sobota, 30 czerwca 2012

Marek Probosz - Eldorado


Autor: Marek Probosz
Tytuł: Eldorado
Wydawnictwo: Stentor 2008

Eldorado. Legendarna kraina w Ameryce Południowej pełna niezliczonych bogactw. Jak podają źródła, Eldorado był jednak... człowiekiem, a dokładniej władcą indiańskiego państwa na terenie dzisiejszej Kolumbii. Może dlatego Kraina Złota zwana jest właśnie tak - słowo "eldorado" pochodzi bowiem od hiszpańskiego określenia "el hombre dorado", a oznacza "człowiek olśniony złotem".

To właśnie o tej krainie w swojej książce opowiada Marek Probosz - pisarz i zarazem aktor znany między innymi z roli w serialu M jak miłość.

Pewien ubogi, samotny staruszek żyjący w peruwiańskim miasteczku Calca, zwany Słodkim Wujaszkiem, uznawany jest przez pozostałych mieszkańców za nieszkodliwego wariata. Któregoś dnia we śnie przychodzi do niego królewskie rodzeństwo założycieli mitycznego Eldorado. Staruszek poznaje drogę do tej krainy. Na początku trudno mu w to uwierzyć i uważa, że zwariował z samotności. Jednak z każdym dniem coraz bardziej przekonuje się do pomysłu, by wyruszyć na poszukiwanie Krainy Złota. Udaje się zatem na niebezpieczną wyprawę, pamiętając o warunku, który usłyszał we śnie od duchów założycieli Eldorado: nie wolno mu nikomu zdradzić drogi, która wiedzie do skarbu...

Uwielbiam książki traktujące o dalekich krainach, także tych mitycznych, i o wszystkim, co wiąże się z egzotyką, dlatego z przyjemnością sięgnęłam po opowieść o Eldorado. Książka ta, choć krótka, niesamowicie mnie wciągnęła. Autor z wielką pasją snuje historię o krainie pełnej złota, do której udał się staruszek. Niesamowicie plastyczne opisy podsycają wyobraźnię. Niezwykła historia Słodkiego Wujaszka, choć wymyślona, to dowód na to, że marzenia się spełniają.

Osnuta na mitologii Inków powieść wzrusza i wzbudza wiarę we własne możliwości, przede wszystkim jednak mówi o tym, że nieważne są bogactwa. Każdy przecież wie, iż pieniądze szczęścia nie dają. Ale co by było gdyby mityczne Eldorado nagle zostało odnalezione i mielibyśmy do niego dostęp? Czy chęć posiadania przewyższyłaby inne wartości i stała się dla nas priorytetem? Czasem warto rozmyślać o podobnych sprawach i mimo, że książka Marka Probosza skierowana jest do młodszych czytelników, sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać nad priorytetami w naszym życiu.

Jak zwykle nie mogę też nie wspomnieć o wydaniu. Książka jest wydana na świetnej jakości papierze. Twarda oprawa gwarantuje jej utrzymanie w dobrym stanie. Duża czcionka ułatwia czytanie, przy czym jest idealna dla dzieci. Zaś piękne, kolorowe, żywe ilustracje świetnie uzupełniają publikację. I właśnie przy grafice chciałabym zatrzymać się na dłużej - rysunki artystki Mehrdokht Amini, mimo że zdaniem wielu nie są wyjątkowo urodziwe, to jednak mają w sobie to coś i od każdego z nich trudno oderwać wzrok.

Zachęcam Was, a także Wasze dzieci (ewentualnie kuzynów czy rodzeństwo) do przeczytania tej książki. Gdy już raz wkroczycie w papierowy świat krainy Eldorado, nie będziecie chcieli go opuścić.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Stentor!

niedziela, 24 czerwca 2012

Aubrey Flegg - Skrzydła nad Delft

Autor: Aubrey Flegg
Tytuł: Skrzydła nad Delft
Wydawnictwo: Esprit 2012


Już w momencie, gdy ujrzałam tę książkę w zapowiedziach, poczułam, że natychmiast muszę ją przeczytać. Byłam pewna, że mi się spodoba. Z niecierpliwością oczekiwałam premiery Skrzydeł nad Delft, a gdy w końcu książka się ukazała, zatopiłam się w lekturze. Czy i tym razem intuicja mnie nie zawiodła, i powieść okazała się warta uwagi?

Holenderskie miasteczko Delft, wiek XVII. Ośrodek artystyczny. To tu najwięksi malarze holenderscy tworzyli swoje dzieła, to tu mieli swoją 'mekkę', do której nagminnie przybywali, by czerpać natchnienie. Warto wiedzieć, że słowo delft oznacza fajans, czyli wyrób ceramiczny imitujący porcelanę. Fajanse z Delft cieszyły się wielką popularnością.

Historia opowiedziana przez autora przedstawia się mniej więcej tak: jest on, ona i... on. Główna bohaterka to Louise Eeden, której najlepszym przyjacielem już od czasów dzieciństwa jest Reynier DeVries. Okazuje się jednak, że być może niedługo staną się dla siebie kimś więcej. Ojciec Louise jest znanym projektantem porcelany, natomiast ojciec Reyniera to największy producent ceramiki. Louise zrobiłaby wszystko, by uszczęśliwić swoich rodziców - włącznie z wyjściem za mąż dla dobra przedsiębiorstwa. Kiedy jednak podczas wizyt w pracowni mistrza Haitinka, który ma za zadanie namalować jej portret, poznaje młodego czeladnika Pietera, cała sytuacja komplikuje się. Czym będzie kierować się bohaterka - sercem czy rozumem? Czy miłość pokona różnice majątkowe i religijne?

Skrzydła nad Delft to powieść niezwykle klimatyczna. Autor ma lekkie pióro i z wdziękiem przedstawia nam historię młodej dziewczyny i jej miłosnych rozterek. Jednak nie tylko o uczucia tu chodzi. Gdy poznajemy proces powstawania portretu, czujemy, jakbyśmy sami w nim uczestniczyli. Aubrey Flegg opisuje każdą, najmniejszą nawet czynność, w sposób tak barwny, że nie sposób o tym nie wspomnieć. XVII-wieczna Holandia była nie tylko ośrodkiem artystycznym, ale również krajem niepokojów religijnych - katolicy musieli się ukrywać i rzadko byli tolerowani. Wielokrotnie spotykamy się z trudnymi wyborami bohaterów. Czegoś jednak mi w tej powieści brakowało. Chwilami nudziła mnie, wlecząc się niemiłosiernie, innym razem akcja przyspieszała i czytałam książkę z zapartym tchem. Mimo wszystko dałam się porwać magii tej powieści i niecierpliwie wyczekuję jej kontynuacji!

I jeszcze słówko o okładce - idealnie oddaje ona klimat tej książki. Widać każdy szczegół, detal, na pierwszym planie znajduje się postać Louise, widzimy każdą fałdkę na sukni, rozmarzony wzrok dziewczyny, w tle zaś przystań łódek i charakterystyczne budownictwo holenderskie tamtych czasów. Naprawdę należą się ogromne brawa za polską wersję okładki. Oryginalna również jest bardzo ładna, ale nasza ma w sobie 'to coś' - zresztą, zobaczcie sami:


Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit!

sobota, 23 czerwca 2012

Eric-Emmanuel Schmitt - Kiki van Beethoven

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: Kiki van Beethoven
Wydawnictwo: Znak 2011


Czym jest dla nas muzyka? Odskocznią od codziennych spraw? Pocieszeniem? Źródłem energii? Dla mnie muzyka jest jedną z najważniejszych wartości w życiu - jeśli takim stwierdzeniem można ją określić - i nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez niej. Ale co by się stało, gdyby nagle ludzie przestali słyszeć muzykę?... Gdyby wokół nich zapadła cisza?...

Staruszka o wdzięcznym imieniu Kiki od pewnego czasu zmaga się z podobnym problemem. Muzyka Beethovena, która niegdyś wzbudzała w niej mnóstwo emocji, obok której nie potrafiła przejść obojętnie, dziś jest dla niej niczym powietrze. Nie traktuje jej z nabożnością - można rzec, że słucha, ale nie słyszy. Czy istnieje sposób na to, by mieszkanka domu spokojnej starości z powrotem odnalazła w muzyce Beethovena to, co jeszcze niedawno tak nią zawładnęło? A może wystarczy tylko pogodzić się z demonami przeszłości?

Opowieść o Kiki to pierwsza część tej niewielkiej objętościowo książki. Czytałam ją z uśmiechem na twarzy, ale sprawiła, że zaczęłam rozmyślać o roli muzyki w życiu człowieka. Kiki to bezkompromisowa, nieco ekscentryczna, ale przemiła postać, którą polubiłam już na samym początku. Wraz z przyjaciółkami z domu spokojnej starości oddaje się konwersacjom i dyskusjom na wszelkiego rodzaju tematy, a ich rozmowy stanowią źródło inspiracji i własnych rozmyślań. Natomiast druga część to już prywatne odczucia autora, w której opisuje on swoje 'spotkania' z muzyką Beethovena. I tu również możemy znaleźć wiele wspaniałych stwierdzeń czy myśli, mamy też swoistego rodzaju 'wgląd' w rozważania Erica-Emmanuela Schmitta.

Charakterystyczną cechą powieści francuskiego pisarza są zagadnienia filozoficzne i etyczne. Nie stroni on od trudnych tematów. Jedyną jego powieścią, jaką miałam dotąd okazję poznać, był cudowny "Oskar i pani Róża", który niesamowicie mnie wzruszył - zresztą chyba nie tylko mnie, prawie każdy twierdzi bowiem, iż książka ta jest jednym z największych wyciskaczy łez. Kiki van Beethoven to kolejna książka, która mi się spodobała. Szkoda tylko, że jest tak krótka - nie lubię, gdy coś, co dopiero się zaczyna, za chwilę się kończy. A tak było w przypadku opowieści o staruszce. Do wydania dołączona jest płyta CD z utworami Beethovena, której ja, niestety, nie miałam przyjemności posłuchać, gdyż książkę tę wypożyczyłam w bibliotece.

Kiki van Beethoven to historia, którą polecam miłośnikom twórczości Erica-Emmanuela Schmitta i muzyki - nie tylko klasycznej. Każdy znajdzie tu dla siebie coś miłego. Po lekturze tej książki na pewno będziecie wiedzieć, co znaczy tylko słuchać muzyki, a co - ją słyszeć...