poniedziałek, 27 stycznia 2014

LITERATURA: "Kobieta ze znamieniem", Håkan Nesser

 







"Kobieta ze znamieniem" trzyma w napięciu i przyspiesza bicie serca, a ja po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że byłabym dobrym detektywem.







 
To mój drugi w całości przeczytany kryminał! Juhuu! W całej mojej czytelniczej karierze przymierzałam się do wielu, z mniejszym lub większym skutkiem. Pierwszą przeczytaną przeze mnie książką z tego gatunku był "Pies Baskerville'ów" - szkolna lektura, z którą, o dziwo, dałam radę zapoznać się w całości. Oczywiście mam też za sobą "Jak upolować faceta. Po pierwsze dla pieniędzy", ale czy tę akurat książkę można obwołać mianem czystego kryminału?

"Kobieta ze znamieniem" to czwarta powieść z cyklu o komisarzu Van Veeterenie, ale bez problemu można czytać ją, nie znając poprzednich (przynajmniej ja tak zrobiłam). Tym razem grupa śledczych ma do rozwikłania zagadkę następujących po sobie zabójstw. Giną mężczyźni w średnim wieku, których na pozór nic nie łączy. Ale czy aby na pewno...

Ha! Już mogę powiedzieć, że stałam się fanką kryminałów. Ten gatunek literacki niesamowicie oddziałuje na emocje, a przy okazji także bada, że tak to nazwę, zdolności śledcze naszego mózgu. Podczas czytania tejże książki łączyłam ze sobą fakty, odgadując motywy zbrodni i próbując przewidzieć zakończenie całej sprawy. Autor odsłania przed nami kolejne karty, przy okazji mieszając trochę w tej intrygującej historii. "Kobietę ze znamieniem" czyta się niesamowicie szybko, jednak nie jestem pewna, czy to efekt dość dużej czcionki, czy też umiejętnie prowadzonej przez Håkana Nessera narracji. Miejmy nadzieję, że chodzi o to drugie ;). Im bliżej zaś końca powieści, tym szybciej bije serce, tym intensywniej pracuje umysł, tym większa staje się ciekawość - jak to się skończy? Za wiele zdradzać nie mogę, dlatego najlepiej będzie, jeśli sami się o tym przekonacie.

Sam komisarz Van Veeteren przypominał mi trochę Sherlocka Holmesa. Tego drugiego nie polubiłam specjalnie, wydawał mi się zbytnio zapatrzony w siebie, wszystko wiedział, a tak naprawdę niewiele robił. Podobnie z bohaterem wykreowanym przez Nessera - choć ten zyskał trochę mojej sympatii, ale i raz czy dwa zamiast całkowicie poświęcić się śledztwu, udawał się do sauny, rozdając zadania swoim współpracownikom. Co nie znaczy, że nie zajmował się nim bezpośrednio - bo zajmował, a jakże.

Zima w pełni, mróz na dworze, iście skandynawska pogoda. No, to zawitajcie do owej Skandynawii i sprawdźcie, czy potrafilibyście rozwikłać zagadkę kobiety ze znamieniem...

Za egzemplarz do recenzji dziękuję

wtorek, 21 stycznia 2014

STOS 1/2014

Przyszła zima. I to już tak naprawdę. Śniegu pełno, zaspy trudne do przejścia, mróz, sople i lodówa. A ja to wszystko podziwiam sobie przez okno, bo nie mogę korzystać z tak idealnej pogody na ferie. No niestety, wpadłam z deszczu pod rynnę i jak tylko już prawie wyzdrowiałam z zapalenia oskrzeli (które trzymało mnie od 28 grudnia; tak, pamiętam tę datę) - został tylko kaszel - na następny dzień już byłam chora na... ospę wietrzną. Tak więc siedzę sobie, plany na ferie jak na razie poszły w odstawkę i mam nadzieję na szybkie wyzdrowienie.


A dla towarzystwa mam koty, Twittera no i książki, nie tylko te zaprezentowane na powyższym zdjęciu. No, ale już skoro jakieś prezentuję, to może je dokładniej przedstawię... "Bądź swoją siłą" (prezent gwiazdkowy od Mamy) to książka, którą przedstawiałam w chyba najkrótszym wpisie w historii tego bloga, ale jej recenzja pojawi się dopiero w 2015 roku ;). Kolejno drugi i trzeci tom serii "Pretty Little Liars" (z biblioteki). Wciągnęłam się w serial, mówię Wam, ale się wciągnęłam...! "Królestwo łabędzi" (z biblioteki) ma piękną szatę graficzną, a także... dość dużą czcionkę, z tego, co przeglądałam ;). "Bella i Sebastian" (prezent gwiazdkowy mojej Siostry) to książka, co do której mam przypuszczenia, że pod koniec się poryczę, ale oby się jednak nie sprawdziły. "Był sobie książę" (prezent mikołajkowo-wigilijkowy od koleżanki z klasy) podobno jest czymś w rodzaju słodkiego romansu; oby jednak mi się spodobała. "Osobliwy dom Pani Peregrine" (pożyczone od Ciarolki) jak na razie przeglądałam i wydaje się niesamowita, nieco nawet przerażająca... "Sposoby na zdrowy styl życia od Mai Sablewskiej" (pożyczone od Ciarolki) już zrecenzowałam. Podobnie jak ostatnie książki w stosiku - "Kodeks Bracholi dla Rodziców" i "Shakira. Bose stopy, białe sny" (egzemplarze recenzenckie od Wydawnictwa SQN).

A Wy macie już ferie? Jak się przedstawiają Wasze plany? :).

poniedziałek, 13 stycznia 2014

LITERATURA: "Kodeks Bracholi dla Rodziców", Barney Stinson i Matt Kuhn

 

 

 

 

 

Hej, Brachu! Czy w najbliższym czasie zostaniesz rodzicem? Czy też szukasz właśnie zabawnej, pełnej zamierzonych, sprośnych żarcików i zaje... o, przepraszam, hmm, mega książki? Gratulacje, Brachu. Właśnie czytasz jej recenzję.








Nie oglądam serialu "Jak poznałem waszą matkę". Nie spodziewam się także dziecka. Wreszcie, do pewnej soboty nie wiedziałam nawet, że Barney Stinson to postać wymyślona - a dokładniej, że jest on bohaterem wyżej wymienionego serialu. Co w takim razie sprawiło, że w ogóle chciałam sięgnąć po tę książkę? No cóż, sięgnąć, to i sięgnęłam któregoś dnia w Empiku, przekartkowałam ją, wcześniej widziałam coś związanego z nią na pewnym portalu społecznościowym i... tak to się zaczęło. A potem, ku mojej wielkiej uciesze, "Kodeks Bracholi dla Rodziców" przywędrował do mnie od Wydawnictwa wraz z biografią Shakiry (moja recenzja)...

Wiadomość o tym, iż niejaki Barney Stinson jest postacią fikcyjną, zmieniła moje podejście do tej książki i zaczęłam odbierać ją z większym dystansem i przymrużeniem oka. Bo "Kodeks Bracholi dla Rodziców" istotnie jest książką, którą wręcz należy odbierać z dystansem i przymrużeniem oka. A nawet oczu. Dobra, możecie jedno zamknąć.

Bywało, że w trakcie lektury westchnęłam sobie z irytacją, zacisnęłam usta jako wyraz dezaprobaty, bodajże też przewróciłam oczami (o tak, lubię to robić). A wszystko to z powodu tego nieco sprośnego humoru i nieco sprośnej treści "Kodeksu...". Serio.

Ale wiecie co? Chwilami było naprawdę zabawnie. I właśnie dlatego do lektury tej książki potrzeba owego przymrużenia oka, nabrania dystansu do niej samej i jej autora (którym nie jest jednak Barney Stinson) oraz bardzo dużej cierpliwości z cyklu "To chwilami irytujące, ale naprawdę mnie bawi, dziwne". Dzięki temu poradnikowi między innymi dowiecie się, jak w niebanalny sposób ogłosić narodziny dziecka, odkryjecie, co oznacza zawartość pieluszki brzdąca i poznacie zupełnie nowe, zupełnie śmieszne i zupełnie bezsensowne kołysanki do śpiewania owemu brzdącowi.

Jednego tylko nie jestem pewna. W oświadczeniu przed spisem treści znajduje się zapis mówiący coś o sekcji poświęconej dziecięcemu sztucznemu oddychaniu. Cóż. Sekcji tej tu nie ma. Szukałam, kartkowałam, nawet dopatrywałam się tego w dziale "Rozwiązywanie problemów i często zadawane pytania", w odpowiedzi na "Co mam zrobić, jeśli dziecko wygląda na chore?", jednak nic takiego nie znalazłam.

Czy to był w takim razie żart Barneya Stinsona?

Moja ocena: 7/10.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję
Wydawnictwu SQN.

środa, 8 stycznia 2014

FILM: "Czarny łabędź"

 



Wspaniały film. Portret psychologiczny osoby dążącej do perfekcji z brawurową rolą Natalie Portman w rytmie niezapomnianej muzyki "Jeziora łabędziego".




Zabierałam się do obejrzenia tego filmu bardzo długo. A to przecież jeden z najbardziej intrygujących obrazów ostatnich lat, aspirujący do miana arcydzieła, dla wielu już tym mianem obdarzony. Film, za rolę w którym Natalie Portman została nagrodzona Oscarem. Moim zdaniem, w pełni zasłużenie.

"Czarny łabędź" to film, w którym fantazja miesza się z rzeczywistością, prawda z ułudą. W pewnym momencie widz już nie wie, czy to, co dzieje się w filmie, jest realne, czy ma po prostu do czynienia z chorą wyobraźnią głównej bohaterki. Zaraz, a może to wcale nie jest nawet ona? Może to jej alter ego...

Trudno zebrać myśli i przelać je do recenzji po obejrzeniu filmu, o którym właściwie... nie za bardzo wiadomo, co myśleć. Bo z jednej strony to genialne przedstawienie studium psychologicznego osoby, która za wszelką cenę dąży do perfekcji, sławy, która chce utrzymać swoją pozycję, nie stracić upragnionej roli. Wyścig szczurów, jaki w obecnych czasach ma miejsce niemalże wszędzie, znalazł w tym filmie swoje odzwierciedlenie w zachowaniu Niny i Lily. Z drugiej - plątanina uczuć, emocji, zachowań z udziałem głównej bohaterki. Niełatwo czasem połapać się, o co chodzi i dlaczego tak, a nie inaczej. Być może każda scena ma w tym filmie swoje znaczenie - a raczej na pewno, dla mnie jednak nie wszystko zostało wyjaśnione. Może to i dobrze - pewnie obejrzę ten film jeszcze kiedyś, wtedy zrozumiem więcej. Na razie w odkryciu niektórych sekretów pomogła mi książka, z którą płyta została kupiona.


Ten film przypomniał mi, jak bardzo chciałam swego czasu tańczyć w balecie. Uświadomił jednak również tę ciemniejszą jego stronę: poświęcenie, wyścig szczurów, wyrzeczenia. Być może rola Czarnego Łabędzia jest metaforą roli, jaką część z nas odgrywa na co dzień. I jak wiele lęków nam towarzyszy. Niełatwo się jednak ich pozbyć... Towarzyszą nam nierzadko osoby, które są przy nas tylko po to, by któregoś dnia przysłowiowo "wbić nam nóż w plecy", czyli wygryźć nas, czegoś pozbawić...

W "Czarnym łabędziu" była jedna scena, którą przewinęłam: ta erotyczna między Niną a Lily. Chociaż, czy aby na pewno między nimi? Na wierzch znów wychodzą lęki, zwidy, skryte pragnienia, obsesyjne myśli głównej bohaterki. Muszę jeszcze raz wspomnieć o Natalie Portman, bo określenie "brawurowa rola" chyba nie wystarczy. Artystka zagrała świetnie, niesamowicie realistycznie przedstawiając niestabilną psychicznie Ninę, warto też wspomnieć, że sama odgrywała sceny taneczne (choć natknęłam się kiedyś na informację, jakoby była dublowana; zdaje się jednak, że jest ona nieprawdziwa). Mila Kunis również ciekawie przedstawiła swoją postać: widziałam ją w filmie "Księga Ocalenia", w którym zagrała z Danzelem Washingtonem (i którego ja jak zwykle nie oglądałam od początku). Mam ochotę zobaczyć kilka innych produkcji z jej udziałem.

To jeden z takich filmów, którego nie zapomnicie po obejrzeniu. Będzie Was nurtowało, dlaczego wszystko w nim działo się tak, a nie inaczej, i dlaczego skończył się tak, a nie inaczej. Inna sprawa - jak się konkretnie skończył? Tu również reżyser pozostawia pole do popisu naszej wyobraźni, bo zakończenie w zasadzie nie jest zamknięte, ostatecznie określone. Z jednej strony fajnie jest pośród dość sporej liczby przeciętnych, służących wyłącznie ku naszej rozrywce, produkcji znaleźć taką, która nas zaintryguje i nie pozwoli po prostu o sobie zapomnieć. Z drugiej - ciągłe powracanie myślami do takiej produkcji bywa nieco irytujące. Ale czyż nie takie filmy najbardziej lubimy?