poniedziałek, 28 lipca 2014

jak zrobić dobre selfie?

W erze Internetu wszyscy chcemy pokazać się od tej swojej najlepszej strony. Nie ukrywam, że ja też ;). Publikujemy na portalach społecznościowych zdjęcia dokumentujące nasze życie: począwszy od tego, co mamy na talerzu, przez to, co widać za oknem, po fotki samych siebie. No właśnie, na tym się zatrzymamy. Oto kilka rad, by nasze selfie było udane!

1. Stań twarzą do światła, a nie na odwrót. Gdy zwrócisz się w stronę światła (najlepiej naturalnego), wszelkie niedoskonałości znikną, a buzia będzie pięknie rozświetlona.

2. Dobrze wykadruj zdjęcie. Staraj się, by twoja twarz zapełniła kadr, a nie była w którymś z jego rogów - robisz zdjęcie samej sobie, a nie ścianie za tobą. Zawsze jeszcze możesz przyciąć potem zdjęcie, jeśli nie uda Ci się odpowiednio wykadrować go wcześniej.

3. Na zdjęciu zrobionym "z góry" twój nos może być optycznie powiększony. Lepiej zatem ustawić aparat lekko od dołu lub bokiem do twarzy.

piątek, 25 lipca 2014

Casting Sunkiss - żel rozjaśniający do włosów



Cześć wszystkim!

Chciałabym opowiedzieć Wam dzisiaj o żelu rozjaśniającym Casting Sunkiss marki L'ORÉAL PARIS. Dostępny jest on w trzech wersjach odpowiednich dla danego koloru włosów: sama mam 02, czyli ten przeznaczony dla odcieni średniego blondu (chociaż miałam nieco ciemniejsze, ale bałam się, że nie będzie widać żadnej zmiany). Jeśli nie chcesz niszczyć włosów farbą, ale chciałabyś je delikatnie rozjaśnić lub zrobić sobie pasemka - ten produkt jest dla Ciebie!

Jakie są zalety żelu Casting Sunkiss? Nie niszczy on włosów, rozjaśnienie jest stopniowe, więc można samemu zdecydować, jaki odcień chce się uzyskać, ma bardzo przyjemny zapach (nie ma nic gorszego niż kosmetyk, który brzydko pachnie) i fajny design. Efekt pogłębia się z każdą aplikacją. U mnie bardzo dobrze widoczny jest w świetle - niektóre pasma moich włosów są już rozjaśnione do koloru blond! Juhuu! Jedyny minus to cena, ale ponieważ jest to nowość, myślę, że z czasem ten żel stanieje.

I jak? Dacie się przekonać? :) Do następnego wpisu, buziaki!

piątek, 11 lipca 2014

LITERATURA: "Przyszłość świetlana szkolnego tumana", Heidemarie Brosche

 

 

 

 

 

Podtytuł tej książki głosu, iż jest ona poradnikiem dla zatroskanych rodziców; ale tak naprawdę powinni ją w szczególności przeczytać uczniowie i nauczyciele. Zwłaszcza tym ostatnim przydałaby się, o ironio, mała lekcja. (Tak, i piszę to jako uczennica jednego z najlepszych liceów w moim mieście, cóż...).







Ta książka powinna się znaleźć w biblioteczce w każdym domu. No, chyba że już jest, bo ukazała się trzy lata temu nakładem tego samego wydawnictwa, lecz pod innym tytułem - "Nie jest źle być słabym uczniem". I faktycznie nie jest źle. Po lekturze tego poradnika mogę nawet przyznać - lepiej jest być tym gorszym uczniem, niż... tym lepszym. Bo:
  • przyswajasz wiedzę tylko na tematy, które cię interesują; ale ta wiedza zostanie z tobą na zawsze, właśnie dlatego, że dotyczy czegoś, co lubisz;
  • nie stresujesz się, że nie zdołałeś opanować materiału ze wszystkich przedmiotów;
  • w oczach innych nie będziesz kujonem, który jedyne co robi, to zakuwa dniami i nocami;
  • nie zaśmiecasz sobie mózgu niepotrzebnymi informacjami. Jak to powiedział Einstein: "Nie obciążam pamięci faktami, które mogę znaleźć w encyklopedii".

Mogłabym dorzucić jeszcze kilka takich zalet, ale po przeczytaniu poradnika sami się o nich przekonacie. Naprawdę! To zmieni Wasz punkt widzenia i będziecie w stanie zaakceptować, a nawet docenić słabości. Sama ostatnio borykałam się z motywacją i ogólnymi zniechęceniem do nauki. Nic nie pomagało, ani prośby, ani groźby. Dopiero pod koniec roku wzięłam się za siebie, by poprawić oceny. I poprawiłam! Moja średnia 4,0 była drugą z kolei średnią w klasie i odebrałam nawet nagrodę - książkę (a cóż by innego ;)). Dzięki tej książce uświadomiłam sobie jednak, że wcale nie muszę być najlepsza z każdego przedmiotu, ważne, bym skupiła się na tych, które przydadzą mi się w przyszłości.

Fakt, że książkę pisała nauczycielka stanowi zaletę. Nie każdy nauczyciel przyznałby się do błędu, co autorka wielokrotnie czyni. Dodatkowo, dzięki temu informacje o systemie szkolnictwa otrzymujemy z pierwszej ręki.

Szczerze polecam Wam tę książkę. Mam nadzieję, że spodoba się Wam tak, jak i mnie!

Za egzemplarz do recenzji dziękuję

wtorek, 1 lipca 2014

LITERATURA: "Rywalki", Kiera Cass

 

 

 

 

 

Zakochałam się w okładce tej powieści od pierwszego wejrzenia. Jest taka delikatna, romantyczna, wspaniale wpasowuje się w treść. Mówią, żeby nie oceniać książki po okładce. Ale tylko spójrzcie! Gdybym mogła przyznałabym tej książce Oscara w kategorii "najpiękniejsza okładka 2014". Lecz czy treść także zasłużyła na nagrodę?

 

 

 

 

 


Oto zbliżają się Eliminacje - czas, gdy trzydzieści pięć dziewcząt z całego kraju będzie walczyć o koronę. America jest jedną z nich. Początkowo nie ma jednak wcale zamiaru zgłaszać się do konkursu. Wyjść za mąż za tego nudnego, sztywnego księcia? Zostać w przyszłości królową? Być obserwowaną przez cały kraj? Na pewno nie, to nie w stylu dziewczyny, która przez całe życie była Piątką (a więc dość nisko w hierarchii klasowej) i zarabiała na życie poprzez muzykę. A jednak Ami wysyła swoje zgłoszenie... Jak potoczy się dalej jej życie? Czy odnajdzie się w pałacu? I, co najważniejsze, czy zmieni swoje zdanie co do księcia?

Na początku "Rywalki" przypominały mi trochę "Igrzyska śmierci". Fabuły niby się różnią, ale ogólnie można odnaleźć kilka podobieństw. Akcja rozgrywa się w przyszłości, na miejscu Ameryki powstało nowe państwo, kasty tutaj są jak dystrykty, z wylosowanych kandydatek pozostanie tylko jedna... Krew też się trochę leje, bo rebelianci atakują pałac, aczkolwiek przemoc nie jest tak dosadnie ukazana, jak w powieści Suzanne Collins. "Rywalki" nie są także aż tak emocjonujące. Przyznaję, że przez większą część książki nieco się nudziłam. Nie tego się po niej spodziewałam. Myślałam, że zafunduje mi więcej wrażeń, tymczasem akcja rozkręciła się dopiero pod koniec powieści. Ale za to jak! Z niecierpliwością przesuwałam wzrok po kolejnych słowach, przewracałam kartki z wypiekami na twarzy i marzyłam, by zdjąć z półki kolejną część trylogii. Niestety, "Elity" nie ma na mojej półce... Oby to była kwestia czasu, bo nie mogę się doczekać, by sprawdzić, jak potoczy się dalej ta historia. Mam też nadzieję, że drugi tom okaże się bardziej emocjonujący.

Co do bohaterów... Polubiłam się z Americą na początku, jednak w miarę, jak akcja się rozwijała, zaczęła mnie irytować. Nie chcę nic zdradzać... ale... ale... ona grała na dwa fronty! Aż chciałoby się nagadać autorce, że postawiła swoją postać w takiej sytuacji. Chciałabym, by wszystko w książce potoczyło się po mojej myśli (cóż, kto z nas tak nie ma ;)). I jeszcze jedno... Książę Maxon to jednak nie mój typ. Nie skusiłyby mnie piękne suknie, korona i pokojówki spieszące na każde zawołanie. Wolałabym być z Aspenem... Taaak, chyba właśnie znalazłam nowego fikcyjnego 'crusha'. Kolejny chłopak, który nie istnieje, co za pech. Gdyby Ami jednak go nie chciała, to ja bardzo chętnie... Przepraszam, to nie ogłoszenie matrymonialne. W każdym razie, przeczytajcie "Rywalki" i koniecznie mi zdradźcie, w czyjej jesteście drużynie. Ja zdecydowanie -  #TeamAspen!


Za egzemplarz do recenzji dziękuję