wtorek, 30 grudnia 2014

LITERATURA: "Bezdomna", Katarzyna Michalak

 

 

 

 


 

Są książki, po których przeczytaniu odłożymy je na półkę bądź oddamy do biblioteki i nie zastanawiamy się nad losem ich bohaterów czy też alternatywnym zakończeniem. Są też i takie, w których przypadku postępujemy wręcz przeciwnie. Niniejszy tytuł do tej właśnie grupy należy.







Moje pierwsze spotkanie z twórczością Katarzyny Michalak nie należało do udanych. Była to książka zatytułowana bodajże "Rok w Poziomce" i stwierdziłam wtedy, że nie jest to pozycja wysokich lotów. Jakiś impuls, ludzka ciekawość kazała mi któregoś dnia sięgnąć po "Bezdomną". Tym razem się nie zawiodłam. Okazała się być to książka o niełatwej tematyce, ale napisana zgrabnie, a co najważniejsze - lepiej zarówno językowo, jak i treściwie, od wyżej wspomnianego "Roku w Poziomce".

Bezdomność to problem, jaki dotyka wielu. Nas także - chociaż może nie bezpośrednio, to jednak stykamy się z niemającymi dachu nad głową osobami, czytamy o nich bądź słyszymy w radiu i telewizji. Czasem są to ludzie, którzy w przeszłości popełnili jakiś błąd, nieszczęście spadło na nich jak grom z jasnego nieba, a w innych przypadkach - sami postanowili prowadzić takie życie. Co ich do tego skłoniło? To pytanie retoryczne, na które trudno jest znaleźć odpowiedź, a może po prostu jest to niemożliwe. Autorka również musiała je sobie zadać i na jego kanwie stworzyła historię, która szokuje, powoduje dziwne ukłucie w sercu i wprawia w zakłopotanie. Bo to przecież życie pisze takie scenariusze. To historia, która mogłaby dotyczyć każdego z nas.

Oprócz bezdomności, autorka porusza jeszcze szereg innych problemów, często pomijanych lub bagatelizowanych przez społeczeństwo. Dobrze, gdy literatura oprócz przyniesienia nam rozrywki czy zapewnienia chwili relaksu spełnia czasem jeszcze inną funkcję - otwiera oczy na pewne kwestie, edukuje, poucza. "Bezdomna" to pozycja mocna. Nie da się przejść obok niej obojętnie.

niedziela, 2 listopada 2014

JĘZYKI OBCE: "Fiszki. Konstrukcje egzaminacyjne"


Fiszki, fiszki... Stali czytelnicy mojego bloga na pewno znają moje zamiłowanie do tej metody nauki. Karteczki ze słówkami są naprawdę przydatne, szczególnie dla wzrokowców. Nie będę tu zatem długo się rozwodzić nad tematem fiszek, nie będę tworzyć esejów...


... po prostu powiem, że na fiszkach na pewno się nie zawiedziecie. Jako tegoroczna maturzystka będę potrzebować jak najwięcej materiałów do nauki języka angielskiego (poziom rozszerzony, to zobowiązuje!),
a fiszki to skuteczna, niezawodna i szybka metoda na naukę. Konstrukcje egzaminacyjne to pozycja przeznaczona dla osób na poziomie zaawansowanym języka angielskiego. Są to idiomy, których znajomość zdecydowanie powiększy nasz zasób słownictwa... może też pozwoli zaszpanować wśród znajomych ;).

Na stronie fiszki.pl znajdziecie teraz promocję - przedstawioną przeze mnie pozycję możecie kupić za 7,99zł! To chyba nie jest wielki wydatek, a można naprawdę skorzystać :) A Wy? Korzystacie z fiszek? A może dopiero planujecie się z nimi bliżej zapoznawać? Dajcie znać, jak idzie Wam nauka!


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Cztery Głowy.

poniedziałek, 6 października 2014

FILM: "Zostań, jeśli kochasz"


Na początku września wybrałam się z siostrą do kina na seans "Zostań, jeśli kochasz". Nie miałam pojęcia, że jest to zekranizowana książka, którą jakiś czas temu (a było to dość dawno) trzymałam w rękach, a nawet i chyba podczytywałam... Ale ja tak często mam - trochę czytam, a potem książkę odkładam lub oddaję do biblioteki, bo termin goni. Być może nadejdzie więc taki czas, w którym sięgnę po oryginalną wersję tej niezwykłej historii...

Jej główni bohaterowie to Mia i Adam. Z pozoru różni. Ona (w tej roli Chloë Grace Moretz) - cicha, spokojna, młoda wiolonczelistka z zamiłowaniem do muzyki klasycznej. On (grany przez Jamiego Blackleya) to pewny siebie wokalista zespołu rockowego, któremu nie oprze się żadna dziewczyna. Mia marzy o dostaniu się na dobre studia, jednak oznaczałoby to rozłąkę z ukochanym. Pewnego dnia, gdy nic nie zapowiadało tragedii, dochodzi do wypadku... Mia znajduje się nagle na granicy między światami. Czy zostanie, czy postanowi odejść? Jak wielka okaże się siła miłości?

Chociaż można przewidywać, jak zakończy się film, okazał się on całkiem udany w odbiorze. Sceny w czasie teraźniejszym przeplatają się z wydarzeniami retrospektywnymi. Widz ma zatem okazję do tego, by poznać całą historię - jak zakochani się poznali, jak wyglądało ich życie do momentu wypadku, co było dla nich priorytetami - i porównać z tym, co dzieje się tu i teraz. A dzieje się. Niby to zwyczajne, niby znane. Ale zawsze z zainteresowaniem ogląda się tego typu filmy, choćby nie wiadomo ile razy powielano w nich taki sam schemat. Być może to zasługa aktorów, którzy przecież mają niemały wpływ na całokształt obrazu. Chyba najbardziej spodobała mi się kreacja matki (w tej roli Mireille Enos) - była to postać bardzo ciepła, choć z nutą szaleństwa i tego dziecięcego "czegoś", co większość dorosłych traci. Na pewno obejrzę jeszcze kilka filmów, w których pojawia się odtwórczyni głównej roli, czyli Chloë Grace Moretz - wielu uważa ją za jedną z najlepszych aktorek młodego pokolenia. Niewątpliwie jest w niej potencjał.

Zostań, jeśli kochasz to film, przy którym można i zachichotać, i uronić łezkę wzruszenia. Choć tematyka, którą porusza, została przefiltrowana przez przemysł zarówno literacki, jak i filmowy na wiele sposobów i czasem są to sposoby powielane wielokrotnie, ta historia na pewno wzbudzi w nas emocje. Być może będzie nurtować nas pytanie: jak wiele możemy zrobić dla miłości? Znajdźmy w sobie na nie odpowiedź...

wtorek, 19 sierpnia 2014

LITERATURA: "Pan Robótka. Niezwykłe projekty plastyczne"

 

 

 

Łał! To pierwsza myśl, jaka pojawia się w mojej głowie, jeśli chodzi o niniejszą pozycję. Ileż to można niezwykłych rzeczy wyczarować, mając pod ręką tak podstawowe przedmioty, jak klej, papier, nożyczki, korzystając z pomocy wyobraźni.


Książka "Pan Robótka. Niezwykłe projekty plastyczne" zawiera ponad 35 pomysłów na to, jak samodzielnie wykonać różne przedmioty - nie tylko do zabawy (jak drucikowa myszka), ale i do codziennego użytku (jak wielorybi stojak na szczoteczkę do zębów). Opisom "krok po kroku" towarzyszą zdjęcia i dodatkowe wskazówki. W książce znajdziemy także przeróżne zgadywanki, ciekawostki, a nawet malowanki i naklejki! Do zalet zaliczam także porządne wydanie - na spirali, w twardej oprawie, pełne kolorów. Idealne dla młodych czytelników - dzieci na pewno nie będą się nudzić.

A rodzice powinni przyłączyć się do wspólnego "robótkowania" :). Na tym właśnie polega zabawa!

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

LITERATURA: "Fancy Nancy. Niebywale wyjątkowa dziewczynka"

 

 

 

 

 

 

 

Mimo że dzieckiem teoretycznie już nie jestem (tak, szóstego lipca skończyłam 18 lat), lubię czasem sięgać po książki przeznaczone dla młodszych czytelników. Z tego, co wiem, nie jest to chyba zabronione ;).







Kim jest Fancy Nancy? To wesoła dziewczynka, uwielbiająca przebieranki i dobrą zabawę. Wejdźcie do jej świata i zakumplujcie się z nią, a sami się przekonacie - z Fancy Nancy nie można się nudzić!

Gdy otworzyłam książkę, ze środka wypadła niespodzianka, o której mowa na obwolucie. Aż pisnęłam z zaskoczenia, a potem zaczęłam... histerycznie się śmiać. Cała ja. Zapytacie - a co to takiego, ta niespodzianka? No weźcie, przecież tego Wam nie zdradzę. Mogę Wam natomiast powiedzieć, że książeczka jest naprawdę warta kupna. Świetne wydanie - śliski papier, duża, ozdobna czcionka, kolorowe ilustracje, twarda oprawa. Mądra treść - pokazuje, że można znaleźć wyjątkowość nawet w codziennych, pozornie zwyczajnych rzeczach i czynnościach. Koniecznie powinna zagościć w bibliotece małego czytelnika; a zwłaszcza księżniczek/wróżek/baletnic - za kogokolwiek Wasza córeczka się uważa ;). Ja osobiście uważam się za księżniczkę z bajki. Ale to już inna historia.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję

piątek, 1 sierpnia 2014

Celeb's Look: Vanessa Hudgens Coachella 2014

Jednym z cykli na moim blogu będzie Celeb's Look, w którym pokażę stylizację danej gwiazdy oraz siebie ubranej podobnie lub identycznie jak ona. Na pierwszy ogień wybrałam jeden z outfitów Vanessy Hudgens z tegorocznego festiwalu Coachella.




Bardzo podoba mi się styl Vanessy Hudgens - jest ona niekwestionowaną królową boho chic wymieszanego ze stylem gypsy. Dobrze czuję się w takich klimatach. A jak Wam się podoba?


poniedziałek, 28 lipca 2014

jak zrobić dobre selfie?

W erze Internetu wszyscy chcemy pokazać się od tej swojej najlepszej strony. Nie ukrywam, że ja też ;). Publikujemy na portalach społecznościowych zdjęcia dokumentujące nasze życie: począwszy od tego, co mamy na talerzu, przez to, co widać za oknem, po fotki samych siebie. No właśnie, na tym się zatrzymamy. Oto kilka rad, by nasze selfie było udane!

1. Stań twarzą do światła, a nie na odwrót. Gdy zwrócisz się w stronę światła (najlepiej naturalnego), wszelkie niedoskonałości znikną, a buzia będzie pięknie rozświetlona.

2. Dobrze wykadruj zdjęcie. Staraj się, by twoja twarz zapełniła kadr, a nie była w którymś z jego rogów - robisz zdjęcie samej sobie, a nie ścianie za tobą. Zawsze jeszcze możesz przyciąć potem zdjęcie, jeśli nie uda Ci się odpowiednio wykadrować go wcześniej.

3. Na zdjęciu zrobionym "z góry" twój nos może być optycznie powiększony. Lepiej zatem ustawić aparat lekko od dołu lub bokiem do twarzy.

piątek, 25 lipca 2014

Casting Sunkiss - żel rozjaśniający do włosów



Cześć wszystkim!

Chciałabym opowiedzieć Wam dzisiaj o żelu rozjaśniającym Casting Sunkiss marki L'ORÉAL PARIS. Dostępny jest on w trzech wersjach odpowiednich dla danego koloru włosów: sama mam 02, czyli ten przeznaczony dla odcieni średniego blondu (chociaż miałam nieco ciemniejsze, ale bałam się, że nie będzie widać żadnej zmiany). Jeśli nie chcesz niszczyć włosów farbą, ale chciałabyś je delikatnie rozjaśnić lub zrobić sobie pasemka - ten produkt jest dla Ciebie!

Jakie są zalety żelu Casting Sunkiss? Nie niszczy on włosów, rozjaśnienie jest stopniowe, więc można samemu zdecydować, jaki odcień chce się uzyskać, ma bardzo przyjemny zapach (nie ma nic gorszego niż kosmetyk, który brzydko pachnie) i fajny design. Efekt pogłębia się z każdą aplikacją. U mnie bardzo dobrze widoczny jest w świetle - niektóre pasma moich włosów są już rozjaśnione do koloru blond! Juhuu! Jedyny minus to cena, ale ponieważ jest to nowość, myślę, że z czasem ten żel stanieje.

I jak? Dacie się przekonać? :) Do następnego wpisu, buziaki!

piątek, 11 lipca 2014

LITERATURA: "Przyszłość świetlana szkolnego tumana", Heidemarie Brosche

 

 

 

 

 

Podtytuł tej książki głosu, iż jest ona poradnikiem dla zatroskanych rodziców; ale tak naprawdę powinni ją w szczególności przeczytać uczniowie i nauczyciele. Zwłaszcza tym ostatnim przydałaby się, o ironio, mała lekcja. (Tak, i piszę to jako uczennica jednego z najlepszych liceów w moim mieście, cóż...).







Ta książka powinna się znaleźć w biblioteczce w każdym domu. No, chyba że już jest, bo ukazała się trzy lata temu nakładem tego samego wydawnictwa, lecz pod innym tytułem - "Nie jest źle być słabym uczniem". I faktycznie nie jest źle. Po lekturze tego poradnika mogę nawet przyznać - lepiej jest być tym gorszym uczniem, niż... tym lepszym. Bo:
  • przyswajasz wiedzę tylko na tematy, które cię interesują; ale ta wiedza zostanie z tobą na zawsze, właśnie dlatego, że dotyczy czegoś, co lubisz;
  • nie stresujesz się, że nie zdołałeś opanować materiału ze wszystkich przedmiotów;
  • w oczach innych nie będziesz kujonem, który jedyne co robi, to zakuwa dniami i nocami;
  • nie zaśmiecasz sobie mózgu niepotrzebnymi informacjami. Jak to powiedział Einstein: "Nie obciążam pamięci faktami, które mogę znaleźć w encyklopedii".

Mogłabym dorzucić jeszcze kilka takich zalet, ale po przeczytaniu poradnika sami się o nich przekonacie. Naprawdę! To zmieni Wasz punkt widzenia i będziecie w stanie zaakceptować, a nawet docenić słabości. Sama ostatnio borykałam się z motywacją i ogólnymi zniechęceniem do nauki. Nic nie pomagało, ani prośby, ani groźby. Dopiero pod koniec roku wzięłam się za siebie, by poprawić oceny. I poprawiłam! Moja średnia 4,0 była drugą z kolei średnią w klasie i odebrałam nawet nagrodę - książkę (a cóż by innego ;)). Dzięki tej książce uświadomiłam sobie jednak, że wcale nie muszę być najlepsza z każdego przedmiotu, ważne, bym skupiła się na tych, które przydadzą mi się w przyszłości.

Fakt, że książkę pisała nauczycielka stanowi zaletę. Nie każdy nauczyciel przyznałby się do błędu, co autorka wielokrotnie czyni. Dodatkowo, dzięki temu informacje o systemie szkolnictwa otrzymujemy z pierwszej ręki.

Szczerze polecam Wam tę książkę. Mam nadzieję, że spodoba się Wam tak, jak i mnie!

Za egzemplarz do recenzji dziękuję

wtorek, 1 lipca 2014

LITERATURA: "Rywalki", Kiera Cass

 

 

 

 

 

Zakochałam się w okładce tej powieści od pierwszego wejrzenia. Jest taka delikatna, romantyczna, wspaniale wpasowuje się w treść. Mówią, żeby nie oceniać książki po okładce. Ale tylko spójrzcie! Gdybym mogła przyznałabym tej książce Oscara w kategorii "najpiękniejsza okładka 2014". Lecz czy treść także zasłużyła na nagrodę?

 

 

 

 

 


Oto zbliżają się Eliminacje - czas, gdy trzydzieści pięć dziewcząt z całego kraju będzie walczyć o koronę. America jest jedną z nich. Początkowo nie ma jednak wcale zamiaru zgłaszać się do konkursu. Wyjść za mąż za tego nudnego, sztywnego księcia? Zostać w przyszłości królową? Być obserwowaną przez cały kraj? Na pewno nie, to nie w stylu dziewczyny, która przez całe życie była Piątką (a więc dość nisko w hierarchii klasowej) i zarabiała na życie poprzez muzykę. A jednak Ami wysyła swoje zgłoszenie... Jak potoczy się dalej jej życie? Czy odnajdzie się w pałacu? I, co najważniejsze, czy zmieni swoje zdanie co do księcia?

Na początku "Rywalki" przypominały mi trochę "Igrzyska śmierci". Fabuły niby się różnią, ale ogólnie można odnaleźć kilka podobieństw. Akcja rozgrywa się w przyszłości, na miejscu Ameryki powstało nowe państwo, kasty tutaj są jak dystrykty, z wylosowanych kandydatek pozostanie tylko jedna... Krew też się trochę leje, bo rebelianci atakują pałac, aczkolwiek przemoc nie jest tak dosadnie ukazana, jak w powieści Suzanne Collins. "Rywalki" nie są także aż tak emocjonujące. Przyznaję, że przez większą część książki nieco się nudziłam. Nie tego się po niej spodziewałam. Myślałam, że zafunduje mi więcej wrażeń, tymczasem akcja rozkręciła się dopiero pod koniec powieści. Ale za to jak! Z niecierpliwością przesuwałam wzrok po kolejnych słowach, przewracałam kartki z wypiekami na twarzy i marzyłam, by zdjąć z półki kolejną część trylogii. Niestety, "Elity" nie ma na mojej półce... Oby to była kwestia czasu, bo nie mogę się doczekać, by sprawdzić, jak potoczy się dalej ta historia. Mam też nadzieję, że drugi tom okaże się bardziej emocjonujący.

Co do bohaterów... Polubiłam się z Americą na początku, jednak w miarę, jak akcja się rozwijała, zaczęła mnie irytować. Nie chcę nic zdradzać... ale... ale... ona grała na dwa fronty! Aż chciałoby się nagadać autorce, że postawiła swoją postać w takiej sytuacji. Chciałabym, by wszystko w książce potoczyło się po mojej myśli (cóż, kto z nas tak nie ma ;)). I jeszcze jedno... Książę Maxon to jednak nie mój typ. Nie skusiłyby mnie piękne suknie, korona i pokojówki spieszące na każde zawołanie. Wolałabym być z Aspenem... Taaak, chyba właśnie znalazłam nowego fikcyjnego 'crusha'. Kolejny chłopak, który nie istnieje, co za pech. Gdyby Ami jednak go nie chciała, to ja bardzo chętnie... Przepraszam, to nie ogłoszenie matrymonialne. W każdym razie, przeczytajcie "Rywalki" i koniecznie mi zdradźcie, w czyjej jesteście drużynie. Ja zdecydowanie -  #TeamAspen!


Za egzemplarz do recenzji dziękuję

sobota, 21 czerwca 2014

JĘZYKI OBCE: "FISZKI. Wyrazy zdradliwe"

 

 

Wyrazy zdradliwe, czyli tak zwane false friends, to rzecz, jaką obowiązkowo należy opanować, jeśli chcemy biegle posługiwać się językiem angielskim (oraz innymi językami, jednak skupmy się na tym). Pomoże nam w tym propozycja Wydawnictwa Cztery Głowy, o której dzisiaj opowiem.



Niewielkie pudełko kryje w sobie aż 100 kartoników, na których znajdziemy wypisane tytułowe wyrazy zdradliwe wraz z ich tłumaczeniem i odpowiednikami. Towarzyszą im także przykładowe zdania, w których zostały użyte. Do tej pory zazwyczaj nie zwracałam uwagi na zdania, lecz skupiałam się na samych słówkach. Tym razem jednak było inaczej. W ten sposób można trenować nie tylko umiejętne zastosowanie poszczególnych zwrotów w wypowiedziach, ale także szyk wyrazów w zdaniu i gramatykę.

Jak zwykle, muszę pochwalić fiszki. Jako wzrokowiec doceniam tę metodę nauki, i to bardzo. Ostatnio korzystałam z niej przy wkuwaniu dat z historii i społeczeństwa. Jeszcze nie raz będę wracać do poszczególnych tytułów fiszek do nauki języków - w bardzo łatwy, szybki i przyjemny sposób można dzięki nim przyswoić słówka czy zwroty, a to pomoże nam opanować większy zakres znajomości danego języka.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję

środa, 4 czerwca 2014

LITERATURA: "Oskar i pani Róża", Eric-Emmanuel Schmitt

 

 

 

 

 

Są takie książki, których nie da się po prostu wziąć do ręki, przeczytać, odłożyć na półkę i odhaczyć na liście chcę poznać. Są takie, które niosą ze sobą uniwersalne przesłanie i o których nie zapomnisz - choćbyś bardzo chciał. Do tej grupy zalicza się właśnie "Oskar i pani Róża".

 

 

 

 




Tę historię pewnie znacie. Ja też ją znam, bo czytałam już nie pierwszy w życiu raz. Jednak ostatnio właśnie czegoś takiego potrzebowałam. Opowieści, która przywróci mi nadzieję, nauczy, jak cenić życie i pokaże świat widziany oczami dziecka. Czas mija w niesamowicie szybkim tempie, lata lecą, a mi... nie za bardzo uśmiecha się dorastanie. Od tego się nie ucieknie, ale zaczynam zatracać to niewinne, dziecięce spojrzenie na życie i świat - zupełnie jak to pisał Julian Tuwim w swoim utworze "Sitowie", niedawno omawianym na lekcji języka polskiego...

Ooops, zboczyłam nieco z tematu, chociaż tak prawdę mówiąc, jednak wiąże się on z książką. Młody Oskar, mimo że nie dane mu było fizycznie doświadczyć okresu dojrzewania, dorastania i starości, mógł wyobrazić sobie, że każdy dzień to dziesięć lat normalnego życia. Co odkrył? Do jakich wniosków doszedł? I, co najważniejsze, jak pomogło mu to pogodzić się z losem i z tym, co go czekało?

Naprawdę nie potrzeba wielu słów, by zachęcić do tej książki. Jeśli jeszcze jej nie znacie... koniecznie musicie to zmienić. Na niewielkiej liczbie stron została zawarta esencja życia. Działa jak balsam. Spróbujcie posmarować nim swoje serca.

sobota, 17 maja 2014

JĘZYKI OBCE: "Angielski w karteczkach. Słownictwo dla średnio zaawansowanych, cz. 1"

 

 

 

 

Pozostając w temacie języków obcych, chciałabym przedstawić Wam kolejny zestaw do nauki angielskiego. Ostatnio prezentowałam pozycję Wydawnictwa Cztery Głowy ("Amerykański kontra brytyjski"), teraz skupimy się na słownictwie dla średnio zaawansowanych z oferty Compagnia Lingua.







Wiele razy pisałam o fiszkach. To zdecydowanie moja ulubiona forma nauki języków obcych (chociaż próbowałam także np. z pojęciami z języka polskiego) - szybka, prosta, efektywna. Pozwala opanować naprawdę spory materiał w stosunkowo krótkim czasie, jeśli tylko się przyłożymy :).

Ten zestaw zawiera aż 1000 karteczek. Słownie: tysiąc. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak ogromną liczbą fiszek w jednym pudełku! To robi wrażenie. Dodatkowo dołączone zostały: CD z nagraniami; twarde przekładki, aby podzielić karteczki ze słówkami na te, które się umie, powtarza, pozostawia do nauki lub jest się w jej trakcie; etui a także smyczkę. No full wypas, byśmy powiedzieli, prawda?

Znacie pewnie zasady korzystania z fiszek. W tym przypadku warto wspomnieć o jednej istotnej różnicy, mianowicie tłumaczenie słówka zapisane jest na rewersie karteczki... do góry nogami. Obracamy zatem ją, kierując w górę. Ze spraw technicznych to tyle, ciekawe natomiast jest to, że w przeciwieństwie do innych fiszek, na tych oznaczona została także... popularność słówka. To pozwoli się nam zorientować, na ile ważny jest ten wyraz w codziennych konwersacjach.

Moja współpraca z tą publikacją jak na razie przebiega dość dobrze - przyswoiłam kolejnymi słówka, z czego bardzo się cieszę. Mam nadzieję, że jeśli tak dalej pójdzie, uda mi się opanować wszystkie wyrażenia i będę mogła zapoznać się z następnymi szczeblami poziomu średnio zaawansowanych :).

Za egzemplarz do recenzji dziękuję

środa, 14 maja 2014

JĘZYKI OBCE: Języki, których chcę się nauczyć

Jak zapowiedziałam, pozostajemy w temacie języków obcych (tak, pomęczę Was nim do końca tygodnia! ;)). Tym razem podzielę się z Wami bardziej osobistym wyznaniem - przedstawię języki, jakich chciałabym się nauczyć.

Tegoroczna Eurowizja pozostawiła we mnie dwa przekonania. Po pierwsze, że ta Conchita (ten Conchita?) śpiewa naprawdę dobrze. Jakich kontrowersji by nie wzbudzał(a), choć ja tam jestem w stosunku do niej (niego? Ludzie, ratujcie!) tolerancyjna, talent ma. Po drugie, naprawdę chciałabym wiedzieć, o czym śpiewają uczestnicy, gdy nie robią tego po angielsku. To wspaniałe uczucie znać więcej niż dwa-trzy języki. Nie mówiąc o tym, jak znajomość takiego szwedzkiego czy koreańskiego może przydać się w pracy!



JĘZYK ANGIELSKI
Tak, tak, nieprzypadkowo znalazł się w niniejszym wpisie. Powiecie pewnie: "Chwila, przecież już się go uczysz!". Macie rację. Angielski to język, bez którego znajomości w dzisiejszych czasach nie da się zrobić praktycznie nic. No, chyba że siedzieć i płakać. Dlatego chciałabym go znać na tyle dobrze, jakby to był mój język ojczysty. Bardzo żałuję, że nie jestem w klasie z rozszerzonym programem jego nauczania.

JĘZYK WŁOSKI
Jeszcze przed pójściem do liceum zaczęłam się go uczyć, bo chciałam go opanować. Nie byłam pewna, czy będzie realizowany akurat w mojej klasie. I może dobrze by się stało, gdyby nie był. Z miesiąca na miesiąc traciłam zapał do nauki, teraz nie ma chyba czego już zbierać. Mój zasób słownictwa jest niewielki, umiejętności gramatyczne - znikome. A właściwie żadne. Potrzebuję dobrej motywacji i sama zacząć przykładać się do nauki tego języka, bo w szkole to już nic z tego nie wyniknie.

JĘZYK CHIŃSKI
Aka język przyszłości, proszę państwa. Chińczycy opanowują powoli cały świat, ale teraz, gdy ten język należy jeszcze do tych z rodzaju niszowych, jego znajomość będzie bardzo pożądana na rynku pracy. Do tego cała kultura chińska... No i muszę przyznać, że to po obejrzeniu (wprawdzie znowu nie od początku - już tak mam) filmu "Karate Kid" wkręciłam się w całą tą sprawę z chińskim ;).

JĘZYK NORWESKI
Ostatnio nie mam motywacji, by na serio w końcu zabrać się za naukę tego języka. Brak mi także potrzebnych materiałów, choć wiadomo, że "jak się chce, to się może wszystko".

JĘZYK ROSYJSKI
Trzeba przyznać, że choć podobny do naszego, to jednak na swój sposób oryginalny. I piękny. Ktoś może powiedzieć, że to obciach się go uczyć, że brzmi, jak rozmowa starszych pań, które zaciągają, aż uszy bolą. Ale posłuchajcie piosenki Ałły Pugaczowej "Я пою". Ja absolutnie kocham ten utwór.

Opcjonalnie: język hiszpański (miłość do Realu Madryt), język japoński (gdyby z chińskim nie wyszło, ewentualnie jako uzupełnienie... zresztą kiedyś już próbowałam!), język turecki (moi przodkowie byli Turkami czy też Tatarami - tu kwestia sporna - dlaczego by więc nie opanować ich języka?). Uff, trochę się tego nazbierało ;). Czy wystarczy mi samozapału i sił? Mam nadzieję!

Teraz Wasza kolej - koniecznie opowiedzcie mi o językach, jakich chcecie się nauczyć i jakich się uczycie, a także o metodach, które Wam w tym pomagają!

poniedziałek, 12 maja 2014

JĘZYKI OBCE: "Fiszki. Amerykański kontra brytyjski"

 

 

 

Będziemy się od dzisiaj bawić w Tydzień Języków. Tak sobie Hania wymyśliła, a co. Mam parę pomysłów na posty dotyczące właśnie tematyki języków obcych. Mam nadzieję, że Was nie zanudzę... ale myślę, że raczej się to nie stanie ;). Na dzień dzisiejszy proponuję fiszki!

 

 


Fiszki znacie. Jeśli od odpowiednio długiego czasu do mnie zaglądacie, na pewno zauważyliście, że często korzystałam z takiego typu pomocy naukowych i prezentowałam je na blogu. Od tamtej pory upłynęło jednak trochę wody w rzece, dlatego postanowiłam odświeżyć nieco zaniedbany kącik językowy. Dzisiaj zapoznam Was z naprawdę interesującą pozycją - "Amerykański kontra brytyjski!".

Jak wiadomo, w szkołach uczą angielskiego. No, nie tylko w szkołach, i może nie we wszystkich też uczą, ale nie czepiajmy się szczegółów. Dobra, ale przecież nawet angielski nie jest ujednoliconym językiem - istnieją jego różne odmiany - głównie z brytyjskim i amerykańskim właśnie na czele - a także gwary, dialekty itp. Stąd też czasem dochodzi do nieścisłości i niezrozumienia, bo brytyjskie frytki to amerykańskie chipsy. Co z tego, że i te, i te robione są z ziemniaków?


Fiszki są o tyle przydatnym i pomocnym narzędziem do nauki, że u wzrokowca działają niemalże od razu. Wystarczy spojrzeć na karteczkę, odwrócić ją, znów spojrzeć i tymże sposobem utrwalamy słówka wraz z ich tłumaczeniami w pamięci. Na takich fiszkach znajdują się także przykłady użycia danych wyrazów w zdaniu (w tym przypadku też), jednak... ja zazwyczaj na nie nie patrzę ;). A gdy patrzę, to i tak bardziej skupiam się na zapamiętaniu samego słówka.

Niniejsza propozycja to fiszki przedstawiające amerykańskie wersje niektórych brytyjskich słówek i wyrażeń. To właśnie z tymi drugimi spotykamy się częściej. Warto jednak poszerzać swój zasób słownictwa. Znajomość obu tych odmian języka angielskiego na pewno nam się przyda, czy to w pracy, czy w życiu codziennym. Praca z tymi fiszkami uświadamia mi, że nie znam zbyt wielu amerykańskich odpowiedników poszczególnych wyrazów i zwrotów. Ale po to właśnie są, bym je poznała :). Już pobrałam na telefon nagrania mp3 i będę kontynuować moją przygodę z tym tytułem.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję

piątek, 25 kwietnia 2014

LITERATURA: "Klinika pod Boliłapką. Muszka, która nie umie latać", Liliana Fabisińska

 

 

 

 

 

 

Gdy recenzujesz książkę przeznaczoną dla dzieci, a sama masz już niemalże osiemnaście lat, musisz przyjąć postawę rodzica. Albo udawać, że nadal jesteś dzieckiem.









"Muszka, która nie umie latać" to pozycja z serii Klinika pod Boliłapką. Byłam zaskoczona, a jednocześnie ucieszyłam się (jak dziecko ;)), gdy okazało się, że otrzymałam książeczkę z kotem na okładce, a więc o tymże zwierzęciu traktującą. Autorką jest Liliana Fabisińska, którą bardzo dobrze znam z serii "Bezsennik", w której zaczytywałam się, będąc młodsza i innych książek, poznanych nie tak dawno.

Tytułowa Muszka to kotka, która pewnego dnia niefortunnie spada z parapetu. Konieczna jest wizyta u weterynarza. Tę przyjemną książeczkę zarówno można czytać dziecku, jak i przekazać mu do samodzielnej lektury. Parę razy zapominałam się jednak, że ta pozycja przeznaczona jest dla młodych czytelników oraz że właścicielka Muszki to kilkuletnia dziewczynka, i dziwiłam się jej naiwności (bohaterki, nie książki). Ale przecież dziecko nie ma rozumu dorosłej osoby, no, Hanka, puknijże się w głowę!

Dlaczego warto mieć tę książkę w swojej biblioteczce? Przede wszystkim jest to pozycja wartościowa. Nie traktuje o księżniczkach czekających na swojego księcia z bajki albo wróżkach mieszających magiczne mikstury. "Muszka, która nie umie latać" uczy poszanowania dla zwierząt i odpowiedzialności, pokazuje także, jak wygląda praca weterynarza. Duży druk i ilustracje ułatwiają czytanie. A okładka jest prześliczna! Prawda?
 
Sama, mimo że mam tyle lat, ile mam, chętnie zapoznałabym się także z pozostałymi książeczkami z serii "Klinika pod Boliłapką" :).
 
Za egzemplarz do recenzji dziękuję
Wydawnictwu Publicat.

wtorek, 15 kwietnia 2014

LITERATURA: "Lady Susan • Watsonowie • Sanditon", Jane Austen

 

 

  

 

Moje pierwsze podejście do klasyki (to była "Duma i uprzedzenie) skończyło się klapą. Tym razem jednak zawzięłam się i z inną książką autorstwa Jane Austen sobie poradziłam.








Chyba żyję nie w tej epoce, w której powinnam. A może w poprzednim życiu byłam jakąś angielską lady i trochę mi zostało. Uwielbiam klimaty dziewiętnastego wieku: te śniadania na trawie, mocno wiązane gorsety, pełne przepychu suknie. I przede wszystkim język naszpikowany pięknymi, może nieco zbyt wysublimowanymi, wyrazami. Romantyzm i epoka wiktoriańska odcisnęły na mnie swoje piętno.

Niniejszy zbiorek zawiera trzy nowele - w tym dwie, których Jane Austen nie udało się dokończyć. Do jednej z nich, dzięki informacjom, jakie autorka przekazała swojej siostrze, dopisane jest coś w rodzaju wyjaśnienia, jak ta historia miała dalej się potoczyć. Jane Austen z humorem i momentami niemalże sarkastycznie portretuje społeczeństwo angielskie XIX wieku. Operuje językiem, który zachwyca. Bardzo dobrze wciela się w swoich bohaterów podczas ich wypowiedzi - na przykład w "Sanditon" ukazuje ekspresję emocji i patetyczność, jaka towarzyszy sir Edwardowi, gdy ten opowiada o poezji i literaturze. Postanowiłam każdą z nowelek pokrótce przedstawić z osobna; wyłuszczę też dokładniej moje wrażenia z ich lektury.

Lady Susan
Opowiedziana w listach historia wdowy, która romansuje z dwoma mężczyznami. Nie zważając na innych, knuje swoje intrygi, planuje także wydać swoją córkę za sir Jamesa Martina, wbrew jej woli. Co najdziwniejsze, postać lady Susan początkowo polubiłam! Im bardziej jednak zagłębiałam się w fabułę, tym moja sympatia zmniejszała się, aż w końcu zniknęła całkowicie. Jane Austen wykreowała bohaterkę sprytną, inteligentną, zaradną życiowo, lecz cóż z tego, skoro nie stroni od romansu nawet z żonatym mężczyzną, a wszelkie konwenanse jakby wcale jej nie przeszkadzają. Całym sercem byłam natomiast za Frederiką - nastoletnią córką - dlatego zakończenie tej powieści epistolarnej mnie usatysfakcjonowało.

Watsonowie
To nowelka, o której opowiedzieć mi najtrudniej. Jest to dość statyczna opowieść: ot, są sobie Watsonowie, Edwardsowie, Osbournowie, gdzieś po drodze plącze się jeszcze Tom Musgrave i pan Howard, i tak sobie żyją, pijąc herbatę, grając w karty i urządzając bale. Szczegółem, który nieco ubarwia tę historię, jest fakt, że główna bohaterka - Emma Watson - wychowywana była przez swoją ciotkę i powróciła do swojej rodziny. Dość miła to historia, ale najsłabsza z całego zbiorku. Może, gdyby była w całości dokończona, coś by się rozwinęło, i znalazłabym punkt zaczepienia, by dodać jej ocenie parę punktów. Jednakże stało się, jak się stało

Sanditon
Ostatnia w zbiorku, niedokończona, ale całkiem interesująca historia. Zaczyna się niepozornie: państwo Parker przejeżdżają przez Willingden. Dochodzi do wypadku. Ze względu na dość poważny uraz pana Parkera, pozostają w miejscowości, korzystając z gościnności Heywoodów. W drogę do Sanditon zabierają ze sobą jedną z córek o wdzięcznym imieniu Charlotte. To dla niej okazja na poznanie "wielkiego świata" i poprawienie swojego zdrowia. Na raczej niewielkiej liczbie stron dzieje się jednak dość sporo i poznajemy całą plejadę bohaterów. Większość z nich wypowiada się bardzo emocjonalnie: począwszy od pana Parkera, po sir Edwarda (o którego zachowaniu wspominałam). Ciekawostką jest, że początkowo rękopis ten zatytułowany był: "The Brothers"*.

Wkręciłam się w literacki świat stworzony przez Jane Austen. Miała ona niezwykły dar prozatorski, a język, którym się posługiwała, nadawał wypowiedziom bohaterów indywidualnego charakteru. Teraz pozostaje tylko smutne wzdychanie, czemu nie mam parasolki, falbaniastej sukni i adorującego mnie dżentelmena.

Ma ktoś może wehikuł czasu?

____
*Za: http://jausten.cba.pl/node/22, dostęp 15 kwietnia 2014 roku.

piątek, 11 kwietnia 2014

LITERATURA: "Miodowa pułapka", Unni Lindell

 




Znasz to uczucie? To przyspieszone bicie tętna, ten wzrok łapczywie pożerający kolejne litery, niecierpliwe zaglądanie na kolejne kartki... Tak się właśnie dzieje, gdy masz do czynienia z kryminałem.







 Kryminały zaczynają podbijać moje serce. Serio. To znaczy, może niezbyt precyzyjnie się wyraziłam. Chodzi o to, że wkręcam się w tę atmosferę i próby rozwikłania: kto, jak, kiedy, gdzie. Oczywiście do tego dochodzą także programy telewizyjne o panu Malanowskim i jego partnerach czy wydziale śledczym W-11. I proszę bardzo, zastanawiam się nad kryminalistyką.

Jednak, jak powiedział jeden z bohaterów "Miodowej pułapki", "To nie jest amerykański serial telewizyjny*". Zgadza się. Nawet w przypadku historii opisanej w tej książce trudno było połączyć ze sobą kolejne wątki i znaleźć sprawców. Autorka niby coś podpowiadała, podrzucała informacje, ale tak naprawdę wpuszczała czytelnika w maliny, by później posterować jeszcze fabułą i ostatecznie wskazać winnych. I mimo że myślałam, że pewne wątki wprowadzono niepotrzebnie albo bez jakiegoś wyraźnego powodu, okazało się, że miały dla biegu wydarzeń określone znaczenie. Znalazłam pewną nieścisłość, co do której muszę się jeszcze w tej książce doszukać, bo może coś ominęłam... Taaak, te problemy z pamięcią ;).

Ta wielowątkowa książka dostarcza wielu emocji. Nienawiść, strach, niedowierzanie. Tłem dla kryminalnej zagadki jest konflikt pomiędzy szefem zespołu, Cato Isaksenem, a nową pracownicą, Marian Dahle. Czy nieco gburliwy szef i charyzmatyczna kobieta nawiążą nić porozumienia, by wspólnie poprowadzić śledztwo?

Miodowa pułapka... Tytuł nie ma nic wspólnego z treścią przez jakieś 3/4 powieści. Dopiero później odkrywamy, o co chodzi. Od Was zależy, czy zechcecie poznać tajemnicę miodowej pułapki...

Za egzemplarz do recenzji dziękuję

____
* Cytat pochodzi z książki: "Miodowa pułapka" (tytuł oryginalny: "Honningfellen"), aut. Unni Lindell, tłum. Maria Gołębiewska-Bijak, Wydawnictwo Czarna Owca, 2013, str. 332.

sobota, 5 kwietnia 2014

FILM: "Mój biegun"

 

 

 

 

Z filmami nakręconymi na podstawie autentycznych wydarzeń to jest tak: albo okaże się szmirą, która chce tylko wycisnąć kasę na ciekawej historii, albo obrazem, który wciśnie w fotel, wywoła emocje i zbierze dobre oceny.


Historię Jaśka Meli zna chyba każdy. Nie znasz? Ups. I mimo że nie zaczyna się różowo, to ma niesamowity wpływ. Motywuje. Daje siłę. Pokazuje, że warto walczyć, wierzyć, spełniać marzenia. Że nie można się poddawać. Że wszystko jest możliwe.

Skupiając się na kreacjach aktorskich, mogę powiedzieć, że Bartłomiej Topa (odtwórca roli ojca Janka) przyćmił chyba wszystkich. Dał niezły pokaz swoich umiejętności. Nawet Magdalena Walach (tutaj jako matka) zagrała dość ciekawie, chociaż niezbyt za nią przepadam. I w końcu Maciej Musiał, który zmierzyć się... musiał (sic!) z główną rolą. Dzięki temu odciął się trochę od postaci bananowego Tomka Boskiego z popularnego serialu "rodzinka.pl", i trzeba przyznać, że nawet dobrze mu poszło.

Co mnie nieusatysfakcjonowało? Oglądając film, zastanawiałam się, ile jeszcze będzie trwać, skoro tyle już minęło, a nadal nie było mowy o tytułowym biegunie. No i gdzie nakręcą te sceny - w Tatrach? Okazało się jednak, że scen biegunowych nie nakręcano ani w Tatrach, ani w Alpach ani w innych górach. Wstawiono po prostu fragmenty oryginalne z wyprawy Jaśka. Czy pozostawiło to niedosyt? No może w pewnym sensie, ale za to dodało filmowi realizmu.

Przypomina się film poświęcony historii Agaty Mróz-Olszewskiej, "Nad życie". I porównując oba te obrazy, muszę przyznać, że "Mój biegun" robi lepsze wrażenie. Nie wiem, czy to sprawka aktorów, scenariusza, montażu, muzyki czy czego tam jeszcze (bo przecież obie te historie wzruszają i zapadają w pamięć), ale film o Jaśku zdaje się jakby bardziej autentyczny.

Powracając klamrą do wstępu - szmira to to nie jest. I choć do arcydzieła trochę temu obrazowi brakuje, to na pewno warto go obejrzeć. Ot, choćby aby poznać całą historię tego niezwykłego chłopaka.

Reaktywacja :)

Oj, długo mnie tu nie było... Ale wracam! Wracam i na pewno nie są to słowa rzucane na wiatr, bo teraz będę bardziej dbać o bloga i o Was, moi Czytelnicy. Jeszcze dzisiaj pojawi się recenzja filmu, ale nie zdradzę jakiego. Mam trochę do nadrobienia, przede wszystkim właśnie w kwestii filmowej ;). Ale i czytelniczo zapewne niedługo też się na blogu pojawi. Trzymajcie za mnie kciuki i życzcie mi, abym nie dała się kryzysowi i lenistwu, które to odciągają mnie od regularnego prowadzenia tego bloga.

A tymczasem... Ostatnio w Empiku natrafiłyśmy na promocję kalendarzy po złotówce! PO ZŁOTÓWCE. No mówię Wam, okazja jak się patrzy. Tym sposobem do naszego domku trafiły trzy ścienne, które widać na poniższym zdjęciu, i trzy książkowe. Zachęcam Was do wybrania się do salonu Empik - mamy dopiero kwiecień, a kalendarz za symboliczną złotówkę to nie lada okazja :).


poniedziałek, 17 lutego 2014

Z okazji Dnia Kota...


... myślę, że ta moja przeróbka wiele wyjaśnia ;). Choć można powiedzieć, że praktycznie koty rządzą każdego dnia, nie tylko z okazji swojego święta.

Pozdrówcie swoje kocie pociechy!

poniedziałek, 27 stycznia 2014

LITERATURA: "Kobieta ze znamieniem", Håkan Nesser

 







"Kobieta ze znamieniem" trzyma w napięciu i przyspiesza bicie serca, a ja po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że byłabym dobrym detektywem.







 
To mój drugi w całości przeczytany kryminał! Juhuu! W całej mojej czytelniczej karierze przymierzałam się do wielu, z mniejszym lub większym skutkiem. Pierwszą przeczytaną przeze mnie książką z tego gatunku był "Pies Baskerville'ów" - szkolna lektura, z którą, o dziwo, dałam radę zapoznać się w całości. Oczywiście mam też za sobą "Jak upolować faceta. Po pierwsze dla pieniędzy", ale czy tę akurat książkę można obwołać mianem czystego kryminału?

"Kobieta ze znamieniem" to czwarta powieść z cyklu o komisarzu Van Veeterenie, ale bez problemu można czytać ją, nie znając poprzednich (przynajmniej ja tak zrobiłam). Tym razem grupa śledczych ma do rozwikłania zagadkę następujących po sobie zabójstw. Giną mężczyźni w średnim wieku, których na pozór nic nie łączy. Ale czy aby na pewno...

Ha! Już mogę powiedzieć, że stałam się fanką kryminałów. Ten gatunek literacki niesamowicie oddziałuje na emocje, a przy okazji także bada, że tak to nazwę, zdolności śledcze naszego mózgu. Podczas czytania tejże książki łączyłam ze sobą fakty, odgadując motywy zbrodni i próbując przewidzieć zakończenie całej sprawy. Autor odsłania przed nami kolejne karty, przy okazji mieszając trochę w tej intrygującej historii. "Kobietę ze znamieniem" czyta się niesamowicie szybko, jednak nie jestem pewna, czy to efekt dość dużej czcionki, czy też umiejętnie prowadzonej przez Håkana Nessera narracji. Miejmy nadzieję, że chodzi o to drugie ;). Im bliżej zaś końca powieści, tym szybciej bije serce, tym intensywniej pracuje umysł, tym większa staje się ciekawość - jak to się skończy? Za wiele zdradzać nie mogę, dlatego najlepiej będzie, jeśli sami się o tym przekonacie.

Sam komisarz Van Veeteren przypominał mi trochę Sherlocka Holmesa. Tego drugiego nie polubiłam specjalnie, wydawał mi się zbytnio zapatrzony w siebie, wszystko wiedział, a tak naprawdę niewiele robił. Podobnie z bohaterem wykreowanym przez Nessera - choć ten zyskał trochę mojej sympatii, ale i raz czy dwa zamiast całkowicie poświęcić się śledztwu, udawał się do sauny, rozdając zadania swoim współpracownikom. Co nie znaczy, że nie zajmował się nim bezpośrednio - bo zajmował, a jakże.

Zima w pełni, mróz na dworze, iście skandynawska pogoda. No, to zawitajcie do owej Skandynawii i sprawdźcie, czy potrafilibyście rozwikłać zagadkę kobiety ze znamieniem...

Za egzemplarz do recenzji dziękuję

wtorek, 21 stycznia 2014

STOS 1/2014

Przyszła zima. I to już tak naprawdę. Śniegu pełno, zaspy trudne do przejścia, mróz, sople i lodówa. A ja to wszystko podziwiam sobie przez okno, bo nie mogę korzystać z tak idealnej pogody na ferie. No niestety, wpadłam z deszczu pod rynnę i jak tylko już prawie wyzdrowiałam z zapalenia oskrzeli (które trzymało mnie od 28 grudnia; tak, pamiętam tę datę) - został tylko kaszel - na następny dzień już byłam chora na... ospę wietrzną. Tak więc siedzę sobie, plany na ferie jak na razie poszły w odstawkę i mam nadzieję na szybkie wyzdrowienie.


A dla towarzystwa mam koty, Twittera no i książki, nie tylko te zaprezentowane na powyższym zdjęciu. No, ale już skoro jakieś prezentuję, to może je dokładniej przedstawię... "Bądź swoją siłą" (prezent gwiazdkowy od Mamy) to książka, którą przedstawiałam w chyba najkrótszym wpisie w historii tego bloga, ale jej recenzja pojawi się dopiero w 2015 roku ;). Kolejno drugi i trzeci tom serii "Pretty Little Liars" (z biblioteki). Wciągnęłam się w serial, mówię Wam, ale się wciągnęłam...! "Królestwo łabędzi" (z biblioteki) ma piękną szatę graficzną, a także... dość dużą czcionkę, z tego, co przeglądałam ;). "Bella i Sebastian" (prezent gwiazdkowy mojej Siostry) to książka, co do której mam przypuszczenia, że pod koniec się poryczę, ale oby się jednak nie sprawdziły. "Był sobie książę" (prezent mikołajkowo-wigilijkowy od koleżanki z klasy) podobno jest czymś w rodzaju słodkiego romansu; oby jednak mi się spodobała. "Osobliwy dom Pani Peregrine" (pożyczone od Ciarolki) jak na razie przeglądałam i wydaje się niesamowita, nieco nawet przerażająca... "Sposoby na zdrowy styl życia od Mai Sablewskiej" (pożyczone od Ciarolki) już zrecenzowałam. Podobnie jak ostatnie książki w stosiku - "Kodeks Bracholi dla Rodziców" i "Shakira. Bose stopy, białe sny" (egzemplarze recenzenckie od Wydawnictwa SQN).

A Wy macie już ferie? Jak się przedstawiają Wasze plany? :).

poniedziałek, 13 stycznia 2014

LITERATURA: "Kodeks Bracholi dla Rodziców", Barney Stinson i Matt Kuhn

 

 

 

 

 

Hej, Brachu! Czy w najbliższym czasie zostaniesz rodzicem? Czy też szukasz właśnie zabawnej, pełnej zamierzonych, sprośnych żarcików i zaje... o, przepraszam, hmm, mega książki? Gratulacje, Brachu. Właśnie czytasz jej recenzję.








Nie oglądam serialu "Jak poznałem waszą matkę". Nie spodziewam się także dziecka. Wreszcie, do pewnej soboty nie wiedziałam nawet, że Barney Stinson to postać wymyślona - a dokładniej, że jest on bohaterem wyżej wymienionego serialu. Co w takim razie sprawiło, że w ogóle chciałam sięgnąć po tę książkę? No cóż, sięgnąć, to i sięgnęłam któregoś dnia w Empiku, przekartkowałam ją, wcześniej widziałam coś związanego z nią na pewnym portalu społecznościowym i... tak to się zaczęło. A potem, ku mojej wielkiej uciesze, "Kodeks Bracholi dla Rodziców" przywędrował do mnie od Wydawnictwa wraz z biografią Shakiry (moja recenzja)...

Wiadomość o tym, iż niejaki Barney Stinson jest postacią fikcyjną, zmieniła moje podejście do tej książki i zaczęłam odbierać ją z większym dystansem i przymrużeniem oka. Bo "Kodeks Bracholi dla Rodziców" istotnie jest książką, którą wręcz należy odbierać z dystansem i przymrużeniem oka. A nawet oczu. Dobra, możecie jedno zamknąć.

Bywało, że w trakcie lektury westchnęłam sobie z irytacją, zacisnęłam usta jako wyraz dezaprobaty, bodajże też przewróciłam oczami (o tak, lubię to robić). A wszystko to z powodu tego nieco sprośnego humoru i nieco sprośnej treści "Kodeksu...". Serio.

Ale wiecie co? Chwilami było naprawdę zabawnie. I właśnie dlatego do lektury tej książki potrzeba owego przymrużenia oka, nabrania dystansu do niej samej i jej autora (którym nie jest jednak Barney Stinson) oraz bardzo dużej cierpliwości z cyklu "To chwilami irytujące, ale naprawdę mnie bawi, dziwne". Dzięki temu poradnikowi między innymi dowiecie się, jak w niebanalny sposób ogłosić narodziny dziecka, odkryjecie, co oznacza zawartość pieluszki brzdąca i poznacie zupełnie nowe, zupełnie śmieszne i zupełnie bezsensowne kołysanki do śpiewania owemu brzdącowi.

Jednego tylko nie jestem pewna. W oświadczeniu przed spisem treści znajduje się zapis mówiący coś o sekcji poświęconej dziecięcemu sztucznemu oddychaniu. Cóż. Sekcji tej tu nie ma. Szukałam, kartkowałam, nawet dopatrywałam się tego w dziale "Rozwiązywanie problemów i często zadawane pytania", w odpowiedzi na "Co mam zrobić, jeśli dziecko wygląda na chore?", jednak nic takiego nie znalazłam.

Czy to był w takim razie żart Barneya Stinsona?

Moja ocena: 7/10.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję
Wydawnictwu SQN.

środa, 8 stycznia 2014

FILM: "Czarny łabędź"

 



Wspaniały film. Portret psychologiczny osoby dążącej do perfekcji z brawurową rolą Natalie Portman w rytmie niezapomnianej muzyki "Jeziora łabędziego".




Zabierałam się do obejrzenia tego filmu bardzo długo. A to przecież jeden z najbardziej intrygujących obrazów ostatnich lat, aspirujący do miana arcydzieła, dla wielu już tym mianem obdarzony. Film, za rolę w którym Natalie Portman została nagrodzona Oscarem. Moim zdaniem, w pełni zasłużenie.

"Czarny łabędź" to film, w którym fantazja miesza się z rzeczywistością, prawda z ułudą. W pewnym momencie widz już nie wie, czy to, co dzieje się w filmie, jest realne, czy ma po prostu do czynienia z chorą wyobraźnią głównej bohaterki. Zaraz, a może to wcale nie jest nawet ona? Może to jej alter ego...

Trudno zebrać myśli i przelać je do recenzji po obejrzeniu filmu, o którym właściwie... nie za bardzo wiadomo, co myśleć. Bo z jednej strony to genialne przedstawienie studium psychologicznego osoby, która za wszelką cenę dąży do perfekcji, sławy, która chce utrzymać swoją pozycję, nie stracić upragnionej roli. Wyścig szczurów, jaki w obecnych czasach ma miejsce niemalże wszędzie, znalazł w tym filmie swoje odzwierciedlenie w zachowaniu Niny i Lily. Z drugiej - plątanina uczuć, emocji, zachowań z udziałem głównej bohaterki. Niełatwo czasem połapać się, o co chodzi i dlaczego tak, a nie inaczej. Być może każda scena ma w tym filmie swoje znaczenie - a raczej na pewno, dla mnie jednak nie wszystko zostało wyjaśnione. Może to i dobrze - pewnie obejrzę ten film jeszcze kiedyś, wtedy zrozumiem więcej. Na razie w odkryciu niektórych sekretów pomogła mi książka, z którą płyta została kupiona.


Ten film przypomniał mi, jak bardzo chciałam swego czasu tańczyć w balecie. Uświadomił jednak również tę ciemniejszą jego stronę: poświęcenie, wyścig szczurów, wyrzeczenia. Być może rola Czarnego Łabędzia jest metaforą roli, jaką część z nas odgrywa na co dzień. I jak wiele lęków nam towarzyszy. Niełatwo się jednak ich pozbyć... Towarzyszą nam nierzadko osoby, które są przy nas tylko po to, by któregoś dnia przysłowiowo "wbić nam nóż w plecy", czyli wygryźć nas, czegoś pozbawić...

W "Czarnym łabędziu" była jedna scena, którą przewinęłam: ta erotyczna między Niną a Lily. Chociaż, czy aby na pewno między nimi? Na wierzch znów wychodzą lęki, zwidy, skryte pragnienia, obsesyjne myśli głównej bohaterki. Muszę jeszcze raz wspomnieć o Natalie Portman, bo określenie "brawurowa rola" chyba nie wystarczy. Artystka zagrała świetnie, niesamowicie realistycznie przedstawiając niestabilną psychicznie Ninę, warto też wspomnieć, że sama odgrywała sceny taneczne (choć natknęłam się kiedyś na informację, jakoby była dublowana; zdaje się jednak, że jest ona nieprawdziwa). Mila Kunis również ciekawie przedstawiła swoją postać: widziałam ją w filmie "Księga Ocalenia", w którym zagrała z Danzelem Washingtonem (i którego ja jak zwykle nie oglądałam od początku). Mam ochotę zobaczyć kilka innych produkcji z jej udziałem.

To jeden z takich filmów, którego nie zapomnicie po obejrzeniu. Będzie Was nurtowało, dlaczego wszystko w nim działo się tak, a nie inaczej, i dlaczego skończył się tak, a nie inaczej. Inna sprawa - jak się konkretnie skończył? Tu również reżyser pozostawia pole do popisu naszej wyobraźni, bo zakończenie w zasadzie nie jest zamknięte, ostatecznie określone. Z jednej strony fajnie jest pośród dość sporej liczby przeciętnych, służących wyłącznie ku naszej rozrywce, produkcji znaleźć taką, która nas zaintryguje i nie pozwoli po prostu o sobie zapomnieć. Z drugiej - ciągłe powracanie myślami do takiej produkcji bywa nieco irytujące. Ale czyż nie takie filmy najbardziej lubimy?