piątek, 21 grudnia 2012

Noble Smith - Mądrości Shire

Autor: Noble Smith
Tytuł: Mądrości Shire - krótki poradnik, jak żyć długo i szczęśliwie
Wydawnictwo: Sine Qua Non 2012
Ilość stron: 232
Cena detaliczna: 32,90 zł

Polska nadal czeka na premierę głośnej ekranizacji tolkienowskiego Hobbita. Przyznam, że ja jestem tym filmem zainteresowana... choć sama nie wiem, czemu. Książkę czytałam w gimnazjum jako szkolną lekturę i wypadła jako tako (pomijając moje nastawienie do szkolnych lektur ;-)). A tu proszę, tak sobie nawet rozmyślam o kupnie biletu na seans.

W każdym razie, na fali zainteresowania kinową wersją Hobbita, na księgarskim rynku zaczęły się pojawiać pozycje traktujące o tych niezwykłych istotach (dowód: całe dwie duże strony w świątecznym katalogu Empiku, a to i tak jeszcze nie wszystko). Wiadomo, pisać każdy może... i tak dalej. Jakiś czas temu, przeglądając zapowiedzi, natknęłam się na interesująco wyglądającą książkę, po części (a może w większości) o hobbitach traktującą. To pozycja, o której właśnie piszę. Jej podtytuł brzmi: jak żyć długo i szczęśliwie. Już widzę Wasze kwaśne miny: 'Jak to - żyć długo i szczęśliwie? Takie rzeczy są tylko w bajkach!' Może i tak... a może jednak nie?

Książka traktuje o stworzonych przez Tolkiena postaciach. Każdy rozdział to coś w rodzaju opowiastki o życiu hobbitów i innych wykreowanych przez pisarza stworzeniach. Ale nie tylko. Bo tytułowe 'Mądrości Shire' to zbiór zasad, jakimi kierują się w życiu hobbici. I cech, jakimi się odznaczają. Mamy zatem dobro, uprzejmość, odwagę, moralność, spokój, współczucie, i wiele innych. Autor przeplata opowieści o tolkienowskich bohaterach ze swoimi przemyśleniami, a także historyjkami z własnego życia (związanymi z Hobbitem i Władcą Pierścieni) i z życia samego Tolkiena. Czynią one lekturę ciekawszą.

Jednak w pewnym momencie zauważyłam, że część z tych mądrości już gdzieś słyszałam. No jasne. To przecież podstawowe zasady jakimi my, ludzie, powinniśmy się w życiu kierować, wpajane nam od kołyski. Część z nich to również chrześcijańskie cechy i wartości, np. wymienione wyżej dobro, empatia, miłość. Ja nie jestem wielką fanką hobbitów ani tolkienowskiej prozy, o czym już wspomniałam na początku, dlatego trochę raziły mnie sformułowania takie jak: "Niech łaska elfów będzie z wami (...)"* czy "Niech światło Eärendila będzie przy was (...)"**. Zwłaszcza to pierwsze wydało mi się niezgodne z chrześcijańską wiarą, mimo iż rozumiem, że Tolkien opisał zupełnie inny świat i jest to czysta literacka fantazja.

Ponadto, w pewnym momencie, natłok hobbickich bohaterów i wydarzeń zaczął mnie nieco przytłaczać. Ktoś, komu proza Tolkiena nie jest na co dzień obca, pewnie z chęcią 'wtopi się' w treść książki i nie będą mu przeszkadzały wyłaniające się z każdej strony nowe imiona postaci (zresztą, dla niego i tak nie są one nowe).

Na końcu książki znajdziemy test, dzięki któremu możemy sprawdzić, czy... jesteśmy hobbitami :-) Ja, uwielbiająca wszelkiego rodzaju zabawy - a testy to już zwłaszcza - nie mogłam się oprzeć, by nie rozwiązać tego quizu, i okazało się, że jestem... hobbitopodobna. Choć niewiele brakuje mi do tego, by stać się "hobbitem pełną gębą"! ;-)

Na uwagę zasługuje z pewnością oprawa graficzna - piękna, wytłaczana, twarda okładka, a w środku dobrej jakości papier oraz ozdobna czcionka.

Podsumowując, książka dostaje pierwszą "ocenę połówkę" w historii mojego bloga. Na pewno dla miłośników Tolkiena lub tych, którzy z niecierpliwością oczekują na kinową premierę Hobbita, pozycja ta będzie naprawdę wciągającą i interesującą lekturę. Ja fanką "niziołków" nie jestem, dlatego wady, o których wspomniałam, sprawiły, że książka nie spodobała mi się jakoś specjalnie...

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non!


___
* cytat pochodzi z książki "Mądrości Shire", [aut. Noble Smith, wyd. SQN 2012, tłum. Bartosz Czartoryski], strona 144
** tamże, str. 214

poniedziałek, 15 października 2012

Virginia C. Andrews - Kwiaty na poddaszu

Autor: Virginia C. Andrews
Tytuł: Kwiaty na poddaszu
Wydawnictwo: Świat Książki 2012
Ilość stron: 384
Cena detaliczna: 34,90 zł

Czytaliście kiedykolwiek książkę, która poruszyła Wasze serca, sprawiła, że nie mogliście zasnąć po jej przeczytaniu (i nie mówię tu wcale o horrorach), że w Waszej głowie aż buzowało od nadmiaru emocji...? Że pisząc jej recenzję nie wiedzielibyście od czego zacząć, ani tym bardziej jak to rozwinąć i zakończyć...?

Oto przed Wami właśnie taka książka. Książka, która nie jest tylko lekturą do poduszki, ani tym bardziej taką, po którą sięga się z braku czegoś innego ciekawszego pod ręką. Nie jest to książka, którą po przeczytaniu wstawi się z powrotem na półkę, ani taka, która jest na niej, by po prostu tę półkę ozdabiać. Bestsellerowa seria amerykańskiej autorki rozpoczyna się tak niesamowicie szokująco, że aż boję się, co będzie w kolejnych tomach...

Historia rodziny Dollangangerów nie przedstawia się różowo. Ojciec ginie w wypadku, a matka w obliczu długów i braku pieniędzy postanawia przeprowadzić się wraz z czwórką dzieci do swoich rodziców. Problem tkwi w tym, że ci wydziedziczyli ją po tym, jak wyszła za mąż za swojego niewiele starszego wuja. Dzieci uznawane za diabelskie potomstwo muszą ukrywać się na poddaszu, póki ich matka nie odzyska łask swojego ojca. Dni spędzane na strychu zdają przeciągać się w nieskończoność, a każdy z nich przepełniony jest tęsknotą i niepokojem o to, co będzie dalej.

Narratorką powieści jest nastoletnia Cathy. Autorka znakomicie wykreowała tę postać. Dziewczyna mimo że nie stroniła od marzeń, jednocześnie stąpała twardo po ziemi i nie dawała się łatwo zbyć. Buntowniczka. Ją i jej rodzeństwo umieszczono na strychu, gdzie spędzali najważniejszy czas w swoim życiu: czas młodości, dorastania. Nie mogłam uwierzyć, że matka dzieci skazała je na taki los. Czytając książkę, jednocześnie zgrzytałam zębami ze złości na matkę i babkę, i zastanawiałam się, co by było, gdybym to ja została uwięziona na poddaszu. Niechybnie bym oszalała.

Trudno było mi uwierzyć w niektóre zdarzenia, jakie miały miejsce w tej powieści. Mnogość wstrząsających epizodów aż przytłaczała, sprawiała, że trudno było choć na chwilę oderwać się od lektury. Wciąż zaglądałam na kolejne strony, niecierpliwie wypatrując zakończenia kolejnych wątków, które, jak na ironię, zostawały jeszcze bardziej rozbudowane.

Jestem pełna podziwu dla kunsztu pisarskiego Virginii Andrews. Sposób, w jaki umiejętnie wplata ona kolejne epizody, jest wart wyróżnienia. Akcja jest prowadzona biegle, fabuła ciekawie rozbudowana, bohaterowie wyróżniają się na tle innych książkowych postaci. Zakończenie pozostawia niedosyt i każe jak najszybciej sięgnąć po kolejną część.

Nie będę niepotrzebnie przedłużać, powiem jeszcze tylko, że Kwiaty na poddaszu to prawdziwa perełka. Nie dajcie sobie odebrać przyjemności przeczytania tego arcydzieła.

Wiem, że moja recenzja wydaje się Wam bez ładu i składu, ale naprawdę nie mogę pozbierać myśli po lekturze tej książki...

czwartek, 20 września 2012

Evan Mandery - Q. Ponadczasowa historia miłosna

Autor: Evan Mandery
Tytuł: Q. Ponadczasowa historia miłosna
Wydawnictwo: Sine Qua Non 2012
Ilość stron: 364
Cena detaliczna: 34,90 zł

Historii miłosnych powstało już tak wiele, że trudno je zliczyć. Byli już Romeo i Julia, Tristan i Izolda, Orfeusz i Eurydyka... Ale, zaraz, zaraz, czemu zaczęłam wymieniać tylko pary, których los okazał się nieszczęśliwy, a wręcz tragiczny? Przecież pełno jest także opowieści z happy-endem. No tak. Tyle że bohaterowie książki pisanej piórem Evana Mandery'ego zostali wplątani w historię, która po pewnym czasie wcale nie wskazywała na miano takiej, która mogła skończyć się dla ich obojga szczęśliwie...

Dlaczego? Spieszę z wyjaśnieniami. Otóż główny bohater, pisarz, którego książki wcale nie rozchodzą się w księgarniach jak świeże bułeczki, poznaje tajemniczą i piękną Q. I zakochuje się w niej. Quentina Elizabeth Deveril, bo tak brzmi pełne imię i nazwisko młodej kobiety, odwzajemnia jego uczucia i już wkrótce para zakochanych planuje ślub. Gdy niemal wszystko już jest gotowe, któregoś dnia zjawia się starsze wcielenie głównego bohatera, które przybywa z przyszłości, by go ostrzec. Przed czym? Przed ślubem z Q. Ten bowiem będzie początkiem lawiny nieszczęść. Co zrobi bohater w obliczu takiej informacji? Co jeśli niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie, każda będzie wiązać się z pewnym bólem, poczuciem pustki i straty?

Tradycyjne love story zazwyczaj wyciska łzy z naszych oczu i sprawia, że długo mamy w pamięci całą opowieść wraz z własnymi oczekiwaniami co do zakończenia, które zwykle nie zostały spełnione. W tym przypadku łez nie było, no chyba że ze śmiechu - książka jest bowiem pełna doskonałego dobrego humoru, co chwila natykamy się na sytuację, postać czy dialog, który aż kipi od dowcipu. Powieść zostawia jednak po sobie coś, co sprawia, że faktycznie myśli się o niej nawet po przeczytaniu.

Bo wcale nie jest tak rzeczywista, jak można by to sobie wyobrażać. Tu historia toczy się rytmem Nowego Jorku, miasta, które kipi od energii, szyku i... miłości. A ta przedstawiona w Ponadczasowej... nie opiera się jedynie na rzucaniu często pustych deklaracji o 'dozgonnej i wiecznej miłości' czy na namiętności i pożądaniu. Nie, to bowiem chodzi o coś więcej. O co - tę kwestię zostawiam już Wam. Nie będę psuć Wam przyjemności z jej czytania :)

Wydaje mi się, że autor książki wykreował głównego bohatera nieco na swój własny wzór (świadczy już o tym sam fakt, że ten trudni się tą samą profesją, co jego twórca). Ale rzucił mu też sporo kłód pod nogi. Bo pisanie nie przynosi mu (czytaj: bohaterowi, nie autorowi) zarobków, studenci wychodzą z jego wykładów znudzeni i z kompletną pustką w głowie, zaś największym utrapieniem stanowią wizyty kolejnych wcieleń bohatera z przyszłości. Tak, tak! Na jednym się nie skończyło. Z pobłażliwym uśmiechem czytałam, jak mężczyzna potulnie jak baranek wykonywał kolejne polecenia swoich starszych wersji samego siebie, które wprawdzie mogły zmienić jego życie, ale czy na lepsze? W którymś momencie zdumiało mnie to, jak ulegle zachowuje się pisarz. Był to jednak wątek na tyle humorystyczne, że przymknęłam oko na tę wadę bohatera. Zakończenie natomiast nawet dla mnie było zaskoczeniem, choć domyślałam się, co może się wydarzyć.

Język autora jest niesamowity. Lekki, wręcz gawędziarski, pełen finezji, humoru i swoistego uroku. Cała historia jakby rzuca na nas pajęczynę, co sprawia, że nie możemy się z niej wyplątać. Wrażenie powieści idealnej psuje jedynie liczba literówek. Zwracam na to uwagę i choć nie jest ich może na tyle dużo, by pytać, czy książka była poddana korekcie, to jednak są.

Gdybym miała opisać tę powieść jednym zdaniem, zapewne brzmiałoby ono tak: Oto kolejna pozycja, która powinna zagościć na półce na Waszym regale!

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.


wtorek, 4 września 2012

Julie Kagawa - Żelazny Król

Autor: Julie Kagawa
Tytuł: Żelazny Król
Wydawnictwo: Amber 2011
Ilość stron: 352
Cena detaliczna: 35, 80 zł

Wszechobecne ochy i achy na temat danej książki mogą sprawić, że wzrosną nasze oczekiwania co do niej, i jeśli się nam ona nie spodoba - będziemy zawiedzeni. Pierwsza część serii Żelazny Dwór swego czasu była tak wychwalana, że nastawiłam się na powieść oryginalną, ciekawą, frapującą i wciągającą. Czy okazała się taka naprawdę - o tym za chwilę ;) Na początek przybliżę krótko fabułę...

Bohaterką jest szesnastoletnia, całkiem zwyczajna dziewczyna. Motyw powielany nieskończoną ilość razy, wałkowany na wszystkie możliwe sposoby, a wciąż figurujący w literaturze skierowanej zwłaszcza do młodzieży. Oczywiście okazuje się potem, że dziewczyna ta wcale nie jest taka zwyczajna, jak jej (i wszystkim innym) się do tej pory wydawało. Również w przypadku Meghan, bo tak brzmi imię naszej bohaterki, okazuje się, że pisane jest zupełnie co innego niż życie w świecie zwykłych ludzi...

Próżno tu szukać wampirów czy wilkołaków, które sieją teraz prawdziwy zamęt w literaturze i niektórzy mają ich już całkowicie dość (jak ja). Julie Kagawa postanowiła stworzyć świat zamieszkiwany przez... elfy. Brzmi bajkowo? Cóż, elfy wykreowane przez tę autorkę wcale nie są słodkimi i uroczymi latającymi stworzonkami sypiącymi złotym pyłkiem. W Żelaznym Królu spotkamy natomiast elfy niewiele różniące się od ludzi, a niektóre z nich są nawet... krwiożercze.

W swojej powieści autorka połączyła wątki Opowieści z Narnii, Snu nocy letniej oraz Alicji w krainie czarów. Niestety, nie spodobało mi się to. Uważam, że można bardziej się wysilić, niż tylko wysyłać bohaterkę do magicznej krainy przez szafę, a potem mianować jej swego rodzaju kompanem kota, który umie stawać się niewidzialny. Oczekiwałam nieco więcej oryginalności, a nie czegoś, co można wręcz nazwać kopiowaniem tego, co się sprzedało. No i jeszcze te błędy interpunkcyjne i literówki... Wyłapałam ich całkiem sporo, co niestety podziałało na niekorzyść całego wydania. Ale to już nie wina autorki.

Niewątpliwymi atutami powieści są: interesująca fabuła, opisy (nie za długie, interesujące, bogate w wiele określeń, które działają na naszą wyobraźnię) i bohaterowie. Co do tych ostatnich - oczywiście nie wszyscy. Większość tych, którzy przypadli mi do gustu, są płci męskiej. Pierwszy - kot Grimalkin. Ironiczny, spostrzegawczy, sarkastyczny. Bardzo mile czytało mi się fragmenty, w których występował. Drugi - Puk (zwany również Robbie'm i Robinem). Zabawny, również dość ironiczny, a przy tym opiekuńczy. I wreszcie Ash - ulubieniec chyba wszystkich czytelniczek tej serii - w tym mój, przyznaję się bez bicia xD. Wszak każda z nas marzy o odważnym rycerzu na białym koniu, nieprawdaż? ;-)

Podsumowując, książka nie oczarowała mnie na tyle, bym mogła przyznać jej maksymalną ocenę, ale była na tyle dobra, że zasłużyła na mocną ósemkę :)

Książkę pożyczyłam od Ciarolki, bardzo dziękuję! ♥

czwartek, 30 sierpnia 2012

Karol Lewandowski - Busem przez świat



Autor: Karol Lewandowski (red.: Łukasz Orbitowski)
Tytuł: Busem przez świat. Wyprawa pierwsza
Wydawnictwo: Sine Qua Non 2011
Ilość stron: 306 (+ wkładka zdjęciowa)
Cena detaliczna: 34,90zł

Lubię książki podróżnicze. Co ja mówię - bardzo lubię! Zawsze z chęcią sięgam po ten gatunek publikacji i cieszę się, że jest ich coraz więcej na naszym rynku.

Ale: książkę podróżniczą też trzeba umieć napisać. Bo: książki podróżnicze to nie przewodniki, które pękają w szwach od informacji co, gdzie, kiedy i za ile, ani krótkie sprawozdania z podróży: widziałem to i tamto, bardzo mi się podobało, a teraz jadę do... (w miejscu kropek pojawia się nazwa mniej lub bardziej oryginalnego kraju). Nie sztuka napisać relację z wyprawy. Ale napisać taką, która bawi, ciekawi, wciąga i zachwyca - to już jest sprawa cięższego kalibru.

A w tym przypadku to się udało! Historia pięciu młodych facetów, którzy wyruszyli w podróż dwudziestoletnim busem okazała się być pełna humoru, frapująca i wciągająca.A zaczyna się przecież całkiem zwyczajnie. Oto dwóch przyjaciół zamarzyło sobie pojechać busem w podróż. Gdzieś, daleko, w nieznane... Pomysł na pierwszy rzut oka wydawał się szalony i budził ogólne rozbawienie. Ale z biegiem czasu znajomi zaczęli coraz bardziej się do niego przekonywać. Zebrali ekipę, kupili busa (a ileż zachodu z tym mieli!) i... wyruszyli.


Co mnie najbardziej zaskoczyło - na szczęście pozytywnie! - to niesamowicie lekki zapis wszystkich historii, które przydarzyły się pięciu przyjaciołom podczas ich wyprawy. I mowa tu nie tylko o zabawnych sytuacjach, ale również o wszystkich tych mrożących krew w żyłach czy takich, przy których ja spanikowałabym jak nic. Ale im też nieraz wcale nie było do śmiechu. Bo albo bus 'zdechł', albo problem stanowiła bariera językowa, albo... gonił ich niedźwiedź. I byk. Przed bykiem też uciekali.

Wracając jednak do przygód pełnych humoru - chcę zaznaczyć, że wybuchy śmiechu podczas lektury są gwarantowane. I że chyba nigdy nie bawiłam się tak, czytając jakąkolwiek relację z podróży. Powiadają, że śmiech to najlepsze lekarstwo. Sądzę więc, że mogę na jakiś czas powstrzymać się od wizyt u lekarza ;)

Humor to niejedyna zaleta tej książki. Choć można je wymieniać naprawdę długo, ja skupię się na tej najważniejszej. Historia piątki poszukiwaczy przygód to również dowód na to, że spełniają się marzenia. Że mimo, iż mówią: "To się nie uda!", warto spróbować. Bo się uda. Wszystko, co potrzeba, to wiara. Nie złota rybka czy dżinn z lampy Aladyna. A jaką potem można mieć satysfakcję z tego, na przekór tym, którzy pesymistycznie kręcili nosem...

Chłopaki, dziękuję! Zainspirowaliście mnie (mnie, domatorkę!) na tyle, że może sama kiedyś ruszę swój zadek, zbiorę ekipę i pojadę w świat. Kolorowym busem, oczywiście.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu SQN.



(Klikając na zdjęcie na górze zostaniesz przeniesiony na oficjalną stronę wyprawy).

środa, 29 sierpnia 2012

Henryk Bardijewski - Wyprawa do kraju księcia Marginała


Autor: Henryk Bardijewski
Tytuł: Wyprawa do kraju księcia Marginała
Wydawnictwo: Stentor 2009

Wakacje się kończą, dla wszystkich, którzy gdzieś wyjechali to czas powrotów, a dla reszty - przygotowań: czy to do szkoły, czy do pracy, czy jeszcze do czegoś innego. Ale co byście powiedzieli, gdybym zaproponowała Wam podróż do pewnego kraju? Podróż wirtualną? Nie musicie wychodzić z domu, wystarczy, że przeczytacie recenzję, a potem być może książkę :) Zapraszam Was do kraju księcia Marginała!

Cóż to za kraj? - zapytacie. Już spieszę z wyjaśnieniami. Otóż to tajemnicze królestwo, o którym niewiele ludzi słyszało, bardzo odbiega od współczesnych wyobrażeń o królestwach i księstwach. To znaczy, oczywiście, jest tam zamek, tron, a nawet zakład fryzjerski, i wszystko to, co w królestwie być powinno, ale... Wszystko to znajduje się na marginesie. W tym kraju nie ma środka. Dziwne? No pewnie, że tak. Ale przecież nigdzie nie wspominałam, że ta podróż ma być racjonalna i normalna...

Wyprawa do kraju księcia Marginała to opowieść nieprzeciętna. Autor nie stroni od aluzji, zabawnych dialogów i ciekawych sytuacji, w które wplątuje dobrze wykreowanych bohaterów. Spośród nich najbardziej wyróżnia się hetman Puginał oraz księżna Margina. Ta ostatnia jest barwną i zdecydowanie wyróżniającą się spośród innych bohaterów postacią. Cała ta krótka opowiastka ma w sobie wiele uroku. Może jest nieco absurdalna, może zbyt groteskowa, ale wszakże to bajka! A przecież wszyscy lubimy bajki...

Nietuzinkowe osobowości, oryginalna koncepcja na fabułę i nieprzeciętne wykonanie. Dzięki tym zabiegom książka staje się wartościową pozycją, którą z pewnością chętnie ujrzałyby na półce Wasze dzieci :) A jeśli ich nie macie, to z pewnością i Wam spodoba się ta historia!

To jak? Wybieramy się do tego kraju? ;-)

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Stentor!

piątek, 24 sierpnia 2012

Stephenie Meyer, Young Kim - Zmierzch. Powieść ilustrowana, część II


Autor: Stephenie Meyer, Young Kim
Tytuł: Zmierzch. Powieść ilustrowana, część II
Wydawnictwo: Publicat 2012

Zmierzch to cykl, którego nie trzeba chyba przedstawiać. Historię miłości wampira i nastoletniej dziewczyny zna (lub słyszał o niej) chyba każdy, a jeśli nie... To ma problem, hihi ;-) Dobra, bez żartów. Wszystkich, którzy z serią autorstwa Stephenie Meyer nie mieli jeszcze do czynienia, odsyłam do niedawno pisanej opinii o pierwszej części cyklu: o, tutaj. Do tej pory przeczytałam tylko dwa tomy oraz związaną z serią historię Drugie życie Bree Tanner. A teraz, dzięki wymiance z Ciarolką, miałam okazję zapoznać się z komiksową wersją tego bestselleru, a dokładniej z jego drugą częścią.

Historia w powieści ilustrowanej rozpoczyna się w momencie, gdy Bella i Edward rozmawiają o sile woli, po czym wampir proponuje dziewczynie spotkanie z jego rodziną. Myślę, że nie ma sensu rozwodzić się nad fabułą, bo nie ta jest tu najważniejsza. Zresztą, większość dialogów została skrócona, część zdarzeń pominięta, by płynnie przejść do kolejnych (ale nie wpływa to na ogólne zrozumienie tekstu), brak tu rozległych opisów (co dla mnie stanowiło pewną przyjemną odmianę, ponieważ, jak już pisałam w recenzji Zmierzchu, zbyt duża ich ilość mnie przytłaczała). Nawet sama Bella jest tu bardziej znośna.

Ale, ale, skoro komiks, to główną rolę odgrywają w nim przecież rysunki. A te są po prostu piękne. Dopracowane, ze szczegółami. Widać, że artystka naprawdę ma talent. Ilustracje nieco przypominają mi mangę. Większość z nich jest czarno-biała, ale niektóre obfitują w żywe kolory. Naprawdę - należą się słowa uznania dla rysowniczki.

Bardzo lubię komiksy i tak się złożyło, że dość dawno już je czytałam, dlatego Zmierzch. Powieść ilustrowana był przyjemną odmianą po tylu powieściach bez obrazków. Warto czasem się zrelaksować przy tego typu książkach, zwłaszcza, kiedy pogoda na dworze sprawia, że nie ma się ochoty sięgać po coś ciężkiego czy grubego do czytania (a czasem po coś do czytania w ogóle, choć wyjątkiem mogą tu być czasopisma ;)). Komiksy nie są zbyt ambitnymi lekturami, ale można przy nich miło spędzić czas, a potem dopisać je do listy przeczytanych książek na lubimyczytac.pl czy innym czytelniczym portalu :) Ja w każdym razie nie żałuję czasu spędzonego z tą powieścią i na koniec mogę stwierdzić jedno - w takiej rysunkowej wersji Zmierzch stał się dla mnie łatwiejszy do 'przełknięcia'. I nawet mi się spodobał. W każdym razie bardziej niż wersja oryginalna.

Szkoda, że nie miałam okazji zapoznać się z pierwszą częścią komiksowej wersji Zmierzchu, ale już poluję na nią w Empiku ;-)

PS Dziś są urodziny Bambiego, który bardzo ładnie prosi o zaśpiewanie mu "Sto lat" ;-) Jak widać na załączonym obrazku - jest na tyle mądry, że nawet wie, jak się nazywa :-D

środa, 15 sierpnia 2012

Richard Paul Evans - Podarunek

Autor: Richard Paul Evans
Tytuł: Podarunek
Wydawnictwo: Sonia Draga 2009


Opis wydawnictwa:
"Natan Hurst, cierpiący na syndrom Tourette'a, pracownik działu ochrony sieci sklepów muzycznych, nienawidzi Bożego Narodzenia. Choinka i prezenty od lat przypominają jedynie o tragicznych wydarzeniach, które zniszczyły mu dzieciństwo. Kolejną zbliżającą się Gwiazdkę spędziłby zapewne samotnie, gdyby nie zamieć śnieżna, odwołany przedświąteczny lot i przypadkowe spotkanie z młodą kobietą i jej dziećmi. Podarunek to również historia niezwykłego chłopca, który zmienił życie bliskich mu osób, pomagając im zrozumieć siebie i świat. To lektura pełna ciepła, zrozumienia i nadziei."

Choć do Świąt Bożego Narodzenia zostało jeszcze dużo czasu, dziś chciałabym przedstawić Wam książkę, której akcja rozgrywa się właśnie w tym magicznym okresie. Gwiazdka jest pretekstem do tego, by wszystko sobie wybaczyć i pogodzić się z innymi. Jest też czasem, kiedy ludzie stają się sobie bliscy bardziej niż kiedykolwiek. Ale dla Natana Hursta, bohatera książki, święta oznaczają tylko przypomnienie o tragicznym zdarzeniu z czasów dzieciństwa. Mężczyzna nie może poradzić sobie z nieustającym poczuciem winy, które odbiera mu radość życia.

Nie mogę Wam zdradzić, o co dokładnie chodzi, bo zepsułabym całą radość z czytania tej książki. Zanim po nią sięgnęłam, słyszałam same dobre słowa o autorze. Każda powieść Richarda Paula Evansa gościła na liście bestsellerów "New York Times'a", ich nakład opiewa na kilkanaście milionów egzemplarzy, a czytelnicy (zwłaszcza płci żeńskiej) rozpływają się w zachwytach nad jego książkami. A ja po przeczytaniu Podarunku, sama dołączę do fan-clubu tego autora.

Zapytacie - dlaczego? Bo Richard Paul Evans napisał powieść uniwersalną, od której naprawdę trudno się oderwać. Podarunek to opowieść smutna i wzruszająca, ale przy tym pełna nadziei i ciepła, które nas rozgrzewa i każe przypuszczać, że nawet w pozornie smutnej historii kryje się odrobina radości. A miłość i wiara potrafi przenosić góry, o czym wiele ludzi na pewno już zdołało się przekonać. Evansa mogę porównać do Erica-Emmanuela Schmitta: książki obu panów przypominają nam, co jest w życiu najważniejsze i jak wielka potrafi być siła miłości. Podarunek polecam Wam wszystkim, na pokrzepienie serc.

PS Podczas pisania tej recenzji na kolanach siedział mi mały kotek - nie wiem, ile dokładnie ma miesięcy bądź tygodni, bo znalazłam go z Mamą i Siostrą w sobotę. Mała znajdka wierciła mi się i mruczała, dopominając się o pieszczoty, więc przepraszam za to, że recenzja jest tak krótka... ;-)

czwartek, 9 sierpnia 2012

Marcin Szczygielski - Czarny Młyn


Autor: Marcin Szczygielski
Tytuł: Czarny Młyn
Wydawnictwo: Stentor 2011


Opis wydawnictwa: "Zaniedbana, pustoszejąca wioska, skąd wszędzie jest za daleko i gdzie nawet nie odbiera telewizja, to cały świat 11-letniego Iwo i grupki jego przyjaciół. Pewnego razu w tym ponurym miejscu zaczynają się dziać dziwne, trudne do wyjaśnienia rzeczy, które z każdym dniem coraz bardziej przypominają koszmarny sen. Ślady prowadzą do ruin spalonego dawno młyna... Dzieci muszą same stawić czoła niebezpieczeństwu, by ratować swoich rodziców i ocalić zagrożoną wieś. Kluczem do rozwikłania zagadki i sposobem na pokonanie zła stają się niezwykłe zdolności upośledzonej siostry głównego bohatera."

Oto przed Wami kolejna książka, po Tajemnicy drewnianej sowy, której akcja dzieje się podczas wakacji, i którą to miałam okazję przeczytać właśnie w tym okresie. Czy oprócz czasu wydarzeń obie propozycje mają ze sobą coś wspólnego? Okazuje się, że tak i to nawet całkiem sporo - morał, uniwersalność, wartość przyjaźni... Na pierwszy plan wysuwają się jednak indywidualne cechy tej oto powieści, która ostatnio wciągnęła mnie na tyle, że gdy tylko po nią sięgnęłam - przepadłam...

Zdecydowanie zaletami Czarnego Młyna są: prosty język, lekkość odbioru oraz wartka akcja. Horror dla dzieci i młodzieży nie może być oczywiście zbyt straszny, dlatego koszmarne wydarzenia dawkowane są w tej książce stopniowo. Ale i tak jest przerażająco. Sama wielokrotnie podczas jej czytania miałam ciarki na plecach. Autor wykazał się kreatywnością, spostrzegawczością i umiejętnością, której co poniektórzy pisarze mogą mu pozazdrościć, a mianowicie - ani razu nie poczułam się znudzona, czytając tę książkę. Ani razu nie westchnęłam z irytacją czy nie omiotłam po prostu wzrokiem jakiejś strony, z nadzieją, że dalej będzie ciekawiej. Bo interesujący był każdy rozdział.

Pomysł na fabułę - genialny. Już sam fakt, że w małej wiosce dzieją się paranormalne rzeczy, przyprawia o gęsią skórkę. Tymczasem ideę trzeba jakoś rozbudować, a pomysł na książkę wykorzystać z powodzeniem. Tyle jest przecież książek, których opis wydaje się bardzo interesujący, natomiast z wykonaniem jest już znacznie gorzej. Tymczasem temu autorowi się udało. Świetnie poprowadził akcję, stworzył ciekawych bohaterów. Spośród wszystkich postaci szczególnie wyróżnia się charyzmatyczna Babka, która choć na zewnątrz pozostaje oschła i oziębła, tak naprawdę w środku jest po prostu sympatyczną, ciepłą osobą - typową babcią.

Czarny Młyn to również historia poruszająca trudny temat, a mianowicie niepełnosprawność. Czy to umysłowa, czy fizyczna - zwykle nie jest tolerowana wśród społeczeństwa. Co ja mówię, zwykle! Prawie zawsze. Ta opowieść poucza, że nieważne, jaki ktoś jest na zewnątrz ani jak wygląda; ważne, kim jest w środku. I że siła miłości czy przyjaźni potrafi zdziałać cuda. Trzeba się na nie jedynie otworzyć.

Warto dodać, że książka została nagrodzona Grand Prix w II Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren. Jak dla mnie - całkowicie zasłużenie!

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Stentor!

poniedziałek, 30 lipca 2012

Niezbędnik Nastolatki

Autor: praca zbiorowa
Tytuł: Niezbędnik Nastolatki. Wszystko, co dziewczyny powinny wiedzieć, żeby być piękne, zdrowe i szczęśliwe
Wydawnictwo: Publicat 2010



Opis wydawnictwa:
"Zastanawiasz się, jak będzie wyglądała Twoja przyszłość, kiedy skończysz szkołę? Chcesz dowiedzieć się więcej o zdrowiu i kondycji fizycznej? Marzysz, by ubierać się modnie i niedrogo? Jeżeli tak, to w twojej torebce nie powinno zabraknąć Niezbędnika Nastolatki. Znajdziesz w nim mnóstwo informacji na każdy interesujący cię temat: właściwe odżywianie i sprawność fizyczna, moda i uroda, szkoła, egzaminy, przyszłość, przyjaźnie i związki, muzyka, film, telewizja."

Zupełnie nie wiem, co napisać o tej książce. Z jednej strony stanowi kompendium wiedzy dla nastolatek, a z drugiej tak naprawdę nie wnosi nic nowego, czego owe nastolatki nie wiedzą. Ot, wszystkie rady, które już dawno były wałkowane na wszystkie sposoby, zostały zebrane w jednej książce, bogato zilustrowane i wyłożone na półkach w księgarniach.

Oprócz porad i wskazówek znajdziemy tu też wiele ciekawostek dotyczących ludzi filmu, sportu czy muzyki, m.in. Justina Timberlake'a czy Kelly Holmes. Jednak większość (oprócz wyżej wymienionego piosenkarza czy paru innych przedstawionych tam sylwetek) była mi kompletnie nieznana i wolałabym raczej dowiedzieć się co nie co o osobach bardziej rozpoznawalnych, a nie o "gwiazdach", które zagrały ledwo w paru serialach i już są uznawane za wielkie i sławne osobistości...

Czepię się też tego, że nie wszystkie rady, jakie w książce zawarto, są prawdziwe czy przydatne (wybaczcie, ale nie wiem, jakim słowem to ująć). Przykład? Dział makijażu. Na jednej ze stron czytamy instrukcję malowania rzęs: zanurz szczoteczkę w tuszu i usuń jego nadmiar, przesuwając nią po krawędzi pojemniczka (str. 149). Wiecie, jak zareagowałaby na to makijażystka lub ktoś po prostu dobrze znający się na kosmetykach i make-upie? Złapałaby się za głowę! Wycieranie szczoteczki od tuszu do rzęs o krawędź opakowania powoduje, że ten specyfik zasycha i tworzą się grudki. Nie jestem jakąś specjalistką od spraw typowo urodowych, ale co nie co się w tym temacie orientuję.

Jak dla mnie, cała ta książka idealnie sprawdzi się na prezent dziewczynce wkraczającej w wiek nastoletni, a więc 11-13-letniej. Starsze, jak ja, nie znajdą tu dla siebie nic ciekawego. No, chyba że testy, które osobiście sama lubię rozwiązywać, bez względu na to, czego dotyczą i dla jakiej grupy wiekowej są przeznaczone. Jednak samych psychozabaw jest tu jak na lekarstwo. Może więc, jeśli szukamy poradnika dla nastolatek, warto lepiej rozejrzeć się po księgarskich półkach. Tego typu książek jest multum, więc okazja, że trafi się na naprawdę ciekawy egzemplarz, jest całkiem spora.

wtorek, 24 lipca 2012

FILM - Kochanie, poznaj moich kumpli


Tytuł polski: Kochanie, poznaj moich kumpli
Tytuł oryginalny: A Few Best Men
Rok: 2011
Reżyser: Stephan Elliott
Gatunek: komedia


W poszukiwaniu ciekawych filmów, które mogłabym zobaczyć w kinie (oprócz Epoki Lodowcowej 4), weszłam na stronę serwisu filmowego i obejrzałam kilka zwiastunów. Wśród paru premier moją uwagę zwrócił film o interesującym tytule i intrygującym opisie. Kochanie, poznaj moich kumpli zapowiadało się jako genialna komedia ze świetnymi rolami Xaviera Samuela (znanego z filmu Zaćmienie) i Krisa Marshalla (możliwe, że pamiętacie go z To właśnie miłość, bo tam... właśnie grał :)).

Zaczyna się dość niewinnie. David wraca z wakacji na wyspie Tuvalu i oznajmia swoim najlepszym kumplom, że zamierza wziąć ślub. Przyjaciele nie chcą przyjąć tego do wiadomości - no bo jak to: ŚLUB?! A co z wolnością, co ze wspólnymi wypadami, co z ich przyjaźnią? David nie zamierza jednak odwoływać wesela z powodu widzimisię kolegów. Jako że ma się ono odbyć w Australii, kilka dni później przyjaciele wylatują z Anglii. I do tamtej pory zaczyna się istne wariactwo.

Wizyta u dilera narkotyków, umalowana szminką owca w sypialni, teściowa na haju - to dopiero zwiastun tego, co będzie dziać się dalej. David poznaje rodzinę ukochanej Mii, i szczerze powiedziawszy, nie czuje się zbyt dobrze w tym towarzystwie. Ojciec-senator pragnie przekazać stanowisko córce, choć ta nie ma na to ochoty, siostra-lesbijka (ale czy aby na pewno? ;)) próbuje jeszcze odwieść Mię od pomysłu wyjścia za mąż, jedynie matka wydaje się tu całkiem normalna... do czasu (czytaj: do chwili, gdy, jak już pisałam, znajdzie się na haju).

Muszę wspomnieć o godnej uwagi grze dwóch aktorów, mianowicie Krisa Marshalla oraz Kevina Bishopa. Ten pierwszy jako Tom spisywał się świetnie, ten drugi, jako Graham - wprost genialnie! Bawił całą publiczność. Gdybym zasiadała w komisji jakiejś ważnej gali filmowej (Oscary, Złote Globy czy coś w ten deseń), przyznałabym mu nagrodę w pierwszej kolejności :)

Komedie, których akcja rozgrywa się podczas ślubu (ewentualnie przed nim lub po nim) cieszą się dużą popularnością. 27 sukienek, Mamma Mia!, Nawiedzona narzeczona, Cztery wesela i pogrzeb... Każdy film o podobnej tematyce okazywał się dużym sukcesem. Ale ja się nie dziwię - sama lubię takie filmy, i z pewnością jeszcze wiele osób ma podobnie. Komedie oglądam dość często i chętnie - uwielbiam się śmiać (i przy okazji zarażać tym innych ^^), uwielbiam, gdy mogę się rozerwać, zwłaszcza po ciężkim czy stresującym dniu, uwielbiam filmy lekkie i służące rozrywce. Ostatnimi czasy oglądałam nieco mniej telewizji, a do kina chodziłam bardzo rzadko (żeby nie powiedzieć: prawie wcale; jedynym filmem, który obejrzałam "niedawno" była "Bitwa warszawska 1920 3D", na który poszłam ze swoją klasą... ale to było jeszcze w ubiegłym roku). Dlatego też chętnie ostatnio wybrałam się na czwartą część kultowej Epoki Lodowcowej, a dwa dni później na Kochanie, poznaj moich kumpli. Zwariowani drużbowie sprawili, że śmiałam się niemal przy każdej scenie, a zwłaszcza tej po wieczorze kawalerskim - wtedy wręcz popłakałam się ze śmiechu (po czym przez jakąś minutę wycierałam łzy z oczu...).

Polecam, ja już dodałam ten film do ulubionych!

piątek, 20 lipca 2012

FILM - Epoka Lodowcowa 4: Wędrówka kontynentów 3D

Tytuł polski: Epoka Lodowcowa 4: Wędrówka kontynentów 3D
Tytuł oryginalny: Ice Age 4: Continental Drift
Rok: 2012
Reżyser: Steve Martino, Mike Thurmeier
Gatunek: animacja, komedia, przygodowy, familijny


Wybrałam się wczoraj do kina razem z Siostrą. Postanowiłyśmy obejrzeć kontynuację animowanego hitu Epoka lodowcowa, którego poprzednie części widziałyśmy odpowiednio w telewizji (pierwszą i drugą) oraz w kinie (trzecią). Miałyśmy to zrobić już w dniu premiery, kiedy to przypadały moje urodziny, i taki prezent chciałam sobie zrobić, ale zabrakło czasu. Dlatego obejrzałyśmy film dopiero wczoraj. Zwiastun zapowiadał całkiem ciekawe i zabawne widowisko. Czy czwarta już część kultowej serii dorównuje poprzednim?

Tym razem sympatyczni bohaterowie - mamut Maniek, leniwiec Sid i tygrys szablozębny Diego - muszą zmierzyć się z niebezpieczną wędrówką kontynentów. W wyobraźni reżyserów zainicjował ją nasz uroczy Wiewiór, który umieszczając orzech w dość kruchym miejscu spowodował pęknięcie lodu, a w konsekwencji również rozdzielenie jednego wielkiego kontynentu na kilka lądów. Oprócz tego wydarzenia, które może zagrozić przyszłości świata, córka Mańka szaleje za pewnym młodym mamutem, Sid zostaje zmuszony do opieki nad ekscentryczną babcią, a Diego... No właśnie, odważny i groźny tygrys-macho zakochuje się! W kim? To już musicie zobaczyć sami!

Jeszcze przed seansem zajrzałam na filmowy serwis i przeczytałam kilka opinii. Być może to zły pomysł, sugerować się czyimiś wrażeniami, bo przecież każdy z nas ma swój własny gust, ale zwykle tak robię (nawet przed sięgnięciem po jakąś książkę czasem czytam recenzje, by sprawdzić, czy jest warta uwagi). Kilka opinii okazało się negatywnych - ludzie pisali, że zawiedli się na filmie. Cóż, na szczęście pojawiły się tam również pozytywne rekomendacje, a ja i tak postanowiłam nie przejmować się tymi oceniającymi na minus, tylko polegać na sobie i własnej ocenie.

I dobrze zrobiłam.

Film rzeczywiście mógłby być lepszy/śmieszniejszy/ciekawszy, czy czego tam zabrakło wszystkim, którzy żałują, że go obejrzeli, ale i tak jest bardzo przyjemną i pełną humoru animacją. Czego oczekiwać więcej? W końcu film ten skierowany jest dla dzieci i one z pewnością będą się na nim dobrze bawić. Zdecydowanie na plus oceniam (jak zwykle) dubbing Cezarego Pazury w roli Sida, a także nową postać - babcię leniwca. Ta dość ekscentryczna i 'zdziwaczała' staruszka okazała się jedną z najlepszych bohaterek tej animacji. Ach, i jeszcze urocze, acz nieco głupkowate oposy i oczywiście Wiewiór! Technika 3D w tym przypadku nie odgrywa zbyt dużej roli, więc jeśli nie chcecie dopłacać do biletów lub po prostu nie lubicie oglądać filmów w trójwymiarze, bez żalu możecie ją sobie odpuścić. Jeśli miałabym natomiast podsumować Epokę lodowcową 4 trzema słowami, byłyby to: 'śmiech na sali'. Dosłownie!

Film polecam, i to jak najbardziej! Najlepiej wybierzcie się całą rodziną, bo nie ma nic lepszego, niż wspólny śmiech, a potem wymienianie wrażeń z filmu :)

Być może najlepszą rekomendacją okaże się dla Was to, że to nie tylko film dla dzieci, i mogę to stwierdzić z całą pewnością i odpowiedzialnością. I nawet poprę to stwierdzenie przykładem jednej osoby. Otóż obok mnie podczas seansu siedziała na oko trzydziestoletnia kobieta, która co chwila wybuchała śmiechem. I to dość specyficznym śmiechem, którym zarażała połowę widzów ;)

PS Jeśli obejrzycie czwartą część Epoki..., dajcie potem znać, czy się Wam podobała!

środa, 18 lipca 2012

Magdalena Lewańska - Tajemnica drewnianej sowy

Autor: Magdalena Lewańska
Tytuł: Tajemnica drewnianej sowy
Wydawnictwo: Stentor 2008


Wakacje trwają w najlepsze, część z Was pewnie powyjeżdżała, pozostali zaś spędzają wolny czas w domu. A gdyby tak... przeżyć najwspanialszą przygodę w życiu właśnie podczas wakacji? Na przykład... szukając skarbów? Niemożliwe? W takim razie koniecznie musicie poznać historię Klemensa i Marka - dwóch chłopców, dla których początkowo nudne wakacje zamieniły się w niesamowitą przygodę!

Opis wydawnictwa:

"To miały być kolejne nudne wakacje z rodzicami - banalne wczasy w ośrodku wypoczynkowym, beznadziejni letnicy, codzienne te same rozmowy przy śniadaniu... Klemens myślał już, że dłużej tego nie zniesie, gdy pewnego dnia w sąsiedztwie pojawia się jego rówieśnik Marek. A co może robić dwóch pomysłowych jedenastolatków, którzy chcą przeżyć prawdziwą wakacyjną przygodę? Najlepiej bawić się w poszukiwanie skarbów! Chłopcy nie przypuszczają jednak, że ta zabawa naprowadzi ich na trop autentycznego skarbu, z którym wiąże się dramatyczna historia z czasów wojny..."

Brzmi ciekawie?

Taka jest też ta książka! Pozornie może wydać się banalna i nudnawa - dwóch chłopców, którzy dopiero co się poznali, wyrusza na poszukiwanie skarbu. "Co w tym takiego ekscytującego?" - pomyślą niektórzy. Ano to, że nie dość, że ten skarb wcale nie został wymyślony, to jeszcze cała ta historia jest tak zgrabnie opowiedziana, że tylko autorce gratulować.

Początkowo poznajemy Klemensa Killiana, który nie może znieść tego, że zamiast wypoczywać w Hiszpanii, spędza wakacje w zwyczajnym domku letniskowym i okropnie się nudzi. Na szczęście pojawia się jego rówieśnik, Marek Rack, z którym chłopiec od razu znajduje wspólny język. Podczas wyprawy na Sowią Wieżę nowi koledzy poznają Alinkę - młodą kobietę latającą na motolotni. Ma ona dla nich pewne zadanie: muszą udać się do kościoła i rozejrzeć za czymś nietypowym. Tak rozpoczyna się poszukiwanie skarbu...

Tajemnica drewnianej sowy to książka, która zainteresuje nie tylko młodych czytelników. Jej największymi zaletami są: prosty język, interesujące opisy zgrabnie wplecione w fabułę i wartka akcja. Kolejne etapy poszukiwania skarbu obfitują w coraz to ciekawsze zdarzenia, a początkowe pojedyncze wskazówki wkrótce zaczynają układać się w całość. Bohaterowie również zostali wykreowani w sposób nietuzinkowy: obaj chłopcy są dość inteligentni, pastor Wendel miły, można wręcz powiedzieć również, iż jest lekkoduchem (wprost nie może doczekać się urlopu), Alinka dociekliwa i ambitna. Oprócz nich pojawia się również szereg innych postaci, które w mniejszy lub większy sposób przyczynią się do rozwikłania zagadki drewnianej sowy. Łącząc siły, można przecież osiągnąć więcej, niż w pojedynkę...

Wracają zaś do sowy - zwierzę to odgrywa w tej książce olbrzymią rolę. Symbol mądrości jest tutaj osią całej historii. Zaczyna się od Sowej Wieży, drzew w lesie posadzonych w kształcie tego ptaka, a nawet organowych piszczałek z jego wizerunkiem. A to dopiero początek: z czasem bowiem okaże się, że nieprzypadkowo w tej małej mieścinie sowa jest tak popularna.

Tajemnica drewnianej sowy to nie tylko interesująca historia o poszukiwaniu skarbów, lecz także opowieść z morałem. Niesprawiedliwe osądy i krzywdzące zarzuty to ostatnimi czasy chleb powszedni. Młodzi czytelnicy, którzy sięgną po tę książkę, z pewnością dużo się z niej nauczą.

Opowieść tę polecam wszystkim, którzy chcieliby w te wakacje przeżyć coś zupełnie niezwykłego: wystarczy najpierw zacząć od jej przeczytania, a potem po prostu... działać. Historia opowiedziana przez Magdalenę Lewańską z pewnością Was do czegoś zainspiruje: może do zrobienia czegoś kompletnie szalonego albo... do szukania skarbu. Nic nie jest przecież niemożliwe :)

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Stentor!

wtorek, 17 lipca 2012

FILM - Gnomeo i Julia

Tytuł polski: Gnomeo i Julia
Tytuł oryginalny: Gnomeo and Juliet
Rok: 2011
Reżyser: Kelly Asbury
Gatunek: animowane, komedia, fantasy, familijne, komedia romantyczna



Ależ dawno nie było u mnie recenzji filmu! Ostatnio pojawiają się tu tylko opinie książkowe, co z jednej strony mnie cieszy (bo czytam coraz więcej), a drugiej martwi, bo zapominam o głównej idei swojego bloga. Wszak to Książki i nie tylko, co znaczy, że musi się tu od czasu do czasu pojawiać coś innego, niż recenzje powieści. Dlatego dzisiaj proponuję, żebyśmy razem przenieśli się... do ogrodu, gdzie urzędują urocze krasnale. A dwoje z nich połączyła miłość ogromna niczym uczucie Romea i Julii. Ale, ale! Z paroma wyjątkami, oczywiście.

Główne role odgrywają tu oczywiście ogrodowe krasnale. Nie tworzą one jednak jednej wielkiej rodziny, co to, to nie! Ród Czerwonych i Niebieskich to odwieczni wrogowie, dla których bójki i potyczki to już codzienność. Wkroczenie na teren wroga (czytaj: do ogrodu sąsiada) skończyło by się źle. Co ciekawe, właściciele ogrodów i domów również nie darzą się nawzajem sympatią.

Julia krasnal jest całkowitym przeciwieństwem Julii szekspirowskiej. Uparta, zadziorna i przebojowa, a przy tym tak urocza i delikatna, że żaden krasnal jej się nie oprze. Gnomeo natomiast to szelmowski kawaler  z uwodzicielskim uśmiechem; wręcz idealny, nic więc dziwnego, że wzbudza zainteresowanie Julii. Jedyny problem polega na tym, że wywodzą się z wrogich sobie rodów. Czy odwieczny konflikt stanie na drodze rozkwitającemu uczuciu?

Ta nieco kiczowata ekranizacja niezmiernie mnie zaskoczyła. Pozytywnie. Wprawdzie nie obawiałam się, że film okaże się nudnawą animacją, bo przeczuwałam, że będzie naprawdę dobry, ale zawsze to lepiej, gdy coś pozytywnie zaskoczy, niż rozczaruje. Co najbardziej przypadło mi do gustu?

Bohaterowie: najbardziej niesamowita była żaba imieniem Dżaneta, która swoim optymizmem, przezabawnymi tekstami i obsesją romantyzmu okazała się najlepszą postacią całego filmu. Genialny dubbing Olgi Omeljaniec! Polubiłam również zwariowanego flaminga, któremu głosu w polskiej wersji użyczył Cezary Pazura. Nie dość, że świetnie zdubbingował Sida w Epoce lodowcowej, to i tu również wykonał kawał dobrej roboty.

Muzyka: świetny dobór piosenek, gdy tylko słyszałam pierwsze nuty, noga sama zaczęła mi podskakiwać, jakby chciała tańczyć ;) I gdybym tylko znała dość dobrze teksty, od razu zaczęłabym śpiewać :)

Dowcip słowny: żarcików tu znajdziemy całkiem sporo, i dobrze, bo lubię, kiedy oglądając film, można się zdrowo pośmiać. A przy tej animacji wybuchy śmiechu wręcz gwarantowane.


Było o zaletach, teraz napiszę o wadach. Bo i takowe się tu znalazły. Do gustu nie przypadło mi kilka postaci, między innymi matka Gnomea i nadopiekuńczy ojciec Julii, a także Tybalt - czyli ten zły, który zawsze miał ochotę na potyczki z Niebieskimi. Szkoda też, że działo się w sumie niewiele. Gnomeo i Julia do gustu przypadnie zwłaszcza dzieciom, które prawdziwej historii słynnej miłości jeszcze nie znają. Kolorowy świat krasnali, gwarancja dobrego humoru, happy-end... Czego dzieciom więcej potrzeba do szczęścia, niż tak uroczego filmu animowanego? :)

... ale i starsi z pewnością nie będą się nudzić, oglądając ten film. W końcu komedii animowanych nigdy dość!

poniedziałek, 16 lipca 2012

Hanna Samson - Wojna żeńsko-męska i przeciwko światu

Autor: Hanna Samson
Tytuł: Wojna żeńsko-męska i przeciwko światu
Wydawnictwo: Czarna Owca


Zamierzałam wybrać się do kina na film pod tym samym tytułem, ale jakoś przeszedł mi koło nosa, a potem o nim zapomniałam. Kiedy jednak w bibliotece natknęłam się na książkową wersję (która była pierwsza), postanowiłam się z nią zapoznać. Moje oczekiwania co do niej nie były wygórowane: ot, z pewnością jest to lekkie czytadełko, które umili mi wakacyjny czas. Nawet nie wiecie, jak bardzo się myliłam...

Opis wydawnictwa:

"Dojrzała kobieta w stanie post-małżeńskim, z burzliwym życiem erotycznym, postanawia wyjść z zapaści finansowej, pisząc bezpruderyjne felietony o seksie. - To ty coś z tego pamiętasz? - pyta ją z dwudziestoparoletnią naiwnością córka. Nie może wiedzieć, że to, co wie jej mama, wywoła największą z dotychczasowych rewolucji seksualnych..."

Jak się pewnie domyślacie, czytając opis - pewnie w tej książce dużo jest erotyki. Macie rację. A ja się zastanawiam - czy nie za dużo. Bo seks tam znajdziemy na każdej stronie (pomiędzy gorącymi scenami z sypialni poznamy natomiast myśli, spostrzeżenia i narzekania bohaterki... na ten sam temat), jakby główna bohaterka nie miała co robić. No bo praktycznie nie ma: samotna matka z dwudziestoparoletnią córką, pustą lodówką i zalegającą w księgarniach książką własnego autorstwa, zdaje się wegetować. Ale za to jak bogate ma życie erotyczne!

Muszę być szczera i będę szczera. Kiedy ostatnio obrzucałam mięsem "Klarę" Izy Kuny, miałam nadzieję, że książka, po którą sięgnę w następnej kolejności, poprawi mi nieco humor po tym dość nieprzyjemnym spotkaniu. A tu kolejny zawód! Chyba mi się jeszcze nie zdarzyło, żebym pod rząd przeczytała tak słabe i nic do naszego życia niewnoszące książki. No właśnie, przeczytała... Wojny żeńsko-męskiej nie doczytałam. Pornografia słowna wylewająca się z tej książki strumieniami zbulwersowała mnie totalnie - na tyle, żebym bez żalu odłożyła to czytadło pozbawione sensu. I może wyda się to absurdalne, ale wolałabym zrobić sobie przerwę od książek na, powiedzmy, trzy lata, niż czytać takie gnioty.

Powiedzieć, że ta książka mnie zniesmaczyła, zbulwersowała i zszokowała to zdecydowanie za mało. Opisy kipiące od erotycznych uniesień i wulgaryzmów są tak okropne, że mam wrażenie, iż literatura zacznie niedługo schodzić na psy. Ta książka nie mieści się w granicach dobrego smaku. Ona je przekracza o kilometry, co ja mówię, o mile! Wstydzę się, że w ogóle po nią sięgnęłam. Tak, naprawdę się tego wstydzę. Pamiętacie wyzwanie 30 dni z książkami? W jednym z pytań pojawiło się takie hasło: książka, której przeczytania bardzo żałujesz. Napisałam wtedy, że nie żałuję przeczytania żadnej książki, nawet jeśli zdarzyło się jakieś rozczarowanie, bo (prawie) każda niesie ze sobą jakąś wartość. Cóż, gdybym była wtedy po lekturze Wojny..., nie miałabym problemu z odpowiedzią na to pytanie.

Nie znajduję w tej książce absolutnie NIC wartościowego. Zdarzają się lektury typowo dla relaksu, kiedy ich jedyną funkcją jest po prostu gwarancja mile spędzonego czasu. Ale książka ta nawet tego nam nie gwarantuje. A więc krótko, zwięźle i na temat: STANOWCZO ODRADZAM!

piątek, 13 lipca 2012

Izabela Kuna - Klara

Autor: Izabela Kuna
Tytuł: Klara
Wydawnictwo: Świat Książki 2010


Wyznaję taki pogląd, że celebryci nie powinni zabierać się za pisanie książek. Zwykle wychodzi z tego jakieś kompletne nieporozumienie czyli gniot, pseudo-dziełko reklamowane znanym nazwiskiem. Miałam nadzieję, że Klara lubianej przeze mnie aktorki Izy Kuny okaże się wyjątkiem, że mi się spodoba, że mnie zaskoczy (pozytywnie) i że tamten pogląd będę mogła schować do kieszeni. Cóż, nadzieja jest matką głupich...

Opis wydawnictwa:

"Nie znacie Klary? Niemożliwe! Po ulicach chodzą ich tysiące...

Klara nie ma męża ani dzieci. Za to ma prawie czterdzieści lat, żonatego kochanka, rzygającego kota i niewyparzony język. Wciąż się odgraża, że umrze i nie umiera. Kłóci się z matką i godzi. Odchodzi od ukochanego Aleksa i wraca. Upija się z Wronką i trzeźwieje, by znów szukać szczęścia. Czy jej życie to jedna wielka pomyłka?"

Cóż, może nie znam odpowiedzi na to akurat pytanie, ale wiem coś innego. Ta książka to jedna wielka pomyłka.

Bohaterowie są do bólu nudni i schematyczni. Klara ciągle pije, płacze i rozmawia z kotem. Aleks obiecuje rozwód z żoną i przeprasza Klarę. Matka czterdziestolatki narzeka, że wkrótce umrze i że jej córka nie ma dla niej czasu. Aha, są jeszcze przyjaciele Klary i parę innych bohaterów, którzy większego wpływu na fabułę nie mają. I pojawiają się tylko epizodycznie. W całym tym towarzystwie nie ma ani jednej postaci, która by mnie czymś zainteresowała czy sprawiła, że z samego względu na nią oceniłabym wyżej tę powieść.

Chyba jeszcze w żadnej książce nie spotkałam się z takim natłokiem wulgaryzmów. Ja rozumiem, że parę przekleństw nie zaszkodzi, bo każdemu się czasem z ust wyrwie (mnie również), ale żeby z co drugiego zdania wyzierało takie chamstwo? No bez przesady. Mnie to drażni niemiłosiernie.

Ponadto nie rozumiem intencji autorki. To znaczy, pewnie chciała coś udowodnić, pisząc tak nieschematyczną książkę, ale po co? Rzadko się zdarza, żebym obrzucała książkę mięsem i mieszała z błotem, ale tym razem nie mogę się powstrzymać. A może po prostu do tej książki trzeba dorosnąć? Dojrzeć? Albo być czterdziestoletnią kobietą - singielką, żeby ją zrozumieć?

Jednego tylko nie można tej książce odmówić. Że jest do bólu szczera, prawdziwa, że bez cukru i lukru przedstawia życie czterdziestoletniej kobiety. Jest trochę śmiechu i trochę płaczu. Trochę złości i żalu. Trochę filozofii i zwykłych pogaduszek przy koniaku. Taka autentyczność, ostry dowcip i nielukrowana rzeczywistość przypadły mi do gustu, jednak to wszystko, co w tej książce mogę ocenić na plus...

Szkoda, że Klara wybroniła się tylko tą szczerością zawartą w powieści. Ale ileż to już takich książek o prawdziwym życiu powstało? Można wymieniać godzinami, ale nie o to tu chodzi. W dziesięciopunktowej skali dałam dwójkę za tę autentyczność. Niczego więcej pozytywnego nie mogę się tu dopatrzeć. Niestety, nawet okładka jest okropna...

czwartek, 5 lipca 2012

Mathias Malzieu - Mechanizm serca

Autor: Mathias Malzieu
Tytuł: Mechanizm serca
Wydawnictwo: Świat Książki 2010


16 kwietnia 1874 roku. Najzimniejszy dzień w dziejach ludzkości. Tego dnia w Edynburgu na świat przychodzi chłopiec. Jego matka jest zbyt młoda, by mogła się nim opiekować. Poród odbiera uważana za wariatkę dość ekscentryczna akuszerka, doktor Madeleine, znana z pomocy wszystkim, którzy jej potrzebują. Zbyt niska temperatura sprawia jednak, że serce dziecka zamarza. Doktor Madeleine wykonuje wówczas skomplikowaną operację, wszczepiając malcowi drewniany zegar z kukułką, czym ratuje mu życie. Od tej pory Jack, bo takie otrzymuje imię, musi unikać nadmiernych emocji, szczególnie miłości - nigdy nie wolno mu się zakochać. Przez dziesięć lat zadanie się udaje. Ale po tym czasie chłopiec spotyka Miss Acacię - słabo widzącą małą śpiewaczkę, w której zakochuje się bez pamięci. Gdy dziewczynka znika bez śladu, Jack z różnym skutkiem próbuje ją odnaleźć. Nic jednak nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać...

Mechanizm serca to opowieść, która mimo że rozpoczyna się najzimniejszego dnia w dziejach świata, niesamowicie rozgrzała moje serce. Mały Jack, który przez swoje drewniane serce był odrzucany najpierw przez pary szukające dziecka do adopcji, potem przez rówieśników, dorastał u Doktor Madeleine, której nie dane było mieć własne potomstwo. Z każdym dniem chłopiec przekonywał się, jak akuszerka bardzo go kochała, a jednocześnie na jak wiele mu zabraniała.

Po pierwsze, nie dotykaj wskazówek. Po drugie, opanuj złość. Po trzecie, nigdy, przenigdy nie zakochaj się. Wtedy bowiem duża wskazówka na zawsze przebije Ci skórę, Twoje kości rozsypią się, a mechanizm serce znowu pęknie. (str. 32)

Spotkanie małej śpiewaczki okazało się przełomem w jego życiu. Pomyślicie: cóż mały chłopiec, w dodatku z zegarem zamiast serca, może wiedzieć o miłości? No właśnie, czy wystarczyłaby miłość przez lata przekazywana mu przez Doktor Madeleine? Jack zmuszony do ucieczki po pewnym wydarzeniu, wyrusza w podróż, podczas której zamierza odnaleźć Miss Acacię. I tak, napędzany pożądaniem, gna przez kolejne kraje, poszukując ukochanej. Brzmi baśniowo? Tak właśnie ma być, to cały urok tej książki.

Ha, mimo wszystko nie mogę nie wspomnieć o pewnej dość irytującej mnie w tej książce - choć na szczęście jedynej - sprawie. Otóż, nasz bohater w wieku lat piętnastu przeżywa już swoje pierwsze miłosne uniesienia. Wiadomo jakie, prawda? Cóż, baśń baśnią (w dodatku na okładce zaznaczono, że dla dorosłych), ale takie rzeczy czasem po prostu drażnią. Tak też było w moim przypadku, i ilekroć natykałam się na momenty erotyczne (mhm, było kilka takich - wprawdzie całkiem niewiele, ale jednak), przymykałam na to oko i próbowałam zignorować fakt, iż w dzisiejszych czasach byłoby to po prostu karalne.

Baśnie należą do mojego ulubionego gatunku literackiego (oprócz literatury podróżniczej i wszelkiej mitologii to właśnie je darzę największą sympatią). Książka, o której opowiadam, może nie należy w całości do tego rodzaju powieści - zawiera bowiem zarówno elementy fantastyczne, jak i całkiem realistyczne.

Rzut oka na okładkę wystarczy, by się nią zauroczyć. Ja pozostaję pod wrażeniem całej książki. Jak już wspominałam, niesamowicie rozgrzała moje serce. Polecam każdemu, kto chciałby się przekonać, jak chłopiec z zegarem zamiast serca uczy się kochać i poszukuje szczęścia. Czy je odnajdzie w ramionach ukochanej? O tym musicie już przekonać się sami, sięgając po tę opowieść utrzymaną w baśniowej scenerii.

sobota, 30 czerwca 2012

Marek Probosz - Eldorado


Autor: Marek Probosz
Tytuł: Eldorado
Wydawnictwo: Stentor 2008

Eldorado. Legendarna kraina w Ameryce Południowej pełna niezliczonych bogactw. Jak podają źródła, Eldorado był jednak... człowiekiem, a dokładniej władcą indiańskiego państwa na terenie dzisiejszej Kolumbii. Może dlatego Kraina Złota zwana jest właśnie tak - słowo "eldorado" pochodzi bowiem od hiszpańskiego określenia "el hombre dorado", a oznacza "człowiek olśniony złotem".

To właśnie o tej krainie w swojej książce opowiada Marek Probosz - pisarz i zarazem aktor znany między innymi z roli w serialu M jak miłość.

Pewien ubogi, samotny staruszek żyjący w peruwiańskim miasteczku Calca, zwany Słodkim Wujaszkiem, uznawany jest przez pozostałych mieszkańców za nieszkodliwego wariata. Któregoś dnia we śnie przychodzi do niego królewskie rodzeństwo założycieli mitycznego Eldorado. Staruszek poznaje drogę do tej krainy. Na początku trudno mu w to uwierzyć i uważa, że zwariował z samotności. Jednak z każdym dniem coraz bardziej przekonuje się do pomysłu, by wyruszyć na poszukiwanie Krainy Złota. Udaje się zatem na niebezpieczną wyprawę, pamiętając o warunku, który usłyszał we śnie od duchów założycieli Eldorado: nie wolno mu nikomu zdradzić drogi, która wiedzie do skarbu...

Uwielbiam książki traktujące o dalekich krainach, także tych mitycznych, i o wszystkim, co wiąże się z egzotyką, dlatego z przyjemnością sięgnęłam po opowieść o Eldorado. Książka ta, choć krótka, niesamowicie mnie wciągnęła. Autor z wielką pasją snuje historię o krainie pełnej złota, do której udał się staruszek. Niesamowicie plastyczne opisy podsycają wyobraźnię. Niezwykła historia Słodkiego Wujaszka, choć wymyślona, to dowód na to, że marzenia się spełniają.

Osnuta na mitologii Inków powieść wzrusza i wzbudza wiarę we własne możliwości, przede wszystkim jednak mówi o tym, że nieważne są bogactwa. Każdy przecież wie, iż pieniądze szczęścia nie dają. Ale co by było gdyby mityczne Eldorado nagle zostało odnalezione i mielibyśmy do niego dostęp? Czy chęć posiadania przewyższyłaby inne wartości i stała się dla nas priorytetem? Czasem warto rozmyślać o podobnych sprawach i mimo, że książka Marka Probosza skierowana jest do młodszych czytelników, sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać nad priorytetami w naszym życiu.

Jak zwykle nie mogę też nie wspomnieć o wydaniu. Książka jest wydana na świetnej jakości papierze. Twarda oprawa gwarantuje jej utrzymanie w dobrym stanie. Duża czcionka ułatwia czytanie, przy czym jest idealna dla dzieci. Zaś piękne, kolorowe, żywe ilustracje świetnie uzupełniają publikację. I właśnie przy grafice chciałabym zatrzymać się na dłużej - rysunki artystki Mehrdokht Amini, mimo że zdaniem wielu nie są wyjątkowo urodziwe, to jednak mają w sobie to coś i od każdego z nich trudno oderwać wzrok.

Zachęcam Was, a także Wasze dzieci (ewentualnie kuzynów czy rodzeństwo) do przeczytania tej książki. Gdy już raz wkroczycie w papierowy świat krainy Eldorado, nie będziecie chcieli go opuścić.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Stentor!

niedziela, 24 czerwca 2012

Aubrey Flegg - Skrzydła nad Delft

Autor: Aubrey Flegg
Tytuł: Skrzydła nad Delft
Wydawnictwo: Esprit 2012


Już w momencie, gdy ujrzałam tę książkę w zapowiedziach, poczułam, że natychmiast muszę ją przeczytać. Byłam pewna, że mi się spodoba. Z niecierpliwością oczekiwałam premiery Skrzydeł nad Delft, a gdy w końcu książka się ukazała, zatopiłam się w lekturze. Czy i tym razem intuicja mnie nie zawiodła, i powieść okazała się warta uwagi?

Holenderskie miasteczko Delft, wiek XVII. Ośrodek artystyczny. To tu najwięksi malarze holenderscy tworzyli swoje dzieła, to tu mieli swoją 'mekkę', do której nagminnie przybywali, by czerpać natchnienie. Warto wiedzieć, że słowo delft oznacza fajans, czyli wyrób ceramiczny imitujący porcelanę. Fajanse z Delft cieszyły się wielką popularnością.

Historia opowiedziana przez autora przedstawia się mniej więcej tak: jest on, ona i... on. Główna bohaterka to Louise Eeden, której najlepszym przyjacielem już od czasów dzieciństwa jest Reynier DeVries. Okazuje się jednak, że być może niedługo staną się dla siebie kimś więcej. Ojciec Louise jest znanym projektantem porcelany, natomiast ojciec Reyniera to największy producent ceramiki. Louise zrobiłaby wszystko, by uszczęśliwić swoich rodziców - włącznie z wyjściem za mąż dla dobra przedsiębiorstwa. Kiedy jednak podczas wizyt w pracowni mistrza Haitinka, który ma za zadanie namalować jej portret, poznaje młodego czeladnika Pietera, cała sytuacja komplikuje się. Czym będzie kierować się bohaterka - sercem czy rozumem? Czy miłość pokona różnice majątkowe i religijne?

Skrzydła nad Delft to powieść niezwykle klimatyczna. Autor ma lekkie pióro i z wdziękiem przedstawia nam historię młodej dziewczyny i jej miłosnych rozterek. Jednak nie tylko o uczucia tu chodzi. Gdy poznajemy proces powstawania portretu, czujemy, jakbyśmy sami w nim uczestniczyli. Aubrey Flegg opisuje każdą, najmniejszą nawet czynność, w sposób tak barwny, że nie sposób o tym nie wspomnieć. XVII-wieczna Holandia była nie tylko ośrodkiem artystycznym, ale również krajem niepokojów religijnych - katolicy musieli się ukrywać i rzadko byli tolerowani. Wielokrotnie spotykamy się z trudnymi wyborami bohaterów. Czegoś jednak mi w tej powieści brakowało. Chwilami nudziła mnie, wlecząc się niemiłosiernie, innym razem akcja przyspieszała i czytałam książkę z zapartym tchem. Mimo wszystko dałam się porwać magii tej powieści i niecierpliwie wyczekuję jej kontynuacji!

I jeszcze słówko o okładce - idealnie oddaje ona klimat tej książki. Widać każdy szczegół, detal, na pierwszym planie znajduje się postać Louise, widzimy każdą fałdkę na sukni, rozmarzony wzrok dziewczyny, w tle zaś przystań łódek i charakterystyczne budownictwo holenderskie tamtych czasów. Naprawdę należą się ogromne brawa za polską wersję okładki. Oryginalna również jest bardzo ładna, ale nasza ma w sobie 'to coś' - zresztą, zobaczcie sami:


Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit!

sobota, 23 czerwca 2012

Eric-Emmanuel Schmitt - Kiki van Beethoven

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: Kiki van Beethoven
Wydawnictwo: Znak 2011


Czym jest dla nas muzyka? Odskocznią od codziennych spraw? Pocieszeniem? Źródłem energii? Dla mnie muzyka jest jedną z najważniejszych wartości w życiu - jeśli takim stwierdzeniem można ją określić - i nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez niej. Ale co by się stało, gdyby nagle ludzie przestali słyszeć muzykę?... Gdyby wokół nich zapadła cisza?...

Staruszka o wdzięcznym imieniu Kiki od pewnego czasu zmaga się z podobnym problemem. Muzyka Beethovena, która niegdyś wzbudzała w niej mnóstwo emocji, obok której nie potrafiła przejść obojętnie, dziś jest dla niej niczym powietrze. Nie traktuje jej z nabożnością - można rzec, że słucha, ale nie słyszy. Czy istnieje sposób na to, by mieszkanka domu spokojnej starości z powrotem odnalazła w muzyce Beethovena to, co jeszcze niedawno tak nią zawładnęło? A może wystarczy tylko pogodzić się z demonami przeszłości?

Opowieść o Kiki to pierwsza część tej niewielkiej objętościowo książki. Czytałam ją z uśmiechem na twarzy, ale sprawiła, że zaczęłam rozmyślać o roli muzyki w życiu człowieka. Kiki to bezkompromisowa, nieco ekscentryczna, ale przemiła postać, którą polubiłam już na samym początku. Wraz z przyjaciółkami z domu spokojnej starości oddaje się konwersacjom i dyskusjom na wszelkiego rodzaju tematy, a ich rozmowy stanowią źródło inspiracji i własnych rozmyślań. Natomiast druga część to już prywatne odczucia autora, w której opisuje on swoje 'spotkania' z muzyką Beethovena. I tu również możemy znaleźć wiele wspaniałych stwierdzeń czy myśli, mamy też swoistego rodzaju 'wgląd' w rozważania Erica-Emmanuela Schmitta.

Charakterystyczną cechą powieści francuskiego pisarza są zagadnienia filozoficzne i etyczne. Nie stroni on od trudnych tematów. Jedyną jego powieścią, jaką miałam dotąd okazję poznać, był cudowny "Oskar i pani Róża", który niesamowicie mnie wzruszył - zresztą chyba nie tylko mnie, prawie każdy twierdzi bowiem, iż książka ta jest jednym z największych wyciskaczy łez. Kiki van Beethoven to kolejna książka, która mi się spodobała. Szkoda tylko, że jest tak krótka - nie lubię, gdy coś, co dopiero się zaczyna, za chwilę się kończy. A tak było w przypadku opowieści o staruszce. Do wydania dołączona jest płyta CD z utworami Beethovena, której ja, niestety, nie miałam przyjemności posłuchać, gdyż książkę tę wypożyczyłam w bibliotece.

Kiki van Beethoven to historia, którą polecam miłośnikom twórczości Erica-Emmanuela Schmitta i muzyki - nie tylko klasycznej. Każdy znajdzie tu dla siebie coś miłego. Po lekturze tej książki na pewno będziecie wiedzieć, co znaczy tylko słuchać muzyki, a co - ją słyszeć...

czwartek, 21 czerwca 2012

Futbologika, czyli jak zrozumieć i pokochać piłkę nożną

Autorzy: Jakub Kowalski, Marta Krzyszkowska - Gierych, Izabela Kotapska - Oraszek
Tytuł: Futbologika, czyli jak zrozumieć i pokochać piłkę nożną
Wydawnictwo: Prasownia 2012


Euro 2012 trwa w najlepsze i mimo, że polska reprezentacja odpadła po fazie grupowej z pewnością każdy z nas ma jeszcze drużynę, której kibicuje. Ja osobiście trzymam kciuki za Hiszpanię oraz Portugalię, moja Siostra za 'Cristiano' (czyli wiadomo, za kogo), Tata, co dziwne i karygodne, za Czechów (!), a Mama powiedziała, że skoro Polacy odpadli, to ona w ogóle nikomu już nie kibicuje i trzyma się od Euro z daleka. Można i tak. Dzisiaj, jako że futbolowe święto ogarnia coraz większą liczbę ludzi, przedstawiam Wam książkę skierowaną specjalnie dla kobiet (choć i panowie z pewnością dużo by w niej znaleźli), dzięki której zrozumiecie i pokochacie piłkę nożną...

Futbol oczami większości pań wygląda zazwyczaj tak: dwudziestu facetów biega sobie po boisku i próbuje wpakować piłkę do bramki. Do tego dochodzi dwójka, którzy bramek pilnują i jeszcze jeden, który biega sobie z gwizdkiem. Gdzie tu logika? Ot, właśnie - futbologika.

Z takiego schematu wyłamują się jednak kobiety, które piłką nożną się interesują i które ją lubią. Nie trzeba im tłumaczyć, co to jest faul, czym różni się rzut wolny od rożnego i co to w ogóle jest ten spalony, o którym większość ma naprawdę blade pojęcie...

Dla wszystkich, którzy jednak nie za bardzo znają się na piłce, nie rozumieją na czym polega jej fenomen lub po prostu na czym polega w ogóle, powstał poradnik Futbologika. Książka miała swoją premierę szóstego czerwca, a więc stosunkowo niedawno, jakby idealnie na termin rozpoczęcia Mistrzostw Europy. Zaręczam jednak, że przyda się nie tylko na czas Euro. Poradnik jest napisany w przystępnej formie, zabawnym i prostym językiem, idealny dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się co nie co na temat tej dyscypliny. Na początku poznajemy budowę boiska, jego wymiary i schemat. Potem mamy praktyczny niezbędnik kibica oraz piłkarza, a dalej już wyjaśnienia piłkarskich zagadnień. Dowiemy się, czym jest rzut karny, z czego wykonana jest piłka, dlaczego 'sędzia jest jak powietrze' i czym grozi zagranie ręką. Poznamy też piłkarskie ciacha i obciachy, choć wyraźnego podziału na te dwie grupy w niniejszej książeczce nie ma. Ale może to i dobrze - w końcu różne są ludzkie gusta ;)

Poradnik pisany jest w dwóch językach: polskim i angielskim, dzięki czemu również obcokrajowcy, którzy chcieliby przeczytać książkę, nie będą mieli z tym problemu, a my podszkolimy swoją znajomość. A naprawdę warto po nią sięgnąć. Największe zalety? Przystępny język, humor, mnóstwo ciekawostek i anegdotek, i przede wszystkim wyczerpujące źródło wyjaśnień piłkarskich tajemnic. A jeśli do tego dochodzi ciekawa grafika i oryginalna okładka... Czego można chcieć więcej?

środa, 20 czerwca 2012

Oldřich Růžička - Skarb kapitana Williama Kidda

Autor: Oldřich Růžička
Tytuł: Skarb kapitana Williama Kidda
Wydawnictwo: Stentor 2007


William Kidd - uważany za jednego z najgroźniejszych piratów XVII wieku, tak naprawdę był korsarzem. Wbrew pozorom korsarstwo i morskie rozbójnictwo to nie ta sama 'działalność'. Początkowo zadaniem korsarzy była walka z piractwem, a nie rabowanie statków. Kiedyś uważano jednak inaczej i znany bukanier został stracony właśnie za piractwo. Według legend Kidd ukrył gdzieś przed śmiercią wielki skarb, który jest poszukiwany po dziś dzień...

Piraci od zawsze mnie fascynowali. I to nie z powodu filmu Piraci z Karaibów z brawurową rolą Johnny'ego Deppa - choć przyznaję, że jest to ekranizacja naprawdę warta obejrzenia. Ale piractwo, mimo swojego złego znaczenia, zawsze mnie interesowało. Te statki, napady, skarby... No powiedzcie, czyż to nie jest fascynujące? :) Dlatego, gdy nadarzyła się okazja, by poznać historię kapitana Williama Kidda oraz jego skarbu, długo się nie zastanawiałam. W przedwczorajszym stosiku przedstawiałam Wam tę publikację i wzbudziła ona Wasze zainteresowanie. Nie dziwię się - ta książka jest genialna!

Zacznijmy od samej fabuły. Tuż przed egzekucją kapitan Kidd przekazał swojemu bosmanowi tajemniczą skrzynię z podwójnym dnem i kilka wskazówek. Ten wraz ze swoim wnukiem znalazł w niej mapę oraz kolejne zagadki. Tak rozpoczęła się pełna przygód, tajemnic i niebezpieczeństw wyprawa po słynny skarb kapitana Williama Kidda...

A teraz muszę, po prostu muszę, opowiedzieć Wam o cudownym wydaniu tej publikacji. Książka znajduje się w kartonowej skrzyni z podwójnym dnem, w którym ukryta jest mapa. Robi się ciekawie, prawda? Ale to jeszcze nic - w środku książki znajdziemy wszelkiego rodzaju notatki, listy, mapy, zapiski, zagadki, a dodatkowo różę wiatrów i dysk deszyfrujący. Wszystko to gwarantuje wspaniałą zabawę, jaką niewątpliwie jest samodzielne rozwiązywanie łamigłówek, łamanie szyfrów i szukanie drogi do skarbu. Krok po kroku, wraz z bohaterami odkrywamy kolejne tajemnice i coraz bardziej przybliżamy się do miejsca ukrycia kosztowności. Natkniemy się też na groźnych piratów, wstąpimy na cmentarz nocą i wejdziemy do jaskini. A gdy martwy orzeł przemówi po raz czwarty - będziemy u celu.

Nigdy chyba nie miałam w rękach tak świetnej książki. Tak naprawdę historia wyprawy po skarb bosmana i jego wnuka jest tu tylko tłem, ponieważ podczas lektury tej książki wydaje się nam, jakbyśmy to my sami szukali ukrytych kosztowności. Rozwiązywanie zagadek i łamanie szyfrów są niesamowitą frajdą i dzięki temu ćwiczymy swoje umiejętności dedukcyjne. Ponadto poznajemy historię samego Kidda oraz piractwa. Skarb kapitana Williama Kidda jest więc publikacją służącą nie tylko do zabawy, ale również do nauki!



Mapy, notatki i wspaniałe ilustracje pobudzają wyobraźnię i gwarantują niesamowitą zabawę... (obrazki powiększą się po kliknięciu na nie)

Publikację Skarb kapitana Williama Kidda polecam każdemu, bez względu na wiek i płeć, na czytelnicze preferencje i upodobania. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. A rodzinne okrywanie drogi do skarbu będzie świetnym sposobem na wspólnie spędzone popołudnie!

Za możliwość zapoznania się z tą publikacją bardzo dziękuję Wydawnictwu Stentor!

piątek, 15 czerwca 2012

Amy Chua - Bojowa pieśń tygrysicy

Autor: Amy Chua
Tytuł: Bojowa pieśń tygrysicy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2011


Jak wychować dziecko, by wyrosło na osobę zdolną, ambitną, pewną siebie? Jak zapewnić mu 'udany start'? Jak sprawić, by miało swoje pasje, by wyróżniało się czymś spośród innych i miało poczucie własnej wartości? Nie, nie macie przed sobą recenzji poradnika dla rodziców, który w prosty sposób odpowie na zadane powyżej pytania. Bojowa pieśń tygrysicy to książka, w której autorka wspomina, jak wychowywała swoje dwie córki sposobem kontrowersyjnym i dość okrutnym...

Amy Chua opowiada o trudnej chińskiej metodzie wychowania dzieci. Mimo, że mieszka w Ameryce (jej rodzice są chińskimi emigrantami), tę właśnie metodę 'wypróbowywała' na swoich córkach. Z różnym skutkiem. Autorka wspomina wzloty i upadki. To, jak nieraz musiała dokonywać wyboru pomiędzy stanowczością, a miłością, między sercem, a rozumem. Nierzadko zaciskała zęby i walczyła. Jak tygrys. W chińskim zodiaku zwierzę to jest bowiem synonimem siły, waleczności i władzy. A Amy Chua przyszła na świat właśnie w roku tygrysa.

Czytając książkę, co chwila przecierałam oczy ze zdumienia. Chińska metoda wychowania wydała mi się tak okrutna, tak bezlitosna, że wręcz po prostu niedorzeczna. Dzieci wychowywane tym sposobem mają być najlepsze w klasie (a najlepiej w całej szkole), nie wolno im otrzymywać stopni niższych niż szóstka, prawie w ogóle nie mają wolnego czasu, gdyż cały plan dnia układają im rodzice i jeszcze do tego mają być za to wdzięczne! Nie mogłam pojąć, jak to możliwe. Dzieciństwo powinno być czymś miłym, wolnym od trosk, a nie istną harówką w pocie czoła. Powinno być po latach wspominane z nostalgią i uśmiechem na twarzy. Chińscy rodzice na przekór jednak twierdzą, że ich metoda wychowania jest lepsza od zachodniej, bo dzieci zyskują na przyszłość. A ja się zapytam - co zyskują? Wspomnienia pełne smutku i gorzkiego smaku? Uczucie zazdrości koleżankom czy kolegom mogącym robić to, co chcą, ponieważ ich rodzice nie przejmowali się złymi stopniami? Co z tego, że są najlepsze, że wyróżniają się spośród rówieśników, skoro zabrano im to, co moim zdaniem jest jedną z rzeczy najcenniejszych - beztroskie dzieciństwo...

Autorka wielokrotnie wspomina o tym, że jej córki (zwłaszcza młodsza) się buntowały. Nie było tak różowo. A i zresztą - dlaczego miałoby być? Nikt z własnej woli nie zgodziłby się na to, by go przymuszano, tu podam przykład z książki, do codziennej wielogodzinnej nauki grania na fortepianie czy skrzypcach. Nawet, jeśli miałoby to procentować na przyszłość. Takie wywieranie presji nie prowadzi do niczego dobrego - wręcz przeciwnie - to, do czego ktoś jest zmuszany, zostanie przez niego znienawidzone.

Trzeba jednak przyznać chińskiej metodzie wychowania jedno - może faktycznie w niektórych aspektach się ona sprawdza. Rodzic musi być stanowczy i wytrwały w tym co robi - bo jeśli da dziecku wolną rękę, nic dobrego z tego nie wyniknie. Ale i tak źle, i tak niedobrze. Jeśli chcecie poznać tę momentami szokującą historię i zastanowić się nad wychowaniem dziecka - sięgnijcie po Bojową pieśń tygrysicy. Bo jeśli uważacie, że jesteście dla swojej pociechy wymagający - po lekturze tej książki szybko zmienicie zdanie.