Blondynka odwiedziła już wiele krajów. Blondynka napisała też dużo książek, ma nawet swój program w radiu. Kiedyś Blondynka prowadziła też program w telewizji. Tym razem tytułowa Blondynka, czyli pani Beata Pawlikowska, opisała swoją wyprawę do Londynu. Nie pierwszą, jak się okazało.
Tymczasem ta książka wbrew pozorom nie jest książką typowo podróżniczą, choć z takich, rzec czy też raczej: napisać można, pani Beata Pawlikowska słynie. Ta książka to takie trzy w jednym: połączenie autobiografii i publikacji filozoficznej, z wątkami podróżniczymi. I zdjęciami. I rysunkami. O, tak, tego w tej gabarytowo niewielkiej publikacji jest dużo. Ale może to i dobrze, bo i można sobie na te różne zakamarki Londynu popatrzeć, i książka staje się bardziej interesująca, i czyta się ją szybciej i przyjemniej.
Nie narzekam, choć trzeba przyznać, że książki tej autorki są specyficzne. Niby podróżnicze, a jednak zawierają dużo filozoficznych rozmyślań i mądrości. Tylko czy faktycznie tego przypadkowy czytelnik szuka w książkach podróżniczych? Oczekiwania co do takiego typu literatury są dość jasne: książka ma zachęcić do podróży, rozbudzić apetyt na poznawanie różnych zakątków świata, domatorów ruszyć z kanapy, przedstawić interesujące miejsca w danym kraju czy mieście i zachwycić zdjęciami (w wersji dla mniej wybrednych: po prostu te zdjęcia posiadać).
No, ale, podobało mi się. :-) Okazało się, że takie połączenie, to trzy w jednym, jest (o dziwo!) całkiem udane...
No, ale, podobało mi się. :-) Okazało się, że takie połączenie, to trzy w jednym, jest (o dziwo!) całkiem udane...
Beata Pawlikowska, Blondynka w Londynie
Wydawnictwo G+J, 2013
__________
Książkę do recenzji otrzymała moja Siostra; dzięki temu i ja mogłam ją przeczytać.
