czwartek, 21 lutego 2013

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA - C.J. Daugherty "Wybrani"

Autor: C.J. Daugherty
Tytuł: Wybrani
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 440
Data premiery: 6.03.2013

Elitarna szkoła z tajemnicą w tle... Dziwne zasady, za których złamanie grożą surowe kary... I dwóch chłopców zabiegających o twoje uczucia...

Alyson Sheridan, zwana przez wszystkich Allie, była kiedyś wspaniałą córką i godną naśladowania uczennicą. Wszystko zmieniło się jednak po tym, jak jej ukochany brat Christopher któregoś dnia po prostu odszedł i nie wrócił. Dziewczyna odreagowuje to wydarzenie, popadając w konflikty z prawem. Po trzecim aresztowaniu jej rodzice podejmują desperacką decyzję o wysłaniu córki do szkoły z internatem mieszczącej się na odludziu. Akademia Cimmeria okazuje się nie być zwyczajną szkołą... Pewnego dnia jedna z uczennic zostaje zamordowana. To jednak nie koniec niesamowitych wydarzeń. Kto stoi za tajemniczym zabójstwem i jakie sekrety skrywa Akademia Cimmeria?

Przyznam szczerze, że ta książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Kiedy dowiedziałam się, że jest to debiutancka powieść autorki, która w dodatku powstała w wyniku wyzwania, nie mogłam w to uwierzyć. C. J. Daugherty posługuje się niezwykle plastycznym i lekkim w odbiorze językiem, wręcz bawi się piórem. Dzięki temu książkę czyta się szybko, czego dowodem jest to, że pochłonęłam ją w zaledwie parę wieczorów. Opisy aż tętnią życiem, dialogi czyta się z przyjemnością, a wykreowane postaci zachwycają naturalnością. Z każdym rozdziałem wzrasta napięcie, mimo tego, że akcja właściwie toczy się niezbyt szybko (do zabójstwa dochodzi po niewiele ponad dwustu stronach książki). Nie jest to jednak wadą, bo dzięki temu można łatwo zorientować się w wydarzeniach.

Wielkim zaskoczeniem było dla mnie również to, że (uwaga!) nie znajdziemy tu żadnych postaci paranormalnych tak popularnych teraz w literaturze młodzieżowej, jak wampiry, elfy czy wilkołaki. Jednak zaszufladkowanie Wybranych jako książkę typowo młodzieżową byłoby sporym błędem. Bo i starsi znajdą tu coś dla siebie.

Wątek miłosny w Wybranych, owszem, pojawia się, ale nie jest w żaden sposób cukierkowy czy do przesytu słodki. Dwóch chłopców rywalizuje o jedną dziewczynę - schemat częstokroć w literaturze powtarzany, ale akurat tutaj nie można się do niczego przyczepić. Mi osobiście do gustu przypadł Carter (może dlatego, że lubię bad boy'ów ;-)). Natomiast Sylvain od początku wydawał mi się odrobinę sztuczny. Ale ciii...

Ta książka to dowód na to, że nie trzeba niesamowitych postaci, by stworzyć naprawdę świetną powieść. Wystarczy dobry warsztat, odrobina chęci i wyobraźni, a do tego jeszcze krzta dobrego humoru i umiejętność obserwacji rzeczywistości. C. J. Daugherty w Wybranych, pierwszej części cyklu Nocna Szkoła, wykazała wszystkie te cechy. I, jak widzicie, zdecydowanie wyszło to na dobre!

Nie pamiętam, kiedy ostatnio przyznałam jakiejś książkę maksymalną ocenę, ale ta w pełni na nią zasługuje. A ja z niecierpliwością czekam na kontynuację!

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Otwarte!


środa, 20 lutego 2013

Łukasz Grass "Trzy mądre małpy" (audiobook)

Autor: Łukasz Grass
Tytuł: Trzy mądre małpy
Wydawnictwo: Ateria Sp. z o.o.
Czas trwania: 285 min

Kolejny audiobook, którego miałam okazję posłuchać, określany jest hasłem Polska odpowiedź na książkę Harukiego Murakamiego - "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu". Nie miałam okazji czytać żadnej powieści japońskiego pisarza, więc tej wyżej wspomnianej tym bardziej, ale z tytułu wnioskować mogę, że jest to książka... o bieganiu. (Ach, jakaż ja spostrzegawcza! ;-))

Trzy mądre małpy to książka także traktująca o bieganiu, choć nie tylko. Autor początkowo opisuje swoje dzieciństwo, gdy chciał być sportowcem, potem komentatorem sportowym. Pierwsze rozdziały mogę porównać do felietonu - tu autor wykłada swoje opinie na przykład o mediach, w których pracował. Łukasz Grass pisze o nich, ich roli i tym, jaki mają na nas wpływ. Włączamy telewizor i słuchamy o tragediach, o których nierzadko nie chcielibyśmy słyszeć. Otwieramy gazetę i czytamy o sensacjach robionych z byle czego. W tej kwestii zgadzam się z autorem. Jeśli chodzi o język, to autor nie stroni od wulgaryzmów, ale ogólnie w odbiorze jest dosyć lekki, z czego bardzo się cieszę. Dlaczego? A wyobraźcie sobie książkę, której słuchacie, pełną wyniosłych wyrażeń i specjalistycznego języka. Zapewne wyłączylibyście nagranie już po kilku minutach.

Głównym zagadnieniem, jaki porusza w swojej książce Łukasz Grass, jest sport. Z naciskiem na bieganie, pływanie i jazdę na rowerze. Już wiecie, jaka dyscyplina łączy w sobie te trzy, wyżej wymienione? Tak, tak. To triathlon. Wiele razy o nim słyszałam i czytałam. Że wyczerpujący, że dla twardzieli i że trzeba mieć naprawdę żelazny organizm, by dotrwać do mety. No i tu się nie dziwię. Bo żeby przepłynąć 3,8 km, pokonać rowerem 180 km, a potem jeszcze pobiec 42 km (to długości charakterystyczne dla Ironmana, siódmego w kolejności dystansu triathlonowego), trzeba być w niesamowitej kondycji. Ja odpadłabym już po pierwszych stu metrach biegu. Nie, nie żartuję. Inna sprawa, że ze względu na problemy zdrowotne, nigdy nawet nie mogłabym wystartować w podobnych zawodach, nawet na mniejszym dystansie (ot, chociażby Super Sprinterskim, czyli tym najkrótszym).

Trzy mądre małpy to książka niezła, ale na dłuższą metę wydała mi się nudna. Ciągłe słuchanie o bieganiu, pływaniu, jeździe rowerem w końcu sprawiło, że nie dosłuchałam audiobooka do końca. A słuchanie też nie było łatwe, bo głos lektora, Bartłomieja Topy, chwilami był tak monotonny, że oczy mi się kleiły... A tego pana jako aktora lubię, wobec czego ta monotonność w jego głosie była dla mnie nie lada zaskoczeniem. Oj, panie Bartku, mógł się pan bardziej postarać!

Przede wszystkim jednak książka ta naprawdę inspiruje. Kolokwialnie mówiąc, daje kopa w tyłek, by wreszcie ruszyć się z kanapy, włożyć dres i... pobiec. W siną dal. Gdzie nogi poniosą. Zalety? Lepsza kondycja, szczuplejsza sylwetka, zdrowie - zarówno fizyczne, jak i psychiczne...

A ja pobiegam, serio. Tylko niech się trochę ociepli! ;)

Za możliwość przesłuchania audiobooka bardzo dziękuję serwisowi Audeo.pl!


poniedziałek, 18 lutego 2013

Piękne istoty [FILM]

Tytuł: Piękne istoty (2013)
Tytuł oryg.: Beautiful Creatures
Reżyseria: Richard LaGravenese
Gatunek: melodramat, fantasy

Kiedy moja przyjaciółka zaproponowała mi wczoraj wyjście do kina na film 'Piękne istoty', początkowo nie wiedziałam, czy zgodzić się, czy nie. Chciałam najpierw przeczytać książkę, poza tym po przeczytaniu opisu nie byłam pewna, czy ten film spodobałby mi się. A jednak zdecydowałam się pójść. Jakieś cztery godziny temu wróciłam z kina. Nie zabrałam się jednak do recenzji 'na świeżo' po obejrzeniu filmu, i to nie z powodu odetchnięcia i zebrania w całość wrażeń po seansie. Oglądałam mecz siatkarski ;-) Ale, ale, dość już prywaty. Czas ocenić film.

Do niewielkiej amerykańskiej prowincji Gatlin przyjeżdża Lena Duchannes. Od początku swojego pobytu czuje się jak odludek - jej wujek, u którego zamieszkuje, jest wśród mieszkańców miasteczka wyobcowany, wobec czego i jego siostrzenica nie zdobywa ich sympatii. Lena poznaje Ethana Wate'a - jedyną osobę, która nie okazuje do niej niechęci. Para zaprzyjaźnia się, a wkrótce potem zaczyna ich łączyć coś więcej. Jednak to nie wszystko. Lena nie jest taka, jak inne dziewczyny. Ethan szybko się o tym przekona, a decyzja, którą musi podjąć dziewczyna, będzie mieć duży wpływ na życie ich obojga.

Pierwsze, o czym chciałam powiedzieć, to to, że obawiałam się, iż film będzie kopią 'Zmierzchu' i 'Harry'ego Pottera'. Niby opis na to nie wskazywał, ale takie przekonanie utrwaliło się w mojej podświadomości po przeczytaniu kilku opinii i obejrzeniu zwiastuna. Miłość, ciemne moce, wybór pomiędzy dobrem a złem... Ileż już razy te wyrażenia przewinęły się przez produkcje filmowe? Jednak okazało się, że 'Piękne istoty', mimo że nie są jakieś nowatorskie i oryginalne, to naprawdę niezła w odbiorze produkcja.

Co do aktorów - część z nich, mówiąc kolokwialnie, odwaliła kawał dobrej roboty. Jeremy Irons w swojej roli wyobcowanego Macona był świetny! Alden Ehrenreich odgrywający rolę Ethana, również poradził sobie bardzo dobrze i nadał swojej postaci charakteru, charyzmy i świeżości. Z wyglądu przypomina mi nieco Leonardo DiCaprio i siatkarza Zbigniewa Bartmana. Ale nie będziemy się rozwodzić na temat wyglądu, chociaż mogłabym w związku z tym tematem prowadzić długie dyskusje... ;-) Byłam nieco zawiedziona grą Alice Englert na początku filmu - aktorka wcielająca się w rolę głównej bohaterki wydawała się nieco spięta, sztywna, w pewnym momencie nawet sztuczna, ale w miarę upływu czasu zaczęła grać coraz lepiej i potem oglądało się ją znacznie przyjemniej. Bardzo podobały mi się natomiast kostiumy w tym filmie, no i oczywiście muzyka. 'Piękne istoty' mogą pochwalić się znakomitą ścieżką dźwiękową. Jeśli chodzi o efekty specjalne, nie były one powalające, ale do zniesienia. I jeszcze jedno - zakończenie. Spodziewałam się zupełnie innego...

Po seansie kinowym nabrałam wielkiej ochoty na przeczytanie książki. Przed chwilą dyskutowałam o tym filmie na Facebooku z przyjaciółką. Ona ma powieść za sobą i nieco rozczarowała się ekranizacją. Mam wrażenie, że wraz z premierą 'Pięknych istot', rozpocznie się istny szał na tę książkę, podobnie jak to było w przypadku wspominanego już 'Zmierzchu' czy 'Igrzysk śmierci'. Szkoda, że nie przeczytałam powieści przed obejrzeniem jej kinowej wersji i przed tym boomem. Teraz trudno będzie nie porównywać pierwowzoru do filmu, podobnie jak trudno będzie też wyobrazić sobie swoich własnych bohaterów, wyrzucając z umysłu obraz aktorów odgrywających ich role. Ale koniecznie muszę przeczytać książkę. Chyba w środę wybiorę się do Empiku...

fot. materiały promocyjne / photo: promotional materials

czwartek, 14 lutego 2013

"Barça Toons. Mistrzowie! Drużyna Marzeń"

Autor: praca zbiorowa
Tytuł: Barça Toons. Mistrzowie! Drużyna Marzeń
Wydawnictwo: Sine Qua Non 2012
Ilość stron: 44

Futbol Club Barcelona. Drużyna znana i podziwiana, od lat tocząca piłkarską wojnę z innym hiszpańskim klubem - Realem Madryt. I choć moje serce od paru już ładnych lat należy do Galacticos, to lubię czasem obejrzeć mecz Barçy, żeby... zobaczyć, czy ktoś im dokopie ;-) Haha, to był akurat żart. Nie czuję wielkiej nienawiści do tego klubu, może dlatego, że lubię niemal całą piłkarską reprezentację Hiszpanii.

A dziś będzie o innej reprezentacji. Oto komiksowa historia FC Barcelony, którą wydawnictwo Sine Qua Non przygotowało dla najmłodszych kibiców tego klubu. Co w niej znajdziemy? Przede wszystkim mnóstwo kolorowych rysunków. Nie brak tu także fotografii przedstawiających założycieli klubu, stadion czy zawodników. Komiksowe wersje tych ostatnich są jak żywe - wystarczy spojrzeć na rysunkowego Piquè czy Puyola.

W książce znajdują się też strony, na których na pierwszy rzut oka wydaje się, że zamieszczone są sylwetki barcelońskich piłkarzy. Są to jednak tylko ich rysunkowe wersje, a zamiast informacji o zawodnikach, mamy wyjaśnienia typowych piłkarskich terminów (czyli co robi pomocnik czy napastnik, co to jest rzut różny itp.) i krótki opis ich taktyki gry na boisku. Mimo że spodziewałam się właśnie sylwetek zawodników, uważam, że taki mini słowniczek również jest przydatny - mali miłośnicy piłki nożnej będą mogli nauczyć się podstawowych pojęć związanych z tą dyscypliną sportu.

Atutami wydania są również śliski papier, twarda lakierowana okładka i to nasycenie kolorów! Dzięki tej książce sama wiele dowiedziałam się o FC Barcelonie. Muszę też wspomnieć, że tu i ówdzie na obrazkach znajdziemy... hiszpańskie wyrażenia. Dobry sposób na naukę... Szkoda tylko, że nie są przetłumaczone... Mój wewnętrzny leń nie pozwala mi nawet sięgnąć po słownik, by sobie to i owo przełożyć na język polski ;-)

I wiecie, co? 

Ja chcę taką samą książkę, ale o Realu Madryt!

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.


wtorek, 12 lutego 2013

Elizabeth Chandler "Pocałunek anioła"

Autor: Elizabeth Chandler
Tytuł: Pocałunek anioła
Wydawnictwo: Dolnośląskie 2012
Ilość stron: 224

Istnieją książki ambitne - takie, które pamięta się długo po przeczytaniu, które zmuszają do refleksji. Są też i książki lekkie, zwykłe czasoumilacze, które służą zapełnieniu luki między kolejnymi naprawdę zasługującymi na uwagę pozycjami. Pocałunek anioła według mnie na pewno nie kwalifikuje się do pierwszej kategorii. Ale mam problem z umiejscowieniem go w tej drugiej. Bo tak właściwie to nie wiem, co powiedzieć o tej książce...

W otwierającym cykl Pocałunek anioła tomie o tym samym tytule, mamy do czynienia z utartym już schematem - zwykła dziewczyna i niezwykły chłopak. Gwoli wyjaśnienia, chłopak niezwykłym staje się dopiero po śmierci, ale nie będę zdradzać zbyt wiele. Ivy - urodziwa i utalentowana nastolatka spotyka się z Tristanem (ach, cóż za romantyczne imię!). Ten jednak ginie w wypadku. Dziewczyna nie może poradzić sobie ze stratą i mimo że do tej pory ogromnie wierzyła w obecność i pomoc Aniołów, po tym wydarzeniu traci w nie całą wiarę. Jednak jest ktoś, komu bardzo zależy na tym, by Ivy odzyskała swoją wiarę...

Pocałunek anioła to z jednej strony pozycja mocno infantylna. Widać niedopracowany warsztat pisarki, niedociągnięcia językowe i, ogólnie rzecz biorąc, bałagan stylistyczny. Oprócz tego razi w oczy ciężkostrawny w odbiorze język. Dialogi, którymi posługują się bohaterowie, w większości zamiast napędzać akcję, sprawiały, że po prostu się irytowałam. Co jeszcze mogę rzec? Z natury nie czytam romansów - od przesytu czułości człowiekowi może zrobić się niedobrze. Na szczęście w tej książce nie było akurat z tym tak źle. Natomiast najbardziej przyczepię się do bohaterów. Słabych, nudnych, szablonowych, wtopionych w tło, kompletnie bez charyzmy... Wyliczać dalej? Chyba nie trzeba. Owszem, znalazło się parę wyjątków, którzy nadali tej książce charakteru (jak Gary, Will czy Lacey) i to dzięki ich nietuzinkowym osobowościom niniejsza pozycja nie musi zostać zaszufladkowana jako "Książka, w której ani jeden bohater nie wyróżnia się kompletnie niczym". A mogłaby.

No dobrze, ale czy naprawdę w całej tej niewiele ponad dwustu-stronicowej powieści nie znajdzie się nic więcej pozytywnego, niż tylko garstka postaci z charakterem? Okej, okej, muszę przyznać, że na szczęście istnieje jeszcze druga strona medalu. Bo trudno wylewać kubeł pomyj na książkę, która momentami jest naprawdę interesująca. Że chwilami irytuje - to fakt. Że czasem przytłacza swoją infantylnością - to też prawda. Ale jednocześnie wciąga i porusza ciekawy temat Aniołów. Jeśli pozbyć by się tych wszystkich nudnych wstawek, niczym nie wyróżniających się bohaterów i irytujących dialogów, powstałaby naprawdę świetna książka. I może nawet kwalifikowałaby się do ambitnych lektur - przecież skoro traktuje o Aniołach, to równocześnie zmusza do refleksji nad samym sobą i ludzkim życiem. I o tym, co dzieje się z nami po śmierci. Jednak przez powyżej wymienione słabe strony tej książki, stała się ona banalną pozycją z gatunku paranormal romance. I trafiła na półkę z literaturą dla młodzieży.

Dam piątkę na zachętę - zobaczymy, co będzie dalej. Gdybym miała krótko podsumować Pocałunek anioła, rzekłabym, że to kolejna książka z niewykorzystanym potencjałem. Ach, ileż ich już było...

piątek, 8 lutego 2013

Stosik na ferie :)

Tak! To już dziś! Dzień, na który czekałam męczona klasówkami, kartkówkami i odpytywaniem, a przede wszystkim zamętem spowodowanym końcem semestru i wystawianiem ocen. Właśnie dziś zaczęłam ferie. Mimo że oficjalnie rozpoczynają się 11. lutego, to ja świętuję już dziś ;-) Jak? Ano na przykład układaniem książkowego stosiku na ferie. Nie pamiętam, kiedy pokazywałam swoje zdobycze książkowe... To było chyba jeszcze w ubiegłym roku ;-) Wybaczcie mi zatem tę niestosowność i nacieszcie swoje oczy:


Musicie mi też wybaczyć kiepską jakoś zdjęcia, ale, mówiąc kolokwialnie, nie rozkminiłam opcji w aparacie mojej Siostry, którym to robiłam fotografię. Wobec czego wyszło jak wyszło.

Stos podzieliłam na dwie części: ta z lewej przedstawia książki własne (sprezentowane mi lub komuś oraz otrzymane od wydawnictw), ta z prawej to pozycje wypożyczone w bibliotece.

Książka, która stoi za stosikiem z lewej strony to Drużyna marzeń - egzemplarz od Wydawnictwa SQN - historia FC Barcelony. O tej książeczce będzie niedługo. Dalej książka do recenzji od Wydawnictwa Esprit - Tylko dla kobiet. Przewodnik po tym, co kryje się w duszy mężczyzny - no powiedzcie, czyż nie jest to przydatna książka? ;-) Zawsze o tym marzyłam z autografem autorki udało mi się wygrać w konkursie. Książkę dałam w prezencie gwiazdkowym Mamie, ale podebrałam jej niedawno, by sama ją przeczytać (hihihi). Mamo, jeśli to teraz czytasz - nie gniewaj się! :-) Georgialiki sama otrzymałam w prezencie na klasowe mikołajki (a właściwie wigilijki, bo podarki wręczyliśmy sobie podczas klasowej Wigilii) od koleżanki, za co jeszcze raz bardzo dziękuję ;** I na koniec Mourihno. Za kulisami zwycięstw - biografia trenera Realu Madryt, również od Wydawnictwa SQN. Nawet nie wiecie, jaką mam na nią chrapkę!

Teraz na celowniku stosik prawy - Cesarz Kapuścińskiego to lektura szkolna do przeczytania podczas ferii. Ale twórczość tego pisarza miałam od jakiegoś czasu w planach, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie (znacie moją awersję do szkolnych lektur...). Świat według Clarksona 2 - dopadłam w bibliotece drugą część i jestem naprawdę ciekawa tej książki. Cykl Pocałunek anioła dorwała w bibliotece moja Siostra, więc i ja postanowiłam skorzystać z okazji i przeczytać tę serię. Jestem w trakcie czytania pierwszego tomu... ale nic nie zdradzę ;-) Zapytaj Alice przyuważyłam kiedyś na czyimś blogu i gdy tylko zobaczyłam na bibliotecznej półce, od razu chwyciłam do ręki. W drodze - filmu nie widziałam, bo postanowiłam zacząć od książki. A zatem zacznę... Na deser Wrogowie publiczni - najgrubsza książka z całego stosiku na ferie. Jakoś tak bardzo zechciałam ją przeczytać, choć zazwyczaj omijam tego typu pozycje.

W sumie - 14 książek. I 17 dni ferii (do standardowych dwóch tygodni doliczyłam dzisiaj i weekend). Nie wiem, czy uda mi się przeczytać wszystkie zgromadzone w stosie pozycje w czasie ferii, choć mam taki ambitny plan... Ale przecież nie tylko w książkach człowiek siedzi. Ferie są po to, by się wyszaleć i odpocząć! Choć w sumie, ja odpoczywam czytając :) Jutro wyjeżdżam do Dziadka, będę tam do wtorku. I zabieram ze sobą parę książek.

Życzę udanych ferii tym, którzy również je dziś rozpoczynają, i powodzenia w szkole tym, którym laba się już skończyła :) Przy okazji - jak je spędziliście? Były udane?

Pozdrowionka!

czwartek, 7 lutego 2013

Anna Wieczorek "Włoski nie gryzie!"

Autor: Anna Wieczorek
Tytuł: Włoski nie gryzie!
Wydawnictwo: Edgard 2011
Ilość stron: 160

Znacie już moje ambitne plany dotyczące biegłego opanowania języków: angielskiego, włoskiego, norweskiego i hiszpańskiego. Ostatnio zabrałam się do intensywnej pracy, zwłaszcza w przypadku tych dwóch pierwszych. Norweskiego jak na razie uczę się sporadycznie, hiszpański chwilowo odpuściłam. Jednak na feriach zamierzam zaopatrzyć się w kilka pomocy naukowych do każdego z tych języków, żeby plany te wprowadzić w życie.

A skoro już o pomocach naukowych mowa... Dziś chciałabym opowiedzieć Wam o książce, która znalazła się w mojej biblioteczce już jakiś czas temu, dzięki wygranej w konkursie. Włoski nie gryzie! to jedna z książek wchodzących w skład serii Nie gryzie!, a uczyć się z nią można również m.in. angielskiego, japońskiego czy niderlandzkiego.

Co ją wyróżnia spośród innych? Mnie uwiódł przede wszystkim sposób, poprzez jaki odbywa się nauka. W książce znajdziemy mnóstwo różnorakich ćwiczeń - od tych polegających na uzupełnianiu zdań, poprzez znajdowanie w wężu literowym wyrazów, po tłumaczenie fraz czy rozwiązywanie testów. Dzięki temu nauka stała się dla mnie prawdziwą przyjemnością - tu nie ma mowy o nudnym wkuwaniu. W każdym dziale - a jest ich 13 - oprócz wspomnianych przeze mnie wyżej ćwiczeń, znajdziemy również teorię (np. zasady gramatyczne, ale opracowane krótko i przystępnie, więc nawet dla kogoś takiego jak ja - przypominam, że z gramatyką mam, lekko mówiąc, na bakier - wszystko będzie zrozumiałe i jasne), a także listy słówek zgromadzone na oddzielnych stronach oraz na marginesach kartek - jak dla mnie, świetny pomysł! Dzięki temu podczas rozwiązywania zadań czy nawet samego przeglądania książki, jakieś słówko wraz z tłumaczeniem wpadnie nam do głowy i zostanie zapamiętane.

Ćwiczenia, gramatykę w pigułce i mini-słowniczki uzupełniają dialogi, krótkie historyjki i ciekawostki o Włoszech z różnych dziedzin życia (te ostatnie również zostały umieszczone na marginesach). Książkę wyróżnia spośród innych sobie podobnych oprawa graficzna - dużo zdjęć, rysunków i schematów.

Naprawdę miło pracowało mi się z tą publikacją. Zamierzam sięgnąć po kolejne pozycje z serii Nie gryzie!, bo osobiście uważam, że to jeden z najlepszych książkowych kursów do nauki języka włoskiego, z jakim pracowałam.

I to prawda - włoski nie gryzie! On sam da się ugryźć ;-)

poniedziałek, 4 lutego 2013

Hanna Maria Giza "Dziennik trójkowej Bridget Jones, czyli Brygidy Janoskiej"

Autor: praca zbiorowa, red. Hanna Maria Giza
Tytuł: Dziennik trójkowej Bridget Jones, czyli Brygidy Janoskiej
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 2002
Ilość stron: 188

Bridget Jones to postać powszechnie znana i... chyba lubiana, z tego, co mi się wydaje. Bohaterka stworzona przez Helen Fielding od razu została ciepło przyjęta przez czytelników... a konkretnie tych płci żeńskiej. Trudno się dziwić. Problemy miłosne, nadwaga, nałogi - tematy bardzo na czasie i choć 'Dziennik...' został wydany w 1996, to wciąż nie stracił na swej aktualności. Sama miałam przyjemność czytać obie książki (dla zainteresowanych - recenzje odpowiednio tutaj (część pierwsza) i tutaj (część druga), oglądałam również filmy.

Tym razem jednak nie o Bridget Jones będzie mowa, ale o... Brygidzie Janoskiej, lat 28, zamieszkałej w Poznaniu. O kogo chodzi? O bohaterkę polskiej wersji dziennika, po który niedawno sięgnęłam. Nie zamierzam go oczywiście oceniać przez pryzmat oryginalnej powieści, potraktuję Dziennik trójkowy jako osobną lekturę.

Nie spodziewałam się fajerwerków po tej książce, i tak się stało. To powieść lekka, idealna na wolny wieczór. Perypetie Brygidy Janoskiej są zabawne, momentami na głowę prawie trzydziestoletniej kobiety spada tak wiele kłopotów i obowiązków, że wydawać się mogło to niemożliwe... Nasza bohaterka kupuje beżowe buty, których i tak nie będzie nosiła, bo nie lubi tego koloru, wsiada do autobusu za przystojnym facetem, mimo że nie ma biletu, umawia się na randki przez Internet. Brygidzie towarzyszą jej znajomi z pracy i... paru adoratorów ;-) Jest jeszcze mama głównej bohaterki, która próbuje wyswatać córkę z przystojnym doktorem, choć ten jest jednocześnie narzeczonym przyjaciółki wspomnianej córki.

Jak już pisałam, książka raczej nie powędruje na półkę przeznaczoną dla tych bardziej ambitnych lektur (od razu uprzedzam, że nie, nie mam takiej ;-)) - plasuje się bowiem wśród umilaczy wolnego czasu i stanowi niezłą rozrywkę. Przy okazji, wszystko tu jest autentyczne, wzięte z życia - podczas czytania, wielokrotnie unosiłam brwi i myślałam: "Skąd ja to znam..." Nawiązując jeszcze krótko do oryginalnego dziennika - forma jest bardzo podobna, a czytając niniejszą książkę, trudno nie porównywać jej z pierwowzorem. Może gdyby nie napis na okładce "Polska Bridget Jones", nie zauważyłabym tego podobieństwa (choć w którymś momencie mogłoby pojawić się to skojarzenie)... Mimo tego, spędziłam miły czas z tą książką. Za humor, szczerość i lekkość - siódemka!

PS Wracając do tej oryginalnej Bridget - słyszeliście, że jesienią ma zostać wydana trzecia część Dziennika?