sobota, 27 kwietnia 2013

Claudia Hammond "70 minut na godzinę"

Czas, czas, czas. Ciągle mi go brakuje. Wstaję przed godziną siódmą, by około czternastej (ewentualnie wcześniej lub później, zależy, o której kończę lekcje) wrócić ze szkoły do domu. Potem obiad, odrabianie lekcji, siedzenie w Internecie... I ani się obejrzę, a już późno, i trzeba się kłaść do łóżka, żeby chociaż trochę się wyspać. I tak, dzień w dzień, zauważam pewną prawidłowość: czas mi gdzieś umyka. A ja nie mogę go złapać.

"70 minut na godzinę". Taki tytuł nosi książka autorstwa Claudii Hammond. Książka, dzięki której odkryłam nowy sposób spojrzenia na czas. Książka, która, być może, wprowadzi rewolucję, jeśli chodzi o zarządzanie czasem i myślenie o nim. Dlaczego? Co jest w niej takiego niezwykłego? Hm, może z tą niezwykłością przesadziłam. Ale jest to pozycja zasługująca na uwagę.

Autorka pokazuje, w jaki sposób odpowiednio zarządzać czasem, tak, by nam on nie uciekał. Wyjaśnia, na czym polega tzw. iluzja czasu. Wypunktowuje kolejne problemy związane z czasem, z jakimi zdarza się nam zmierzać, takie jak to, że czas płynie zbyt szybko albo dłuży się niemiłosiernie, jest go za mało, a rzeczy do zrobienia za dużo [skąd my to znamy, drodzy miłośnicy książek? ;-)] czy myślenie o przyszłości wraz z nadmiernym zamartwianiem się o nią. Autorka przywołuje również wiele ciekawych doświadczeń, jakie przeprowadzano i historii z jej życia bądź tych zasłyszanych od innych. Autorka zwraca też uwagę na popularny aspekt, tzw. paradoks wakacyjny. Czekamy na nie z wytęsknieniem, czas zdaje się dłużyć. A po kilku dniach, gdy już przyzwyczaimy się do wolnego, czas zdaje się mijać nieubłaganie, i zdaje się, że żyjemy schematem wschód słońca - zachód słońca - wschód słońca. Pod koniec wakacji (ferii/urlopu/długiego weekendu - niepotrzebne skreślić) chwytamy się ostatnich dni wolnych, jak koła ratunkowego, byle tylko jeszcze z nich skorzystać. Znajome, prawda? A chodzi tu o perspektywy czasu, których dokładniejsze wyjaśnienie znajdziecie w tej pozycji.

"70 minut na godzinę" to książka bardzo aktualna w dzisiejszych... czasach ;-) Problemy ze zbyt szybko przepływającymi minutami, z nieumiejętnością właściwego gospodarowania czasem, wrażenie, jakby nam uciekał albo, z drugiej strony, mijał zbyt wolno... To wszystko znamy bardzo dobrze. Każdemu z nas przydałoby się parę dodatkowych godzin. A może po prostu te dodatkowe godziny uda się nam wygospodarować, rezygnując z wielu tzw. zjadaczy czasu? Po co siedzieć bezczynnie, wgapiając się w ekran telewizora/monitor komputera [taaak, i mówi to ta, która sama tak robi ;-)], po co zajmować się innymi bezsensownymi czynnościami, przez które tracimy tak cenny czas? Po co przejmować się przyszłością, skoro lepiej skoncentrować się na teraźniejszości, i przynajmniej nie tracić nerwów? Tak, tak, łatwo powiedzieć. Ale zrobić też będzie prosto - dzięki tej książce.

Czy jest coś, do czego bym się przyczepiła? Jest. Szata graficzna. Niestety, niezwykle uboga. Z chęcią widziałabym tu schematy, tabelki czy rysunki. Naliczyłam ledwie kilka. Szkoda, bo czytanie ciągłego tekstu, kiedy nie jest to typowa książka z działu beletrystyki, jest czasem nieco męczące.

Plus należy się natomiast za indeks, który znajduje się na końcu tej publikacji. Dzięki temu, zamiast wertować całą książkę, możemy zajrzeć do indeksu i łatwo wyszukać interesujące nas zagadnienie.

Czasu nie zatrzymamy. I nie cofniemy. Podróżowanie w czasie też jest niemożliwe. Ale kto powiedział, że nie będziemy mogli właściwie gospodarować czasem, tak, by wystarczyło go na te czynności, na które zwykle nam go brakuje? Wystarczy skończyć ze złymi nawykami - zjadaczami czasu, zmienić swoje myślenie na temat czasu i spróbować koncentrować się na teraźniejszości. Ale najpierw - przeczytać tę książkę!

Claudia Hammond, 70 minut na godzinę
Wyd. Carta Blanca, 2013 (za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu PWN!)

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Matt Woodley "Szaleństwo modlitwy"

Każdy człowiek modli się po swojemu. Czy jest to standardowa formuła, jak "Ojcze Nasz", wpajana nam od wczesnego dzieciństwa, czy codziennie inne, nowe słowa płynące z serca - modlitwa różni się w zależności od danej osoby. Matt Woodley w swojej książce proponuje natomiast aż jedenaście sposobów na modlitwę. Co więcej, modlitwę skuteczną i owocną.

Jak się okazuje, rozmowa z Bogiem wcale nie musi polegać na czynnościach wyżej przeze mnie wymienionych. Modlitwa została przedstawiona w niniejszej publikacji również jako obcowanie z naturą, jako poświęcanie Bogu uwagi, a nawet... kłótnia z Nim. Byłam naprawdę zaskoczona, kiedy poznałam te sposoby, bo do tej pory nie wiedziałam nie tylko o ich istnieniu, ale również nie dopuściłabym do świadomości, że coś takiego jest możliwe. Kłótnia z samym Bogiem? Okazuje się jednak, że taka modlitwa konfrontacyjna ma swoje "zastosowanie" i cel...

Wielki plus należy się autorowi za formę, w jakiej przedstawił wszystkie te metody. Prostym, przyjaznym dla czytelnika językiem wyjaśnia, na czym polega dany sposób modlitwy oraz co zrobić, by był on skuteczny. Przytacza wiele fragmentów zarówno z Biblii, jak i książek religijnych. Opisuje również swoje doświadczenia, bowiem sam miał do czynienia z różnymi rodzajami modlitw. Przedstawia, jak możemy wzbogacać nasze życie duchowe i jak wybrać sposób modlitwy, jaki będzie dla nas najbardziej odpowiedni w danym momencie.

Spodobała mi się ta publikacja, a przede wszystkim sposób, w jaki autor ją napisał. Lekkie pióro przy takiej tematyce, jaką jest religijność, rzadko bywa spotykane. Dlatego tak bardzo przypadło mi do gustu. To książka do refleksji i przemyśleń, a jednocześnie w pewnym sensie poradnik. Można też nazwać ją po części pamiętnikiem autora, bowiem nie brak tu osobistych przeżyć, doświadczeń i zapisków z życia Matta Woodleya.

A ja na koniec może posłużę się pięknym cytatem z niniejszej książki:

I nawet jeśli nie jesteś w stanie użyć słów, nadal możesz wydać z siebie jęk albo wsłuchać się z miłosne bicie serca Bożego. Nadal możesz wypłakać Bogu swoją niedolę. I to będzie twoja modlitwa. A Bóg jej wysłucha i na nią odpowie.*

Matt Woodley, Szaleństwo modlitwy
Wydawnictwo Esprit, 2013 (za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję!)

___
*cytat pochodzi z książki "Szaleństwo modlitwy", [The Folly of Prayer], aut. Matt Woodley, wyd. Esprit 2013, tłum. Edyta Stępkowska, strona 266

piątek, 19 kwietnia 2013

Meredith Goldstein "Single"

Ostatnimi czasy chętnie sięgam po lekkie lektury, niewymagające większego skupienia. Może ma na to wpływ pogoda, która stanowczo uległa poprawie, przez co, kiedy widzę słońce zapraszające do odpoczywania na łonie natury, odechciewa mi się czytać nawet takich niewiele od czytelnika wymagających lektur ;-)

A jednak postanowiłam sięgnąć po jedną z lżejszych propozycji. "Single" to książka, która zainteresowała mnie fabułą. Przyjaciele z czasów licealnych spotykają się parę lat później na weselu jednej ze swoich koleżanek. Powracają dawne wspomnienia, ale pojawiają się również wątpliwości, niepewności i... kłopoty. Czy odżyją stare miłości? Co wydarzy się na weselu i po nim?

Każdy z bohaterów tej książki jest oryginalny. Widać, że autorka miała na nich pomysł, i bardzo dobrze, bowiem nie ma nic gorszego, jak nudni i sztampowi bohaterowie. Tu na szczęście takich nie spotkamy. Nie zamierzam rozwodzić się nad każdą z postaci z osobna, chciałabym tylko poświęcić parę zdań głównej bohaterce, Hannah. Tylko nie myślcie, że robię to ze względu na to, iż jest ona moją imienniczką! ;-) Według mnie po prostu jest jedną z najbarwniejszych postaci tej książki. Hannah pracuje jako szefowa castingów do niskobudżetowych filmów, jednak staje przed okazją do awansu, kiedy okazuje się, że scenariusz do jednego z najnowszych projektów podoba się samej Natalie Portman... Spodobało mi się usposobienie Hannah, a to, że każdą sytuację, w jakiej się znajdywała, wyobrażała sobie jako film i obsadzała znanych aktorów w rolach towarzyszących jej osób, było zdecydowanym humorystycznym akcentem.

Co do innych plusów tej książki, na pewno warto wspomnieć o lekkim piórze autorki. Pani Goldstein z łatwością prowadzi nas poprzez kolejne perypetie bohaterów, dzięki czemu powieść czyta się szybko, jak na prawdziwą lekką lekturę przystało. Do tego należy dołożyć współczesny język, w którym nieraz pojawiają się określenia wulgarne, co mnie jednak nieco irytowało. Ciekawie prowadzona narracja, dobrze skonstruowane dialogi, intrygująca fabuła - to wszystko zalicza się do zalet tej pozycji. A wady? Cóż, wytknęłabym pewną przewidywalność. Mimo to, książka, jak na typową powieść obyczajową z wątkami miłosnymi i humorystycznymi, jest naprawdę ciekawą i wartą uwagi pozycją.

Szukacie dobrej lektury na zbliżający się okres majówek? "Single" na pewno się sprawdzą. Może nie jest to pozycja górnych lotów, może nie jest to książka z wysokiej półki. Ale to naprawdę dobra i interesująca powieść, która mnie bawiła, a nawet otworzyła oczy na parę spraw (na przykład, jak ważna jest przyjaźń). Przede wszystkim jednak okazała się wciągająca, i ani się obejrzałam, a już przewróciłam ostatnią stronę...

Maredith Goldstein, Single
Wydawnictwo M, 2012 (za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję!)

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Justin Bieber "100% Oficjalnie. Dopiero się rozkręcam"

Jeden z najpopularniejszych artystów ostatnich lat. Miliony sprzedanych płyt na koncie. I fani, zwani Beliebers, którzy nie opuszczają go nawet w najtrudniejszych momentach. Mowa tu o Justinie Bieberze, chłopaku, którego piosenka zatytułowana "Baby", nagrana zaledwie trzy lata temu, rozpoczęła swoisty szał na jego osobę. Kto by przypuszczał, że ten nieśmiały chłopiec z małego, kanadyjskiego miasteczka odniesie taki sukces i rozpocznie światową karierę?

Osobiście, lubię muzykę Justina. Podobają mi się może nie wszystkie jego piosenki, ale część tych, które znam, wpadły mi w ucho i nie chcą z niego wylecieć ;-) Chciałam jednak lepiej poznać samą osobę Biebera, jego osobowość, zdanie na różne tematy, wspomnienia... Relacje "z drugiej ręki", czyli z plotkarskich serwisów etc. zazwyczaj albo nie są obiektywne, albo nie ma w nich ani krzty prawdy. Dlatego lepiej dowiedzieć się tego od samego artysty... poprzez zapoznanie się z jego książką. "Dopiero się rozkręcam" to już druga biografia piosenkarza, po "Pierwszym kroku do wie3ności" (pisownia oryginalna zachowana). Jak więc wypadło moje spotkanie z Bieberem... Yyy, to znaczy, z jego książką? ;-)

Cóż. Tak naprawdę chyba nie tego się spodziewałam.

Może zacznę od tego, że chciałam, żeby ten "chłopak ze Stratford", jak go potocznie nazywają, w swojej biografii pokazał w jakiś sposób, że nie jest tylko produktem popkultury. Że to, iż pomaga innym, wierzy w Boga i nie zapomina o swoich fanach, ciągle dziękując im za wsparcie, nie jest na pokaz. Że oprócz talentu ma w sobie jeszcze to coś. Cóż, chyba chciałam za bardzo.

I nie chodzi o to, że nie szanuję tego artysty czy też uważam, że jego pomoc jest na pokaz. Wcale tak nie myślę. To, iż w tak krótkim czasie zrobił oszałamiającą karierę, i że sodówka nie uderzyła mu do głowy, zasługuje na podziw. Tylko że ja po jego książce mam mieszane odczucia. Z jednej strony mogę z czystym sumieniem stwierdzić, iż jest to gratka dla fanów tego artysty. Przepiękne zdjęcia, szczere wspomnienia, zbiór cytatów... Któż nie chciałby posiadać tak pięknie wydanej publikacji swojego idola na własnej półce? Jednak z drugiej strony, po przeczytaniu tej biografii, odniosłam wrażenie, że Justin wielokrotnie w swojej książce wręcz przechwalał się. Czym? Swoimi osiągnięciami, umiejętnościami... Może tego nie wiecie, ale chwalipięctwo to cecha, jakiej nie znoszę najbardziej. Sama, kiedy Mama chwaliła - a w zasadzie robi to nadal - mnie przed innymi, zwykłam się rumienić i oponować: "Mamo, przestań, nie ma się czym chwalić!". Naprawdę. A czytając tę biografię, chwilami miałam wrażenie, że Justin wywyższa się, opisując, jak to grał na prywatnym polu golfowym biznesmena albo gdy dostał wypasiony samochód. Niestety, ale takie miałam właśnie odczucia. I nie pomogły opisy, że pomagał innym, na przykład poprzez charytatywne koncerty. Nie mam pojęcia czemu, ale... wydawały mi się sztuczne. Naciągane. Pisane na siłę. Fakty nie kłamią i Bieber naprawdę pomaga innym, mimo to tutaj coś mi zgrzytało.

Co z dobrymi stronami? Na pewno widać, że chłopak ma ambicje, i za to trzeba go pochwalić. Dobre słowa należą się też za to, że pokazuje swoim fanom, że wszystko jest możliwe, że trzeba tylko uwierzyć w to, co się robi, i robić to na 100%. Tylko wtedy ma to sens. A jeśli chodzi o książkę, to oprócz tego, o czym już pisałam, a więc fotografiach i cytatach, warto zwrócić uwagę na to, iż Justin często wspomina o organizacjach charytatywnych, którym pomaga i to, że nie stroni od szczerych wypowiedzi. Podczas lektury nie sposób się też nie uśmiechnąć parę razy pod nosem, bo nie jest to poważny zapis kariery Biebera, ale książka, w której nie brak też dobrego humoru. Ach, zaraz, zaraz, co ja plotę? Jaki zapis kariery? Niniejsza biografia nie obejmuje wszystkich lat sukcesu tego młodego wokalisty. To książka, w której Justin opisuje wprawdzie swoje początki jako artysty muzycznego, ale nie znajdziemy tu zapisów jego dzieciństwa, wszystkich koncertów, występów w programach itp. Zresztą, byłoby to po prostu niemożliwe, chyba że chcielibyście widzieć na księgarskich półkach książkę z liczbą stron wynoszącą jakieś dwa tysiące, a lasy tropikalne byłyby tylko wspomnieniem. Tymczasem moim zdaniem to dobrze, że biografia Justina Biebera to zapis tylko wybranych wydarzeń z jego życia. W ten sposób pozostaje pewien niedosyt, który, być może, piosenkarz zaspokoi w swojej następnej książce...

Gdyby nie piękne, unikatowe zdjęcia (na przykład koncertów czy zza kulis), gdyby nie cytaty, anegdotki, nawoływanie Justina do modlitwy, wiary w swoje możliwości (Pray i chyba najsłynniejszy jego cytat - Believe) i w marzenia, bo one się spełniają, gdyby nie rozbrajająca szczerość wypowiedzi, gdyby nie wspaniałe wydanie... To prawdopodobnie nie zostawiłabym na książce suchej nitki. Bo, niestety, nie tego się spodziewałam. Sama to przyznaję. Z pewnością dla fanów piosenkarza książka okaże się niemal pozycją obowiązkową i szybko zagości na ich półkach, jeśli jeszcze tak się nie stało. Ja, pomimo najszczerszych chęci, nie potrafię ocenić jej bardziej pozytywnie niż 4/10.

Justin Bieber, 100% oficjalnie. Dopiero się rozkręcam
Wydawnictwo Iuvi, 2013 (za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu SQN!)

czwartek, 11 kwietnia 2013

Paweł Lisicki "Kto zabił Jezusa?"

Pytanie postawione w tytule niniejszej książki nurtować może nie tylko chrześcijan, ale również ludzi niewierzących czy tych wyznających inne religie. Śmierć Jezusa Chrystusa to po dziś dzień przedmiot dysput i dyskusji. Choć właściwie powinnam chyba powiedzieć, że zwłaszcza w dzisiejszych czasach. W gąszczu tylu opinii i interpretacji łatwo się pogubić, a rozpoznanie prawdy i zrozumienie jej nierzadko graniczy z cudem...

Paweł Lisicki porusza w swojej książce tematykę dość kontrowersyjną. Kto jest winny śmierci Jezusa Chrystusa? Czy winę za to ponoszą Żydzi? I czy właśnie to było przyczyną antysemityzmu - nienawiści wobec Żydów, która w końcu doprowadziła do Holocaustu? Autor próbuje odpowiedzieć na te pytania, przytaczając wypowiedzi i opinie historyków i badaczy Pisma Świętego, komentując je. Z częścią teorii się zgadza, inne obala, podając szereg sensownych argumentów. Jest mnóstwo błędnych opinii, jakie puszczono w obieg. To stąd biorą się fałszywe przekonania dotyczące samego chrześcijaństwa, ale przede wszystkim życia Jezusa i Jego śmierci.

"Kto zabił Jezusa?" to pokaźnej grubości rozprawa, która do łatwych lektur, przyznam szczerze, nie należy. To nie jest książka, przez którą można przebrnąć w parę wieczorów i odłożyć na półkę, odhaczając jej tytuł ją na liście przeczytanych. To jest pozycja, nad którą trzeba pomyśleć. Pozycja, która zmusza do refleksji, przy czytaniu której nie sposób nie zastanawiać się nad pewnymi sprawami. Ja dawkowałam sobie lekturę i muszę przyznać, że to była dobra decyzja. To, czego do końca nie rozumiałam, wyjaśniali mi rodzice. Jednak muszę autora pochwalić za to, że wykonał swoją pracę naprawdę dobrze. Książka obfituje w wiele faktów, które rozjaśniają wszelkie niepewności i wątpliwości, jeśli chodzi o temat życia i śmierci Jezusa.

Publikacja ta jest również kopalnią wiedzy na temat okresu, w którym żył Chrystus. Autor opisuje życie i działalność Jezusa, zaś w najobszerniejszym rozdziale przedstawia okoliczności, w jakich doszło do aresztowania Jezusa, oraz Jego Mękę i śmierć. Jest to zatem również ogromne źródło historyczne, bowiem wydarzenia, o jakich w niebanalny sposób pisze autor, stanowią podstawę chrześcijańskiej wiary. Ponadto wszystkie te ciekawostki, fakty i historie sprawiają, że książka nabiera niezwykłego charakteru. Dziennikarz ujawnia wiele faktów historycznych, przytacza przypowieści i fragmenty rodem z Biblii. Dokładnie bada symbolikę, odczytuje i interpretuje ukryty sens metaforyczny. Z mojej strony za to należą się autorowi brawa, bo niełatwo jest tak dogłębnie analizować Pismo Święte. A jednak jemu to się udało, na dodatek do swoich analiz i interpretacji dołożył wspomniane wyżej odniesienia historyczne, dzięki czemu powstała książka, wobec której nie da się przejść obojętnie.

Dzięki lekturze publikacji "Kto zabił Jezusa?" można lepiej poznać religię i tradycję chrześcijańską, a także przekonać się, co jest prawdą, a co domysłem. To naprawdę ciekawa, otwierająca oczy książka. Ja jeszcze chciałam dodać, że podczas lektury rozmyślałam nad tym, że może zamiast zastanawiać się nad tym, co lub kto stoi za przyczyną zabicia Jezusa, przyjąć do wiadomości, że tak musiało być. Przecież gdyby nie Męka, śmierć i Zmartwychwstanie Pana Jezusa, nie dokonało by się nasze Zbawienie i Odkupienie.

Paweł Lisicki, Kto zabił Jezusa? Prawda i interpretacje
Wydawnictwo M, 2013 (za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję!)

sobota, 6 kwietnia 2013

Hans Christian Andersen "Królowa Śniegu"

Śnieg skrzypiący pod nogami, płatki wirujące w powietrzu niczym baleriny kręcące piruety, mróz tworzący wzorki na szybie... I te długie wieczory, w czasie których można usiąść z książką na kanapie, otulić się ciepłym kocem i z uczuciem błogości zatopić w ulubionej lekturze... A może wrócić do wspomnień z dzieciństwa...? Może... do baśni Andersena?

Zaraz, zaraz, o czym ja tu trajkoczę?! Jaki mróz, jakie długie wieczory? Halo, to już kwiecień, drzewa powinny zielenić się, kwiaty wyciągać swoje płatki w stronę słońca, a nam wypadałoby już przygotowywać się do majówki. Tak, tak, wszyscy chcielibyśmy, aby wróciła wiosna, ale na to się nie zanosi. Przynajmniej nieprędko. Zmiana czasu sprawiła, że dzień stał się dłuższy, na dworze śnieg miesza się z deszczem, tworząc niezbyt urodziwą ciapę, jakże więc mamy sięgnąć po, na przykład, "Królową Śniegu" i poczuć tę atmosferę prawdziwej zimy? Może ułożyć się pośród koców, kołder i poduszek (niczym księżniczka na ziarnku grochu - o! Kolejna baśń Andersena!), zaparzyć herbatkę, a podświadomość zrobi swoje? Jak chociaż spróbować?

Ja spróbowałam. Bez koców, kołder i poduszek. I udało mi się poczuć tę atmosferę. Może dlatego, że pan Andersen pisał tak pięknie, może dlatego, że z każdego zdania bije takie ciepło i przypomina się błogi okres dzieciństwa, a może to dzięki wspaniałym ilustracjom Vladyslava Yerko.

Opowieść ta pokazuje, jak ważna jest siła miłości i przyjaźni. Zachowując w sobie cząstkę dziecka, możemy góry przenosić. Wszak Gerda, gdyby poddała się, straciła wiarę i zapomniała o przyjaźni, jaka łączyła ją z Kayem, nie miałaby w sobie siły, by odnaleźć go i uwolnić. Hmm... Chyba mogłam zdradzić to, że wszystko dobrze się skończyło, prawda? Któż bowiem nie zna baśni o Królowej Śniegu?

Przy okazji wspomnieniowej notki z okazji Międzynarodowego Dnia Książki dla Dzieci, pisałam o tym, jak bardzo w dzieciństwie kochałam baśnie - w szczególności te, które wyszły spod pióra duńskiego pisarza, Hansa Christiana Andersena. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować samą siebie:
Ciepło bijące ze słów, dobre zakończenia (przeważnie...) i uniwersalność każdej baśni - to jest chyba to, za co tak je cenię.
Postanowiłam sprawdzić, czy w "Królowej Śniegu" odnajdę wszystkie te elementy, dzięki którym baśnie Andersena są dla mnie tak niezwykłe. Ciepło - obecne, już o tym wspominałam. Dobre zakończenie - melduje się. Uniwersalność - jest. Wszak to ponadczasowa opowieść, która nigdy nie ulegnie przedawnieniu, przeznaczona nie tylko dla dzieci, ale również dla dorosłych.

Wydanie tej książki zachwyca. Duży format, twarda oprawa z obwolutą, śliski papier - ale przede wszystkim ilustracje. Niesamowicie działają na wyobraźnię. Widać w nich wielką dbałość o szczegóły, a każda ilustracja jest jakby żywa. I to również dzięki nim można poczuć tę wspaniałą atmosferę, jakbyśmy wraz z Gerdą przemierzali nieograniczone tereny Laponii w poszukiwaniu Kaya.

Na koniec może posłużę się samym cytatem Andersena, który jak nic innego oddaje to, jak należałoby postrzegać baśnie i do kogo autor je kierował:
Baśnie to pudełka: dzieci oglądają opakowanie, a dorośli mają zajrzeć do wnętrza.*

Hans Christian Andersen, il. Vladyslav Yerko, Królowa Śniegu
Wydawnictwo M, 2012 (za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję!)
___

piątek, 5 kwietnia 2013

O. Jean-Charles Leroy "Tunika Jezusa"


Rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy. (Mt 27, 35)

Francja, Argenteuil, Bazylika świętego Dionizego. To tutaj, w złoconym relikwiarzu, znajduje się szkatułka, a w niej cudowna relikwia. Tunika Jezusa. Ta sama, którą Chrystus nosił przed śmiercią, i z której został obnażony tuż przed ukrzyżowaniem. To kolejne, po Całunie Turyńskim i Chuście z Oviedo, świadectwo Jego życia, Męki, śmierci i Zmartwychwstania.

Ojciec Jean-Charles Leroy w swojej książce bada autentyczność Tuniki. Opisuje krótko historię Męki Pańskiej. Snuje historię ostatnich wydarzeń z życia Jezusa, o tym, co działo się w ciągu Triduum Paschalnego i w dzień Zmartwychwstania. Przedstawia burzliwą historię cudownej szaty - jak przekazywana była z rąk do rąk różnym władcom i duchownym, jak odcinano jej fragmenty, jak była wykradana, a następnie zwracana. Opowiada też o cudach, jakie stały się z udziałem Tuniki. Dużo tu cytatów z Biblii, homilii i książek traktujących o relikwiach, jakimi są Całun, Chusta i Tunika.

Istotną sprawą, o jakiej autor pisze w swojej książce są wyniki badań, jakie naukowcy przeprowadzili na Tunice. Zbadali oni każdy szczegół, od plam krwi po DNA. Ojciec Leroy przedstawia analizę wszystkich badań i wnioski z nich wyciągnięte. Jest to szczególnie interesujące zagadnienie, ponieważ można dowiedzieć się wiele nie tylko o samej Tunice, ale również o czasach starożytnych. Autor wplótł bowiem wiele ciekawostek, na przykład o roślinach, jakie rosły w tym okresie, a których pyłki znaleziono na cudownej szacie. Przeczytałam tu również o metodzie datowania radiowęgłowego (izotopowego), której została poddana Tunika, a która to metoda niedawno była tematem jednej z lekcji fizyki. Dzięki przeczytaniu informacji w książce wreszcie zrozumiałam, na czym ona dokładnie polega, i dowiedziałam się, że wcale nie jest tak dokładna, jak można sądzić... No, dobrze, to była taka ciekawostka, być może wykroczyłam poza temat, wracajmy zatem do samej książki. Wszystkie wnioski oparte są nie tylko na szczegółowych badaniach, ale również na sprawozdaniach innych osób i ogromnej wiedzy autora. Dzięki lekturze i my sami możemy poszerzyć swoją wiedzę o wiele faktów i ciekawostek.

Nie na samej historii i badaniach jednak się kończy. Ojciec Leroy ukazuje Tunikę również w świetle duchowym. Jako że szata została utkana od góry do dołu, i nie mogła zostać podzielona, autor porównuje ją do Kościoła, Jego jedności i nierozerwalności. Wszyscy, którzy do Niego należą, powinni łączyć się, zarówno w modlitwie, w wierze, jak i w życiu codziennym. Myślę, że to dobre przesłanie, ukazujące, co naprawdę w życiu jest ważne, i jakie wartości powinniśmy stawiać na pierwszym miejscu.

Książka obfituje w ogrom interesujących faktów. Ubarwiają ją fotografie, szkice i rysunki. Uważam, że jest to lektura nie tylko dla chrześcijan, historię cudownej Tuniki powinni poznać bowiem wszyscy.  Lektura tej publikacji stanowić będzie z pewnością wielką duchową przygodę. W końcu mamy do czynienia z relikwią bardzo ważną. Tunika należała do samego Chrystusa i przynosi nam wiele informacji o Nim samym i o Jego życiu, nie tylko pod względem naukowym, ale również duchowym.


O. Jean-Charles Leroy, Tunika Jezusa
Wyd. Esprit, 2013 (za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję!)

wtorek, 2 kwietnia 2013

Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci

Dzisiejsza data to rocznica śmierci naszego wielkiego papieża Jana Pawła II. Jest to również rocznica urodzin znanego baśniopisarza Hansa Christiana Andersena. Co najdziwniejsze, pogrążyłam się dzisiaj w lekturze Królowej śniegu autorstwa Andersena, i myślałam sobie o przygotowaniu notki o książkach dla najmłodszych. A tu dowiaduję się, że dziś obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci! Zbieg okoliczności? ;-)

Trochę historii...
W 1967 roku organizacja IBBY ustanowiła drugi kwietnia Międzynarodowym Dniem Książki dla Dzieci. Od tamtej pory obchodzony jest on co roku, a gospodarzem wybiera się różne państwa. Polska była takowym w 1979r.

W jakim celu ustanowiono taki dzień?
Okej, właśnie zadałam pytanie retoryczne. Pytać o cel w tym przypadku, to tak jakby zastanawiać się, w jakim celu przezroczyste coś leci z kranu. Najważniejszą chyba ideą jest propagowanie czytelnictwa wśród najmłodszych (choć nie tylko, bo i dorośli może znajdą chwilkę czasu, by poczytać swoim pociechom). No bo... Wyobrażacie sobie dzieciństwo bez książek?

Moje prywatne 'The best of Książki dla dzieci'
Każdy z nas ma swoje ulubione książki, które czytał w dzieciństwie, które przywołują mu ten okres na myśl, które kojarzą się z tym czasem... Ja chyba nie potrafiłabym, spośród tylu ukochanych tytułów, wybrać ścisłej czołówki, ale za to mogę wymienić choć kilka, które na uwagę zasługują, w ramach Międzynarodowego Dnia Książki dla Dzieci. Z góry ostrzegam, że mogę się bardzo rozpisać ;-)

Baśnie i bajki


Któż z nas nie zaczytywał się w baśniach Andersena, Perraulta czy braci Grimm? A może, poza tymi klasycznymi twórcami, sięgaliśmy po utwory innych baśniopisarzy, na przykład opowieści z Dalekiego Wschodu czy Afryki? Sama mam Złotą Księgę Baśni, którą w dzieciństwie sprezentował mi Tata; wielką książkę z baśniami z całego świata. Jednak najbardziej kocham chyba te pisane przez Andersena. Ciepło bijące ze słów, dobre zakończenia (przeważnie...) i uniwersalność każdej baśni - to jest chyba to, za co tak je cenię. Na zdjęciu możecie zobaczyć bardzo stare wydanie z 1988 roku, ale to właśnie po tę książkę z baśniami Andersena sięgam najczęściej. Może to czar pięknych ilustracji Jana Marcina Szancera? A może zapach pożółkłych stronic?
Oprócz baśni są też bajki. Tak właściwie nie rozumiem chyba różnicy między nimi. Zdaje się, że chodzi o to, iż bajki są krótkie, i z morałem, a baśnie są długie i... morału nie zawierają. I właśnie, jeśli o bajki chodzi, twórczość Ezopa przemawia do mnie najbardziej.

Klasyka


Czas na książki, które od dawna widnieją na liście Klasyki literatury dziecięcej. Czy uchował się ktoś, kto nie słyszał o rudowłosej Ani Shirley, dzieciach wkraczających do tajemniczego ogrodu czy misiu o bardzo małym rozumku? Klasyka istnieje, i, czy się chce, czy nie, trzeba ją poznać. Sama za klasyką nie przepadam i sięgam po tego typu książki naprawdę baaaaardzo rzadko, ale kanon literatury dziecięcej jest dla mnie do zniesienia (i myślę, że byłby dla większości osobników, którzy również są z klasyką na bakier). Jednym z moich typów jest oczywiście 'Ania z Zielonego Wzgórza' - historia, która bawi kolejne pokolenia i która chyba nigdy nie zostanie zapomniana. 'Mała księżniczka' to książka, przy której nieraz uroniłam łezkę, ale również rozgrzewa ona serce. 'Kubuś Puchatek' to już chyba legenda. I nic już chyba nie muszę dodawać. Ale ten klasyczny, żelazny wręcz zestaw Książek, które trzeba znać, i które się zna wzbogaciłabym serią o Paddingtonie - uroczym misiu, którego pewna angielska rodzina przygarnęła ze stacji kolejowej. Pamiętam, jak się w tych książkach zaczytywałam (i, jak widać, się przez to ciągłe zaczytywanie poniszczyły - zwłaszcza tom pierwszy). Paddington to jeden z bohaterów-symboli mojego dzieciństwa. W moim sercu ważne miejsce zajmuje też literatura skandynawska, z Muminkami i powieściami Astrid Lindgren na czele. 'Dzieci z Bullerbyn', 'Madika z Czerwcowego Wzgórza', 'Pippi Pończoszanka'... Ale mnie wzięło na wspomnienia. Chyba skoczę jutro do biblioteki i wypożyczę powyższe tytuły, bo nabrałam chrapki na ich ponowne przeczytanie...

Literatura współczesna

Mało jest dziś naprawdę wartościowych książek dla dzieci. Rynek księgarski zalewają pozycje naprawdę marnej jakości, zarówno pod względem treści, jak i ilustracji. Ale to już chyba temat na kolejny post, bo zalewam Was słowotokiem, a notka robi się długa jak dzień po zmianie czasu z zimowego na letni. Pewnie nie wszystkie książki zamieszczone na zdjęciu powyżej mogą swobodnie pretendować do tytułu pozycji z literatury współczesnej, a ja zaraz zbiorę baty, że się nie znam. Ale - po pierwsze primo 'Mikołajek' bawi od pokoleń, po drugie primo 'Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki' to książka urocza, porywająca i wręcz pachnąca dzieciństwem. Poza tym w Polsce ukazała się niedawno, więc czemu by nie zaliczyć jej do współczesności? Ale jeśli chodzi o 'Kocie historie' to już nie ma wątpliwości, że należą one do dzisiejszych lektur.

Uff, ostrzegałam, że się rozpiszę!

Wszystkie te opowieści poleciłabym nie tylko dzieciom, ale także, a nawet szczególnie dorosłym. Bo to im najbardziej przydałyby się - po to choćby, by przypomnieć sobie, jak to jest być dzieckiem i po to, by tę cząstkę dziecka zachować w sobie jak najdłużej.

A jak Wasze typy?