piątek, 30 sierpnia 2013

Beata Pawlikowska "Blondynka w Londynie"


Blondynka odwiedziła już wiele krajów. Blondynka napisała też dużo książek, ma nawet swój program w radiu. Kiedyś Blondynka prowadziła też program w telewizji. Tym razem tytułowa Blondynka, czyli pani Beata Pawlikowska, opisała swoją wyprawę do Londynu. Nie pierwszą, jak się okazało.

Tymczasem ta książka wbrew pozorom nie jest książką typowo podróżniczą, choć z takich, rzec czy też raczej: napisać można, pani Beata Pawlikowska słynie. Ta książka to takie trzy w jednym: połączenie autobiografii i publikacji filozoficznej, z wątkami podróżniczymi. I zdjęciami. I rysunkami. O, tak, tego w tej gabarytowo niewielkiej publikacji jest dużo. Ale może to i dobrze, bo i można sobie na te różne zakamarki Londynu popatrzeć, i książka staje się bardziej interesująca, i czyta się ją szybciej i przyjemniej.

Nie narzekam, choć trzeba przyznać, że książki tej autorki są specyficzne. Niby podróżnicze, a jednak zawierają dużo filozoficznych rozmyślań i mądrości. Tylko czy faktycznie tego przypadkowy czytelnik szuka w książkach podróżniczych? Oczekiwania co do takiego typu literatury są dość jasne: książka ma zachęcić do podróży, rozbudzić apetyt na poznawanie różnych zakątków świata, domatorów ruszyć z kanapy, przedstawić interesujące miejsca w danym kraju czy mieście i zachwycić zdjęciami (w wersji dla mniej wybrednych: po prostu te zdjęcia posiadać).

No, ale, podobało mi się. :-) Okazało się, że takie połączenie, to trzy w jednym, jest (o dziwo!) całkiem udane...

Beata Pawlikowska, Blondynka w Londynie
Wydawnictwo G+J, 2013

__________
Książkę do recenzji otrzymała moja Siostra; dzięki temu i ja mogłam ją przeczytać.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

"Turecki. Kurs podstawowy"


Były różne. Francuski, norweski, nawet krótka przygoda z japońskim. Mowa... a raczej pisanie... tu oczywiście o obcych językach. Skąd pomysł na naukę języka tureckiego? Ano podobno mam tureckie czy też tatarskie (tu kwestia sporna) korzenie; wystarczy zresztą wygooglować moje nazwisko, a na Wikipedii znajdziecie wyjaśnienie, co i jak. No i wiecie, warto poznać język swoich domniemanych przodków. Nie spodziewałam się jednak, że ten język okaże się aż taki trudny!

"Turecki. Kurs podstawowy" to publikacja, która należy do tytułów z serii Audio Kursów. W zestawie znajduje się książka i opakowanie z dwoma płytami CD z nagraniami. Opuściłam zdecydowaną większość zagadnień gramatycznych omówionych w podręczniku, skupiłam się na nagraniach i nauce przydatnych zwrotów czy słówek. Trochę żałuję, że jedyne ćwiczenia, jakie zawarte są w książce, opierają się na słuchaniu nagrań, powtarzaniu za lektorem i tworzeniu pytań w języku tureckim. No, ale w końcu jest to audiokurs, więc czegóż innego się spodziewać? :-)

W książce, poza wspomnianymi wyżej zagadnieniami gramatycznymi, znajdują się listy słówek i zwrotów, przykładowe dialogi, ćwiczenia i ciekawostki (np. co warto zobaczyć w Stambule lub poza nim czy też czym jest tzw. "lwie mleko"). Nie przerobiłam jeszcze całego materiału, co oczywiste, i tak naprawdę niewiele się tego języka nauczyłam. Jest on dość trudny, zwłaszcza gramatycznie, a w niektórych przypadkach wymowa również przysparzała nieco kłopotu. Nie wiem, czy będę dalej uczyć się tego języka, zwłaszcza, że zbliża się rok szkolny. Ale kurs postawię na półce i jeśli przyjdzie mi ochota na to, bym znów po niego sięgnęła... zrobię to. :-)

Turecki. Kurs podstawowy

Za książkę dziękuję Pani M. z Wydawnictwa Edgard!

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Doris Lessing "Idealne matki"

Co za historia! Tego chyba jeszcze nie było... Doris Lessing - noblistka - zaserwowała nam intrygę, która brzmi jak... z bajki. Ale nie takiej zwykłej, normalnej, gdzie wszystko kończy się dobrze, a bohaterowie żyją długo i szczęśliwie. To bajka tylko z teorii, ponieważ takich rzeczy, jakie wydarzyły się na kartach tej książki, próżno szukać na porządku dziennym wśród społeczeństwa. Bo czy dwie matki, przyjaciółki, mogą związać się nawzajem ze swoimi synami? Brzmi nieprawdopodobnie, niemal... bajecznie. No właśnie. Tylko potem wcale tak bajecznie już nie jest. Czy taki związek ma przyszłość? Czy jest sens budować szczęście na tak kruchych fundamentach? Na te pytania odpowiedzieć będą musieli nie tylko bohaterowie tego opowiadania, ale również Czytelnik...

Na początku nie mogłam połapać się, o co chodzi w tej książce. Czytałam opis na tylnej okładce, jednak opowiadanie zaczęło się w zupełnie innym miejscu, i dopiero po jakimś czasie można było zorientować się, że wstęp jest po części zakończeniem książki... Ale nie historii. Bo Czytelnik może również sam dopowiedzieć sobie zakończenie. Niektórych może nasycić to, co wyczytali w książce, inni będą dopatrywać się drugiego dna, a jeszcze inni mogą próbować domyślić się, co się ostatecznie wydarzyło. Bo przecież jest tyle możliwości* - Tom i Ian mogli rozstać się z żonami, zostając sami, znajdując nowe dziewczyny lub ponownie wiążąc się nawzajem ze swoimi matkami albo poprosić żony o wybaczenie. To mogło przecież skończyć się różnie i wraz z zamknięciem książki wcale nie trzeba zamykać tej historii...

Całkiem ładna to i zgrabna opowieść, jednak nie za bardzo wiem, jak ją ocenić. Czy czegoś mi tu brakowało? Sama nie wiem. Tu trochę naiwności miesza się z banałem, ale również z emocjami: poprzez miłość, nienawiść, tęsknotę... Mimo wszystko warto tę książkę przeczytać. Doris Lessing stworzyła historię, która ma ręce i nogi; wykreowała także dobre portrety psychologiczne postaci, które mają swoje uczucia, nie są tylko drewnianymi marionetkami na sznurkach, za które pociąga autorka. Ale wiadomo, że w tak krótkiej perspektywie, jakim jest zaledwie nieco ponad sto stron, trudno rozłożyć kilkuletnią historię, razem z jej przeszłością i... przyszłością może też? Choć przyszłość w przypadku tej opowieści rysuje się jako wielka niewiadoma. To Czytelnik decyduje, jak chce ją określić...

Doris Lessing, Idealne matki
Wydawnictwo Wielka Litera, 2013 

_____
* Uwaga, częściowy spojler! :-)

wtorek, 13 sierpnia 2013

Park Wyobraźni


Fot. A. Jurczyk

W sobotę wybrałam się z Siostrą do parku, by wziąć udział w wydarzeniu, o którym informowałam Was tutaj. Więcej zdjęć postaram się opublikować w wakacyjnym podsumowaniu. :-) A Wy - lubicie czytać na świeżym powietrzu?

sobota, 10 sierpnia 2013

Ann Voskamp "Tysiąc darów"

Gdy świat wali Ci się na głowę, gdy nie wiesz już, co masz robić, gdy myślisz tylko o tym, jak bardzo jest Ci źle... Pewnie nawet nie zadumasz się chwilę nad dziękczynieniem. Taka prosta, a jednocześnie trudna czynność - dziękczynienie za wszystko, co otrzymujesz od Boga.

Co może zachęcić nas do przeczytania danej książki?
1. Ładna okładka (choć pamiętamy, że nie ocenia się książki po okładce).
2. Napis "Bestseller New York Timesa" (choć można spotkać się w różnych opiniach ze zdaniami, że słowa te nie gwarantują, iż powieść okaże się naprawdę wyjątkowa).
3. Ciekawy tytuł (choć nie zawsze pokrywa się z treścią).

Tysiąc darów. O sztuce codziennego szczęścia. W czasach, gdy tego szczęścia poszukujemy masowo, by choć przez chwilę poczuć radość rozpierającą nasze serca, wyrywającą się z naszych płuc, pragnącą otoczyć wszystkich dokoła, poradniki o tym, jak to rzeczone szczęście zdobyć, utrzymać i podzielić się nim z innymi bywają hurtowo wykupywane z księgarskich półek i odnotowują popularność większą niż historie o romansie dziewczyny z wampirem, wilkołakiem, erotomanem (niepotrzebne skreślić).

Tym razem jednak nie jest to poradnik o szczęściu. Jest to świadectwo pewnej kobiety, która z życia w pustce wyrwała się do życia w miłości, radości, dziękczynieniu. Dzięki Eucharisteo odkryła to, co w życiu jest najważniejsze. Umiejętność dziękowania za każdy dar jest trudna. Bo gdy dzieje się źle, dopada nas smutek, żal, niepokój, często nie potrafimy nic innego, jak tylko zalać się łzami, załamać się i odwrócić od Boga. Nie doceniamy tego, że to, co dla nas zsyła, jest dobre. Wszystko, co pochodzi od Boga, jest dobre. A jednak tak trudno nam to zauważyć, zrozumieć, zapamiętać.

Autorka podjęła pewne wyzwanie i zaczęła prowadzić dziennik, w którym zapisywała dary, za które dziękowała Bogu. Któregoś dnia liczba tychże darów sięgnęła tysiąca. Lecz lista wcale się nie skończyła, wręcz przeciwnie, wydłużała się z każdym kolejnym dniem. Ta książka to coś w rodzaju pamiętnika, zapisków z życia autorki, którymi dzieli się ona z nami - być może dlatego, byśmy w końcu przekonali się, że nawet w gmatwaninie codziennego życia można znaleźć czas, by podziękować Stwórcy za wszystko, czym nas obdarza. Momentami język przypomina poezję. Niektóre fragmenty są tak plastyczne... Zresztą zobaczcie sami:

Przechylam dłoń w stronę światła i jego nowe fale umacniają kopułę bańki, a wstęgi kolorów się pogłębiają, ognistoniebieski, tańczący płomień przechodzi w krzykliwy szkarłat. Kalejdoskopowa planeta. Głęboka uwaga wypełnia puste arkady.*

A to nie jest chyba nawet fragment, który chciałam Wam zacytować, kiedy jeszcze czytałam tę książkę. Teraz jednak nie mogę go odnaleźć. Mimo wszystko i ten, który przytoczyłam powyżej, wskazuje na tę plastyczność, tę poezję w języku. Choć muszę przyznać, że niełatwo czytało mi się tę książkę, chwilami zmuszałam się do tego, by ją dokończyć, i w zasadzie nie wiem, co było ku temu powodem. Przecież jestem wierząca, co więc mi przeszkadzało?

I wcale nie twierdzę, że ta książka jest wybitna czy też wyjątkowa. Może też nawet nie być moim prywatnym bestsellerem. Jednak takie książki są potrzebne, by uświadomić nam, jak wielka jest moc dziękczynienia. I nie tylko. Ale o tym i o reszcie już dowiecie się z niej samej.

PS Spójrzcie na okładkę. Wystarczy rzut oka, by stwierdzić: Jest śliczna.

Ann Voskamp, Tysiąc darów
Wydawnictwo Esprit, 2012

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Esprit!
_____
* Cytat pochodzi z książki "Tysiąc darów" ["One Thousand Gifts"], aut. Ann Voskamp, tłum. Edyta Stępkowska, wyd. Esprit, 2012, str. 93.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Joanna Sałyga, Piotr Sałyga "Chustka"

Trudno czytać niektóre książki. I chyba jeszcze trudniej je recenzować. Bo ciężko wchodzić z butami w czyjeś życie, zaglądać to tu, to tam. Zwłaszcza, że tej osoby już nie ma na tym świecie.

Taką trudną książką jest "Chustka". I może to zabrzmi jak oksymoron, sprzeczność, figura przeciwstawna, ale mimo tej trudności, to jest to lektura pełna ciepła, miłości, dobrego humoru. Chyba nie spodziewałam się, że tak często podczas czytania tej książki będę uśmiechać się pod nosem. Tak. Nie spodziewałam się. Wcześniej nie słyszałam o Chustce. Nie znałam historii Joasi, jej wielkiego pragnienia życia i miłości do Syna i Niemęża. A może słyszałam...? A może widziałam...? Tylko umknęło mi to między kolejnymi chwilami, nie zauważyłam, nie zatrzymałam się, nie pomyślałam. Choć z natury jestem wrażliwa i czasem potrafię wczuć się w czyjąś sytuację, to nie zawsze tak się dzieje.

Ale jakiś czas temu zaczęło być głośno o pewnej książce. Potem dowiedziałam się, że najpierw był blog. Zajrzałam raz czy dwa, ale dopiero dzięki tej książce poznałam historię Joanny. Kobiety, która pewnego dnia dowiedziała się, że ma raka. Ale nigdy nie straciła apetytu na życie. Na blogu opisywała swoją codzienność z ogromną dawką dobrego humoru. Duże wrażenie zrobił na mnie Syn Joanny. Jaki to mądry chłopak! I jakie poważne rozmowy przeprowadzał ze swoją mamą, na najróżniejsze tematy, oczywiście z dowcipem, a jakże.

Smutek, ból i niepewność przeplatają się w tej książce z miłością, dobrym humorem i ogromnym apetytem na życie. Uczucie, jakie towarzyszyło mi przez większość książki - czyli, jeśli można to w ogóle nazwać uczuciem, taki pozytywny uśmiech, pod koniec historii zmieniał się w smutek. I po części również niedowierzanie. Że za chwilę koniec. Że ostatnie strony książki, ostatnie zapiski równoznaczne będą ze śmiercią jej głównej bohaterki, a zarazem autorki. Z kimś, z kim, można powiedzieć, trochę się zżyłam. I szkoda mi... Szkoda.

Joasiu,
dziękuję Ci za Twoje świadectwo Życia. Życia przez duże "ż". Postaram się cieszyć każdą chwilą, doceniać życie i nie przestać się uśmiechać. Bo zawsze jest nadzieja. Zawsze jest wiara. I miłość.
Spoczywaj w pokoju, Joasiu.

Czytelniku, kupując niniejszą książkę, wspierasz również Fundację Chustka.

Joanna Sałyga, Piotr Sałyga, Chustka
Wydawnictwo Znak, 2013

piątek, 2 sierpnia 2013

Matthew Quick "Poradnik pozytywnego myślenia"

Był sobie Pat. Pat właśnie wyszedł z niedobrego miejsca - innymi słowy, szpitala psychiatrycznego. Trafił tam z pewnego powodu, które nazywa rozłąką z żoną Nikki. Owa rozłąka trwa, ale Pat jest optymistą - wyobraża sobie swoje życie jako film i dąży do jego dobrego zakończenia. Jego zdaniem wszystko będzie miało szczęśliwy finał. Dlatego Pat ćwiczy:
a) pozytywne myślenie,
b) bycie miłym,
c) swoje ciało, bo, jak dowiadujemy się już niemal na początku książki - "Nikki-lubi-facetów-z-ładną-rzeźbą"*.


Ale tak się właśnie złożyło, że pewnego dnia Pat poznał Tiffany. Dziewczynę równie zakręconą jak on sam, a może nawet i jeszcze bardziej. Jaką rolę odegra ona w jego filmie? I czy rzeczywiście nasz bohater będzie miał szansę na happy end?

Nie, nie szykujcie się na love story. To nie jest ckliwa historia miłosna, lecz dobrze poprowadzona opowieść o mężczyźnie, który zmienia swoje życie. Opowieść z dawką humoru i pisarskiego polotu. A niełatwe miał zadanie pan Quick, o nie. No bo wiecie - napisać książkę z perspektywy kogoś, kto niedawno wyszedł ze szpitala psychiatrycznego... Wcielenie się w takiego bohatera to swego rodzaju wyzwanie. Zwłaszcza dla debiutanta, bo "Poradnik pozytywnego myślenia" to pierwsza powieść autora.

Książka ta pełna jest... specyficzności. Specyficzny język, specyficzna historia, specyficzni bohaterowie. Trudno zaprzyjaźnić się z nimi wszystkimi od początku. Każdy z nich jest na swój sposób inny, każdy ma swoje problemy i przeszłość, z którą musi się pogodzić, zaakceptować ją. Mimo wszystko da się ich polubić. Nawet Tiffany (a dlaczego "nawet", to się przekonacie, gdy książkę przeczytacie). A tę specyficzność można zanotować zarówno jako plus, jak i minus powieści.

Gucio zaprezentował, w jakiej wersji czytałam tę książkę. :-)
I cóż. Niezła jest ta książka, przyznam, niezła. Muszę jednak wspomnieć o jeszcze paru wadach. Na pierwszy ogień idą oczywiście... wulgaryzmy, których w tej książce nie brak. I co jeszcze? Ach, rzecz chyba oczywista - BŁĘDY. Braki i przekręcenia ortograficzne i interpunkcyjne aż rażą w oczy, chociaż CZYTAŁAM TEKST PRZED KOREKTĄ (to pewne usprawiedliwienie dla tego faktu). Nie wiem zatem, jak sprawa ma się w przypadku już wydanej książki. Gdybym otrzymała oryginalny egzemplarz tej powieści, wiedziałabym. Tak się jednak nie stało, nad czym ubolewałam, bo okładka jest naprawdę ładna, a takie wydanie pewnie lepiej prezentowałoby się na półce. :-)

"Poradnik pozytywnego myślenia" mogę określić kilkoma zaledwie zdaniami. Jest humor. Jest miłość. Jest i wątek dla fanów sportu. Miłe czytadło, ale z przesłaniem ukrytym między stronami: warto myśleć pozytywnie. :-)

_____
* Cytat pochodzi z książki "Poradnik pozytywnego myślenia" ["Silver Linings Playbook"], aut. Matthew Quick, tłum. M. Borzobohata-Sawicka i J. Dziubińska, wyd. Otwarte, 2013, str. 5.

Matthew Quick, Poradnik pozytywnego myślenia
Wydawnictwo Otwarte, 2013

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Otwarte!