik pozytywnego myślenia
Wydawnictwo Otwarte, 2013

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Otwarte!

wtorek, 30 lipca 2013

Francesca Simon "Koszmarny Karolek. Drapieżne dinozaury"

Kto pamięta Koszmarnego Karolka? Ręka w górę!

Hmm, no, chyba jest Was trochę? :) Ja pamiętam przygody tego niesfornego chłopca. Nic w tym dziwnego, skoro wiele razy czytałam tyle książek, a swego czasu oglądałam również niektóre odcinki serialu animowanego nakręconego na podstawie historyjek wydanych w formie papierowej. A te przygody były, a właściwie są nadal, tak zabawne, że wiadomo, iż ma się ochotę na więcej (chociaż wraz z biegiem lat poziom humorystyczny nieco spadł... Te nowsze historie nie bawią już tak, jak te sprzed kilku lat).

Sięgnęłam zatem po książkę znalezioną na bibliotecznej półce. Co się jednak okazało? Nie znajdziemy w niej kolejnych historii o Koszmarnym Karolku, lecz mnóstwo bardziej lub mniej interesujących i fascynujących, szerzej lub w mniejszym stopniu rozpowszechnionych faktów na temat... dinozaurów. Nasuwa się pytanie, czy takowe stworzenia istniały naprawdę.

"Naukowcy często nie odnajdują pełnego szkieletu, ale mogą odgadnąć po zaledwie jednej kości, jak duży był dinozaur". *

Łał. Niesamowite.

Ta książka to doskonały sposób na to, żeby poprzez śmiech i zabawę przyswoić wiadomości o dinozaurach - jest zatem połączeniem dobrego humoru i nauki. A wszystko okraszone charakterystycznymi rysunkami Tony'ego Rossa.

No, to jak? Chcielibyście dowiedzieć się, z czego były powieki ankylozaura, z jaką prędkością na krótkich odcinkach mógł biec welociraptor, co oznacza nazwa "troodon" i jaki dinozaur miał najdłuższe pazury? Mnóstwo dziwnych, zaskakujących dla młodego czytelnika faktów o dinozaurach (a nawet i ja byłam momentami zaskoczona). Ta książka nie tylko obfituje w ciekawostki, ale też obala mity. Przydałaby się w biblioteczce małego odkrywcy. :)

_____
* Cytat pochodzi z książki "Koszmarny Karolek. Drapieżne dinozaury" ["Horrid Henry's Dinosaurs"], aut. Francesca Simon, wyd. Znak Emotikon, 2012, tłum. Matylda Biernacka.

Francesca Simon, Koszmarny Karolek. Drapieżne dinozaury
Wydawnictwo Znak Emotikon, 2012

poniedziałek, 22 lipca 2013

FOTORELACJA: LATO Z RADIEM W ZAMOŚCIU



Sobota, 20 lipca 2013.
Godzina 16:04
Idziemy. Jesteśmy w drodze na koncert Lato z Radiem. Wystąpią zespoły Enej i Perfekt.

~ ~ ~

Tymi słowami zaczęłam niniejszy tekst, bo właśnie te trzy zdania, wraz z godziną, otwierają zapis mini-relacji, jaką pisałyśmy z Siostrą w czasie drogi na koncert. To nic, że bazgrałyśmy jak kury pazurami. Wszystko da się odczytać.












Dalej jednak posłużę się wspomnieniami, które przeplatać będę z zapisem relacji z zeszytu i innej z notesu-kalendarza. A zatem... Jak to było?


Dotarłyśmy. Już z daleka było widać namioty, scenę, różne "stoiska", a przede wszystkim ludzi. Po zrobieniu zdjęć i wysłuchaniu panów Romana Czejarka i Bogdana Sawickiego, a następnie przesłuchaniu występu Robi Show, wróciłyśmy do domu po koc, sok, pieniądze, Mamę i Tatę. Planowałam zrobienie czegoś w rodzaju pikniku. Jednak, jako że Rodzice nie chcieli z nami iść, poszłyśmy z powrotem do parku (tam odbywał się koncert), ostatecznie nie zabierając żadnej z rzeczy, które planowałyśmy wziąć.

~ ~ ~

Za chwilę na scenie pojawi się zespół. :-)

 Koncert zespołu Enej rozpocząć się miał mniej więcej o godzinie 19:00, ale gdy chłopaki zaczęli wychodzić na scenę, było w okolicach godziny 20:00. Grupa wykonała zarówno piosenki przeze mnie znane, jak i te, które niespecjalnie kojarzyłam. Następnie członkowie zespołu zeszli ze sceny. Zabrakło jednej z moich ulubionych piosenek, pod tytułem "Skrzydlate ręce". Publiczność zaczęła skandować: "Enej! Enej!" i... już po chwili zespół ponownie pojawił się na estradzie. I tym razem, wraz z publicznością, zaśpiewali i zagrali dwie piosenki: "Tak smakuje życie" i "Skrzydlate ręce". Ach, jakie to uczucie: skakać, śpiewać, klaskać, podnosić ręce i tańczyć w rytm muzyki razem z zespołem, który się lubi. Niezapomniane! Śpiewało się super, klaskało jeszcze lepiej, a zabawa była przednia.








Szkoda, że, mimo iż czekałyśmy z Siostrą na autografy, okazało się, że zostały one już rozdane. Jak? Gdzie? Kiedy? Byłam naprawdę zaskoczona, bo nie mogłyśmy się doczekać tego właśnie momentu. No trudno. Musiałyśmy obejść się smakiem. Na szczęście mamy zdjęcia (to nic, że większość z nich jest rozmazana), filmiki (co z tego, że zamiast normalnie nagranego dźwięku, jest dziwnie skrzeczący) i, co najważniejsze, wspomnienia. Tak. Tego nam nikt nie odbierze.