sobota, 30 czerwca 2012

Marek Probosz - Eldorado


Autor: Marek Probosz
Tytuł: Eldorado
Wydawnictwo: Stentor 2008

Eldorado. Legendarna kraina w Ameryce Południowej pełna niezliczonych bogactw. Jak podają źródła, Eldorado był jednak... człowiekiem, a dokładniej władcą indiańskiego państwa na terenie dzisiejszej Kolumbii. Może dlatego Kraina Złota zwana jest właśnie tak - słowo "eldorado" pochodzi bowiem od hiszpańskiego określenia "el hombre dorado", a oznacza "człowiek olśniony złotem".

To właśnie o tej krainie w swojej książce opowiada Marek Probosz - pisarz i zarazem aktor znany między innymi z roli w serialu M jak miłość.

Pewien ubogi, samotny staruszek żyjący w peruwiańskim miasteczku Calca, zwany Słodkim Wujaszkiem, uznawany jest przez pozostałych mieszkańców za nieszkodliwego wariata. Któregoś dnia we śnie przychodzi do niego królewskie rodzeństwo założycieli mitycznego Eldorado. Staruszek poznaje drogę do tej krainy. Na początku trudno mu w to uwierzyć i uważa, że zwariował z samotności. Jednak z każdym dniem coraz bardziej przekonuje się do pomysłu, by wyruszyć na poszukiwanie Krainy Złota. Udaje się zatem na niebezpieczną wyprawę, pamiętając o warunku, który usłyszał we śnie od duchów założycieli Eldorado: nie wolno mu nikomu zdradzić drogi, która wiedzie do skarbu...

Uwielbiam książki traktujące o dalekich krainach, także tych mitycznych, i o wszystkim, co wiąże się z egzotyką, dlatego z przyjemnością sięgnęłam po opowieść o Eldorado. Książka ta, choć krótka, niesamowicie mnie wciągnęła. Autor z wielką pasją snuje historię o krainie pełnej złota, do której udał się staruszek. Niesamowicie plastyczne opisy podsycają wyobraźnię. Niezwykła historia Słodkiego Wujaszka, choć wymyślona, to dowód na to, że marzenia się spełniają.

Osnuta na mitologii Inków powieść wzrusza i wzbudza wiarę we własne możliwości, przede wszystkim jednak mówi o tym, że nieważne są bogactwa. Każdy przecież wie, iż pieniądze szczęścia nie dają. Ale co by było gdyby mityczne Eldorado nagle zostało odnalezione i mielibyśmy do niego dostęp? Czy chęć posiadania przewyższyłaby inne wartości i stała się dla nas priorytetem? Czasem warto rozmyślać o podobnych sprawach i mimo, że książka Marka Probosza skierowana jest do młodszych czytelników, sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać nad priorytetami w naszym życiu.

Jak zwykle nie mogę też nie wspomnieć o wydaniu. Książka jest wydana na świetnej jakości papierze. Twarda oprawa gwarantuje jej utrzymanie w dobrym stanie. Duża czcionka ułatwia czytanie, przy czym jest idealna dla dzieci. Zaś piękne, kolorowe, żywe ilustracje świetnie uzupełniają publikację. I właśnie przy grafice chciałabym zatrzymać się na dłużej - rysunki artystki Mehrdokht Amini, mimo że zdaniem wielu nie są wyjątkowo urodziwe, to jednak mają w sobie to coś i od każdego z nich trudno oderwać wzrok.

Zachęcam Was, a także Wasze dzieci (ewentualnie kuzynów czy rodzeństwo) do przeczytania tej książki. Gdy już raz wkroczycie w papierowy świat krainy Eldorado, nie będziecie chcieli go opuścić.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Stentor!

niedziela, 24 czerwca 2012

Aubrey Flegg - Skrzydła nad Delft

Autor: Aubrey Flegg
Tytuł: Skrzydła nad Delft
Wydawnictwo: Esprit 2012


Już w momencie, gdy ujrzałam tę książkę w zapowiedziach, poczułam, że natychmiast muszę ją przeczytać. Byłam pewna, że mi się spodoba. Z niecierpliwością oczekiwałam premiery Skrzydeł nad Delft, a gdy w końcu książka się ukazała, zatopiłam się w lekturze. Czy i tym razem intuicja mnie nie zawiodła, i powieść okazała się warta uwagi?

Holenderskie miasteczko Delft, wiek XVII. Ośrodek artystyczny. To tu najwięksi malarze holenderscy tworzyli swoje dzieła, to tu mieli swoją 'mekkę', do której nagminnie przybywali, by czerpać natchnienie. Warto wiedzieć, że słowo delft oznacza fajans, czyli wyrób ceramiczny imitujący porcelanę. Fajanse z Delft cieszyły się wielką popularnością.

Historia opowiedziana przez autora przedstawia się mniej więcej tak: jest on, ona i... on. Główna bohaterka to Louise Eeden, której najlepszym przyjacielem już od czasów dzieciństwa jest Reynier DeVries. Okazuje się jednak, że być może niedługo staną się dla siebie kimś więcej. Ojciec Louise jest znanym projektantem porcelany, natomiast ojciec Reyniera to największy producent ceramiki. Louise zrobiłaby wszystko, by uszczęśliwić swoich rodziców - włącznie z wyjściem za mąż dla dobra przedsiębiorstwa. Kiedy jednak podczas wizyt w pracowni mistrza Haitinka, który ma za zadanie namalować jej portret, poznaje młodego czeladnika Pietera, cała sytuacja komplikuje się. Czym będzie kierować się bohaterka - sercem czy rozumem? Czy miłość pokona różnice majątkowe i religijne?

Skrzydła nad Delft to powieść niezwykle klimatyczna. Autor ma lekkie pióro i z wdziękiem przedstawia nam historię młodej dziewczyny i jej miłosnych rozterek. Jednak nie tylko o uczucia tu chodzi. Gdy poznajemy proces powstawania portretu, czujemy, jakbyśmy sami w nim uczestniczyli. Aubrey Flegg opisuje każdą, najmniejszą nawet czynność, w sposób tak barwny, że nie sposób o tym nie wspomnieć. XVII-wieczna Holandia była nie tylko ośrodkiem artystycznym, ale również krajem niepokojów religijnych - katolicy musieli się ukrywać i rzadko byli tolerowani. Wielokrotnie spotykamy się z trudnymi wyborami bohaterów. Czegoś jednak mi w tej powieści brakowało. Chwilami nudziła mnie, wlecząc się niemiłosiernie, innym razem akcja przyspieszała i czytałam książkę z zapartym tchem. Mimo wszystko dałam się porwać magii tej powieści i niecierpliwie wyczekuję jej kontynuacji!

I jeszcze słówko o okładce - idealnie oddaje ona klimat tej książki. Widać każdy szczegół, detal, na pierwszym planie znajduje się postać Louise, widzimy każdą fałdkę na sukni, rozmarzony wzrok dziewczyny, w tle zaś przystań łódek i charakterystyczne budownictwo holenderskie tamtych czasów. Naprawdę należą się ogromne brawa za polską wersję okładki. Oryginalna również jest bardzo ładna, ale nasza ma w sobie 'to coś' - zresztą, zobaczcie sami:


Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Esprit!

sobota, 23 czerwca 2012

Eric-Emmanuel Schmitt - Kiki van Beethoven

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: Kiki van Beethoven
Wydawnictwo: Znak 2011


Czym jest dla nas muzyka? Odskocznią od codziennych spraw? Pocieszeniem? Źródłem energii? Dla mnie muzyka jest jedną z najważniejszych wartości w życiu - jeśli takim stwierdzeniem można ją określić - i nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez niej. Ale co by się stało, gdyby nagle ludzie przestali słyszeć muzykę?... Gdyby wokół nich zapadła cisza?...

Staruszka o wdzięcznym imieniu Kiki od pewnego czasu zmaga się z podobnym problemem. Muzyka Beethovena, która niegdyś wzbudzała w niej mnóstwo emocji, obok której nie potrafiła przejść obojętnie, dziś jest dla niej niczym powietrze. Nie traktuje jej z nabożnością - można rzec, że słucha, ale nie słyszy. Czy istnieje sposób na to, by mieszkanka domu spokojnej starości z powrotem odnalazła w muzyce Beethovena to, co jeszcze niedawno tak nią zawładnęło? A może wystarczy tylko pogodzić się z demonami przeszłości?

Opowieść o Kiki to pierwsza część tej niewielkiej objętościowo książki. Czytałam ją z uśmiechem na twarzy, ale sprawiła, że zaczęłam rozmyślać o roli muzyki w życiu człowieka. Kiki to bezkompromisowa, nieco ekscentryczna, ale przemiła postać, którą polubiłam już na samym początku. Wraz z przyjaciółkami z domu spokojnej starości oddaje się konwersacjom i dyskusjom na wszelkiego rodzaju tematy, a ich rozmowy stanowią źródło inspiracji i własnych rozmyślań. Natomiast druga część to już prywatne odczucia autora, w której opisuje on swoje 'spotkania' z muzyką Beethovena. I tu również możemy znaleźć wiele wspaniałych stwierdzeń czy myśli, mamy też swoistego rodzaju 'wgląd' w rozważania Erica-Emmanuela Schmitta.

Charakterystyczną cechą powieści francuskiego pisarza są zagadnienia filozoficzne i etyczne. Nie stroni on od trudnych tematów. Jedyną jego powieścią, jaką miałam dotąd okazję poznać, był cudowny "Oskar i pani Róża", który niesamowicie mnie wzruszył - zresztą chyba nie tylko mnie, prawie każdy twierdzi bowiem, iż książka ta jest jednym z największych wyciskaczy łez. Kiki van Beethoven to kolejna książka, która mi się spodobała. Szkoda tylko, że jest tak krótka - nie lubię, gdy coś, co dopiero się zaczyna, za chwilę się kończy. A tak było w przypadku opowieści o staruszce. Do wydania dołączona jest płyta CD z utworami Beethovena, której ja, niestety, nie miałam przyjemności posłuchać, gdyż książkę tę wypożyczyłam w bibliotece.

Kiki van Beethoven to historia, którą polecam miłośnikom twórczości Erica-Emmanuela Schmitta i muzyki - nie tylko klasycznej. Każdy znajdzie tu dla siebie coś miłego. Po lekturze tej książki na pewno będziecie wiedzieć, co znaczy tylko słuchać muzyki, a co - ją słyszeć...

czwartek, 21 czerwca 2012

Futbologika, czyli jak zrozumieć i pokochać piłkę nożną

Autorzy: Jakub Kowalski, Marta Krzyszkowska - Gierych, Izabela Kotapska - Oraszek
Tytuł: Futbologika, czyli jak zrozumieć i pokochać piłkę nożną
Wydawnictwo: Prasownia 2012


Euro 2012 trwa w najlepsze i mimo, że polska reprezentacja odpadła po fazie grupowej z pewnością każdy z nas ma jeszcze drużynę, której kibicuje. Ja osobiście trzymam kciuki za Hiszpanię oraz Portugalię, moja Siostra za 'Cristiano' (czyli wiadomo, za kogo), Tata, co dziwne i karygodne, za Czechów (!), a Mama powiedziała, że skoro Polacy odpadli, to ona w ogóle nikomu już nie kibicuje i trzyma się od Euro z daleka. Można i tak. Dzisiaj, jako że futbolowe święto ogarnia coraz większą liczbę ludzi, przedstawiam Wam książkę skierowaną specjalnie dla kobiet (choć i panowie z pewnością dużo by w niej znaleźli), dzięki której zrozumiecie i pokochacie piłkę nożną...

Futbol oczami większości pań wygląda zazwyczaj tak: dwudziestu facetów biega sobie po boisku i próbuje wpakować piłkę do bramki. Do tego dochodzi dwójka, którzy bramek pilnują i jeszcze jeden, który biega sobie z gwizdkiem. Gdzie tu logika? Ot, właśnie - futbologika.

Z takiego schematu wyłamują się jednak kobiety, które piłką nożną się interesują i które ją lubią. Nie trzeba im tłumaczyć, co to jest faul, czym różni się rzut wolny od rożnego i co to w ogóle jest ten spalony, o którym większość ma naprawdę blade pojęcie...

Dla wszystkich, którzy jednak nie za bardzo znają się na piłce, nie rozumieją na czym polega jej fenomen lub po prostu na czym polega w ogóle, powstał poradnik Futbologika. Książka miała swoją premierę szóstego czerwca, a więc stosunkowo niedawno, jakby idealnie na termin rozpoczęcia Mistrzostw Europy. Zaręczam jednak, że przyda się nie tylko na czas Euro. Poradnik jest napisany w przystępnej formie, zabawnym i prostym językiem, idealny dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się co nie co na temat tej dyscypliny. Na początku poznajemy budowę boiska, jego wymiary i schemat. Potem mamy praktyczny niezbędnik kibica oraz piłkarza, a dalej już wyjaśnienia piłkarskich zagadnień. Dowiemy się, czym jest rzut karny, z czego wykonana jest piłka, dlaczego 'sędzia jest jak powietrze' i czym grozi zagranie ręką. Poznamy też piłkarskie ciacha i obciachy, choć wyraźnego podziału na te dwie grupy w niniejszej książeczce nie ma. Ale może to i dobrze - w końcu różne są ludzkie gusta ;)

Poradnik pisany jest w dwóch językach: polskim i angielskim, dzięki czemu również obcokrajowcy, którzy chcieliby przeczytać książkę, nie będą mieli z tym problemu, a my podszkolimy swoją znajomość. A naprawdę warto po nią sięgnąć. Największe zalety? Przystępny język, humor, mnóstwo ciekawostek i anegdotek, i przede wszystkim wyczerpujące źródło wyjaśnień piłkarskich tajemnic. A jeśli do tego dochodzi ciekawa grafika i oryginalna okładka... Czego można chcieć więcej?

środa, 20 czerwca 2012

Oldřich Růžička - Skarb kapitana Williama Kidda

Autor: Oldřich Růžička
Tytuł: Skarb kapitana Williama Kidda
Wydawnictwo: Stentor 2007


William Kidd - uważany za jednego z najgroźniejszych piratów XVII wieku, tak naprawdę był korsarzem. Wbrew pozorom korsarstwo i morskie rozbójnictwo to nie ta sama 'działalność'. Początkowo zadaniem korsarzy była walka z piractwem, a nie rabowanie statków. Kiedyś uważano jednak inaczej i znany bukanier został stracony właśnie za piractwo. Według legend Kidd ukrył gdzieś przed śmiercią wielki skarb, który jest poszukiwany po dziś dzień...

Piraci od zawsze mnie fascynowali. I to nie z powodu filmu Piraci z Karaibów z brawurową rolą Johnny'ego Deppa - choć przyznaję, że jest to ekranizacja naprawdę warta obejrzenia. Ale piractwo, mimo swojego złego znaczenia, zawsze mnie interesowało. Te statki, napady, skarby... No powiedzcie, czyż to nie jest fascynujące? :) Dlatego, gdy nadarzyła się okazja, by poznać historię kapitana Williama Kidda oraz jego skarbu, długo się nie zastanawiałam. W przedwczorajszym stosiku przedstawiałam Wam tę publikację i wzbudziła ona Wasze zainteresowanie. Nie dziwię się - ta książka jest genialna!

Zacznijmy od samej fabuły. Tuż przed egzekucją kapitan Kidd przekazał swojemu bosmanowi tajemniczą skrzynię z podwójnym dnem i kilka wskazówek. Ten wraz ze swoim wnukiem znalazł w niej mapę oraz kolejne zagadki. Tak rozpoczęła się pełna przygód, tajemnic i niebezpieczeństw wyprawa po słynny skarb kapitana Williama Kidda...

A teraz muszę, po prostu muszę, opowiedzieć Wam o cudownym wydaniu tej publikacji. Książka znajduje się w kartonowej skrzyni z podwójnym dnem, w którym ukryta jest mapa. Robi się ciekawie, prawda? Ale to jeszcze nic - w środku książki znajdziemy wszelkiego rodzaju notatki, listy, mapy, zapiski, zagadki, a dodatkowo różę wiatrów i dysk deszyfrujący. Wszystko to gwarantuje wspaniałą zabawę, jaką niewątpliwie jest samodzielne rozwiązywanie łamigłówek, łamanie szyfrów i szukanie drogi do skarbu. Krok po kroku, wraz z bohaterami odkrywamy kolejne tajemnice i coraz bardziej przybliżamy się do miejsca ukrycia kosztowności. Natkniemy się też na groźnych piratów, wstąpimy na cmentarz nocą i wejdziemy do jaskini. A gdy martwy orzeł przemówi po raz czwarty - będziemy u celu.

Nigdy chyba nie miałam w rękach tak świetnej książki. Tak naprawdę historia wyprawy po skarb bosmana i jego wnuka jest tu tylko tłem, ponieważ podczas lektury tej książki wydaje się nam, jakbyśmy to my sami szukali ukrytych kosztowności. Rozwiązywanie zagadek i łamanie szyfrów są niesamowitą frajdą i dzięki temu ćwiczymy swoje umiejętności dedukcyjne. Ponadto poznajemy historię samego Kidda oraz piractwa. Skarb kapitana Williama Kidda jest więc publikacją służącą nie tylko do zabawy, ale również do nauki!



Mapy, notatki i wspaniałe ilustracje pobudzają wyobraźnię i gwarantują niesamowitą zabawę... (obrazki powiększą się po kliknięciu na nie)

Publikację Skarb kapitana Williama Kidda polecam każdemu, bez względu na wiek i płeć, na czytelnicze preferencje i upodobania. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. A rodzinne okrywanie drogi do skarbu będzie świetnym sposobem na wspólnie spędzone popołudnie!

Za możliwość zapoznania się z tą publikacją bardzo dziękuję Wydawnictwu Stentor!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Stosy na początek wakacji ♥

Ostatnimi czasy bardziej emocjonowałam się rozgrywkami piłkarskimi, niż spędzałam czas na czytaniu książek i przynajmniej do końca Euro będzie podobnie. Choć Polacy wprawdzie odpadli, dla mnie i tak są wielcy, a kibicować mogę jeszcze Portugalii i Hiszpanii :) Tymczasem jako że wielkimi krokami zbliżają się wakacje, chcę Wam dziś zaprezentować stosiki z najnowszymi zdobyczami. Część już przeczytana i czekam tylko na przypływ weny recenzyjnej, a z pozostałymi dopiero się zapoznam. Książek cały czas przybywa, co jednocześnie niesamowicie mnie cieszy, ale też w pewnym sensie martwi, gdyż, niestety, zauważyłam, że coraz mniej mam miejsca na regale, a jedna z półek niebezpiecznie się ugina...

Ale dość już narzekania, przejdźmy do tej przyjemniejszej sprawy, jaką niewątpliwie są stosiki :)


Stos z Euro-akcentem:
# Futbologika, czyli jak zrozumieć i pokochać piłkę nożną - od Mamy
# Dariusz Rekosz - Piłka nożna. O co w tym wszystkim chodzi? - również od Mamy :)
# Marcel Pagnol - Czas tajemnic - od wydawnictwa Esprit
# Aubrey Flegg - Skrzydła nad Delft - od wydawnictwa Esprit
# Cat Patrick - Zapomniane - wymiana z Kamilą
# Carrie Jones - Pragnienie - jak wyżej
# Włoski nie gryzie! - wygrana w konkursie z wyd. Edgard u Domi
# Martyna Wojciechowska - Automaniaczka - prezent na Dzień Dziecka od Mamy
# Marek Probosz - Eldorado - od wydawnictwa Stentor


Stos biblioteczny:
# Marlena de Blasi - Tysiąc dni w Orvieto
# Marlena de Blasi - Tamtego lata na Sycylii
# Eric-Emmanuel Schmitt - Kiki van Beethoven
# Sheila Roberts - Strajk na Boże Narodzenie


Stosik od wydawnictwa Cztery Głowy:
# FISZKI - język włoski. Czasowniki dla początkujących
# FISZKI - język angielski. 100 najważniejszych przysłów i cytatów
# mini-pakieciki fiszek Poleć znajomemu! ;)


I na koniec coś, z czego ogromnie się cieszę...
... książka Skarb kapitana Williama Kidda od wydawnictwa Stentor, ale jak wydana! Zachwycać się nią będę jednak w recenzji :)


Wypatrzyliście coś dla siebie?
A może którąś książkę macie już za sobą - co o niej sądzicie?
Życzę wszystkim miłego dnia, a tymczasem zmykam nadrabiać czytelnicze zaległości :)

piątek, 15 czerwca 2012

Amy Chua - Bojowa pieśń tygrysicy

Autor: Amy Chua
Tytuł: Bojowa pieśń tygrysicy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka 2011


Jak wychować dziecko, by wyrosło na osobę zdolną, ambitną, pewną siebie? Jak zapewnić mu 'udany start'? Jak sprawić, by miało swoje pasje, by wyróżniało się czymś spośród innych i miało poczucie własnej wartości? Nie, nie macie przed sobą recenzji poradnika dla rodziców, który w prosty sposób odpowie na zadane powyżej pytania. Bojowa pieśń tygrysicy to książka, w której autorka wspomina, jak wychowywała swoje dwie córki sposobem kontrowersyjnym i dość okrutnym...

Amy Chua opowiada o trudnej chińskiej metodzie wychowania dzieci. Mimo, że mieszka w Ameryce (jej rodzice są chińskimi emigrantami), tę właśnie metodę 'wypróbowywała' na swoich córkach. Z różnym skutkiem. Autorka wspomina wzloty i upadki. To, jak nieraz musiała dokonywać wyboru pomiędzy stanowczością, a miłością, między sercem, a rozumem. Nierzadko zaciskała zęby i walczyła. Jak tygrys. W chińskim zodiaku zwierzę to jest bowiem synonimem siły, waleczności i władzy. A Amy Chua przyszła na świat właśnie w roku tygrysa.

Czytając książkę, co chwila przecierałam oczy ze zdumienia. Chińska metoda wychowania wydała mi się tak okrutna, tak bezlitosna, że wręcz po prostu niedorzeczna. Dzieci wychowywane tym sposobem mają być najlepsze w klasie (a najlepiej w całej szkole), nie wolno im otrzymywać stopni niższych niż szóstka, prawie w ogóle nie mają wolnego czasu, gdyż cały plan dnia układają im rodzice i jeszcze do tego mają być za to wdzięczne! Nie mogłam pojąć, jak to możliwe. Dzieciństwo powinno być czymś miłym, wolnym od trosk, a nie istną harówką w pocie czoła. Powinno być po latach wspominane z nostalgią i uśmiechem na twarzy. Chińscy rodzice na przekór jednak twierdzą, że ich metoda wychowania jest lepsza od zachodniej, bo dzieci zyskują na przyszłość. A ja się zapytam - co zyskują? Wspomnienia pełne smutku i gorzkiego smaku? Uczucie zazdrości koleżankom czy kolegom mogącym robić to, co chcą, ponieważ ich rodzice nie przejmowali się złymi stopniami? Co z tego, że są najlepsze, że wyróżniają się spośród rówieśników, skoro zabrano im to, co moim zdaniem jest jedną z rzeczy najcenniejszych - beztroskie dzieciństwo...

Autorka wielokrotnie wspomina o tym, że jej córki (zwłaszcza młodsza) się buntowały. Nie było tak różowo. A i zresztą - dlaczego miałoby być? Nikt z własnej woli nie zgodziłby się na to, by go przymuszano, tu podam przykład z książki, do codziennej wielogodzinnej nauki grania na fortepianie czy skrzypcach. Nawet, jeśli miałoby to procentować na przyszłość. Takie wywieranie presji nie prowadzi do niczego dobrego - wręcz przeciwnie - to, do czego ktoś jest zmuszany, zostanie przez niego znienawidzone.

Trzeba jednak przyznać chińskiej metodzie wychowania jedno - może faktycznie w niektórych aspektach się ona sprawdza. Rodzic musi być stanowczy i wytrwały w tym co robi - bo jeśli da dziecku wolną rękę, nic dobrego z tego nie wyniknie. Ale i tak źle, i tak niedobrze. Jeśli chcecie poznać tę momentami szokującą historię i zastanowić się nad wychowaniem dziecka - sięgnijcie po Bojową pieśń tygrysicy. Bo jeśli uważacie, że jesteście dla swojej pociechy wymagający - po lekturze tej książki szybko zmienicie zdanie.

czwartek, 14 czerwca 2012

Dorota Sumińska - Autobiografia na czterech łapach

Autor: Dorota Sumińska
Tytuł: Autobiografia na czterech łapach, czyli historia jednej rodziny oraz psów, kotów, krów, koni, jeży, słoni, węży... i ich krewnych
Wydawnictwo: Literackie 2010


Niedawno miałam okazję na to, by zapoznać się z książką Doroty Sumińskiej "Świat według psa" i opowieść ta bardzo przypadła mi do gustu. Kiedy więc w moje ręce trafiła autobiografia tej znanej pani weterynarz, z zapałem przystąpiłam do jej czytania...

Macie w domu zwierzę? Psa, kota, papużkę, a może chomika? W ubiegłym roku w listopadzie w moim domy pojawił się kociak, którego nazwałyśmy Bambi na cześć pewnego jelonka, i od tamtej pory nie wyobrażam sobie życia bez niego. Ale co byście powiedzieli nie na psa czy kota, ale na... wiewiórkę, koźlątko czy nawet węża?

Wsadziłam Bronka za koszulę i pojechałam do szpitala. Wpuściłam go mamie pod kołdrę, żeby nikt nie zobaczył niezwykłych odwiedzin. Wąż wlazł na maminą szyję i tak pozostał. (str. 39)

Dorota Sumińska opowiada dzieje swoich pradziadków, dziadków, rodziców oraz jej samej. Dość burzliwe losy jej rodziny są opisane w przystępny i ciekawy sposób, a do tego bardzo humorystyczny: niemal na każdej stronie znajdziemy jakąś anegdotkę związaną z rodem Sumińskich. Historia zaczyna się na malowniczym Wołyniu, gdzie też znajdował się dwór pradziadka autorki. Hrabia Halka-Ledóchowski  poznał tatarską piękność i ożenił się z nią, wbrew braku akceptacji ze strony rodziny. Kilkadziesiąt lat później na świat przyszła Dorota Sumińska. Barwne opowieści o rodzie autorki przeplatają się z zabawnymi historiami o zwierzętach. Co rusz przewijają się one na kartach tej książki. I za każdym razem wzmianka o nich wywoływała uśmiech na moje twarzy. No bo jak tu się nie śmiać, kiedy czytasz o szczurku, który podawał papierosy czy słoniu, który przeszukuje ci kieszenie? Takie i jeszcze więcej niesamowitych opowieści znajdziecie w tej książce.

Na pochwałę zasługuje również jej wydanie: twarda oprawa, świetna oprawa graficzna i mnóstwo zdjęć. Co do tych ostatnich, to przyznam się Wam - uwielbiam czarno-białe fotografie. Są moim zdaniem piękniejsze niż te kolorowe i pobudzają wyobraźnię - wiadomo, brak barw podsyca naszą ciekawość i sami próbujemy domyślić się, jakież to kolory skrywa ta szarość na zdjęciu. Poza tym takie fotografie są niezwykle klimatyczne i mają duszę... Dorota Sumińska wraz z wydawnictwem naprawdę się postarali i przygotowali piękną publikację, której nie powinno zabraknąć w każdej biblioteczce miłośnika zwierząt czy wielbiciela samej autorki.

Dorota Sumińska z czułością opisuje każde, nawet najmniejsze, czy, wydawałoby się, najbardziej paskudne zwierzę - zarówno karalucha, jak i szczura. I z pasją opowiada o tym, jak ważne miejsce w jej życiu zajmowało. Chciałabym, aby na świecie było więcej takich ludzi - ludzi, którzy czule i z miłością traktowaliby zwierzęta... Pięknie to również określiła sama autorka:

Marzy mi się taki świat, w którym każdy człowiek razem z niemowlęcą wyprawką dostawałby blokadę na egoizm i okrucieństwo. Dobrze by było w takim świecie żyć. (str. 321)

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Beata Wróblewska - Motyl w podróży


Autor: Beata Wróblewska
Tytuł: Motyl w podróży
Wydawnictwo: Stentor 2010

Marta ma dziesięć lat i wydawałoby się, że jest szczęśliwą dziewczynką. No właśnie - wydawałoby się. Rodzice Marty są rozwiedzeni - matka jest znaną dziennikarką i rzadko bywa w domu, tata natomiast odwiedza córkę w dni wyznaczone przez sąd i choć jest obowiązkowy, to dość trudno się z nim dogadać - jest wielkim fanem nauk ścisłych, a córka nie podziela jego pasji. Babcia i dziadek dziewczynki starają się zastąpić jej  rodziców. Troszczą się o nią i kochają, jak mogą. Jednak Marta i tak czuje się nieszczęśliwa. Nic dziwnego - rodziców nie da się zastąpić...

Któregoś dnia osamotniona Marta postanawia po prostu... uciec. I do tego nieszczęsnego wydarzenia dochodzi.

Marta chce, żeby mama się bała i żeby było jej przykro. Szybko jednak spycha te uczucia gdzieś na samo dno serca i sama przed sobą udaje, że mama nic a nic nie przejmie się jej zniknięciem. "Przecież wcale jej na mnie nie zależy!" - podsyca w sobie uczucie rozżalenia. (str.77)

Czy wszystko skończy się dobrze, i czy rodzice Marty przekonają się, że jednak nie postępowali dobrze wobec córki? O tym musicie już przekonać się sami, sięgając po tę książkę.

Historia ta porusza ważny temat, jakim jest brak czasu rodziców dla dziecka i pokazuje, co może się stać, jeśli pociecha będzie zaniedbywana. Zarówno mama, jak i tata Marty uważali, że robią to, co do nich należy w odpowiedni sposób. Ale okazało się, że jest wręcz przeciwnie. Wiele dzieci dotyczy podobny problem. Ich rodzice są zajęci swoimi sprawami i nie zwracają uwagi na to, co robią ich pociechy. A to może prowadzić do nieszczęścia... Książkę Motyl w podróży czytałam z łezką w oku - rezolutna Marta podbiła moje serce i naprawdę było mi jej szkoda. Jednocześnie miałam ochotę powiedzieć jej rodzicom do słuchu. Myślę, że tę opowieść powinny przeczytać nie tylko dzieci, czy nastolatki, ale przede wszystkim ich rodzice...

- Babciu... - pyta wreszcie Marta - czy mama mnie kocha? - Ależ oczywiście, Martusiu, jak możesz nawet pytać! (str.63)

Książka jest pełna mądrych przemyśleń. Została świetnie napisana - prostym, łatwym w odbiorze językiem. Byłam (miło) zaskoczona, gdy już na pierwszej stronie zobaczyłam wzmiankę o grze Moda i modelki - o której pisałam na blogu, o, tutaj :). Ale to nie o tym jest ta książka i potraktujcie to tylko i wyłącznie jako wzmiankę. Myślę, że historia Marty spodoba się każdemu i wzbudzi w nim dużo emocji...

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Stentor!

piątek, 8 czerwca 2012

Dorota Sumińska - Świat według psa

Autor: Dorota Sumińska
Tytuł: Świat według psa. Opowieść jamnika Bolka
Wydawnictwo: Literackie 2011


Czy zastanawialiście się kiedyś, co czuje i myśli... pies? Albo czy w ogóle coś czuje i myśli? Dorota Sumińska w swojej książce postanowiła dać głos jednemu z psów - niepozornemu jamnikowi, zwanemu Bolkiem. Z przymrużeniem (psiego) oka i z nutką melancholii pokazuje świat z perspektywy czworonoga oraz wszystkie jego myśli, spostrzeżenia i refleksje.

Bolek jako szczeniak trafia w ręce młodego małżeństwa. Jednak początkowa sielanka z biegiem czasu zmienia się w niemiłą, szarą codzienność. Pomiędzy małżonkami zaczyna się psuć, a gdy pojawia się dziecko, pies schodzi na dalszy plan. Samotny Bolek zostaje wówczas przewieziony do Irminy - starszej pani, która jak nikt inny kocha i rozumie zwierzęta. W jej domu pies doświadcza prawdziwej miłości. Irma opowiada psu historie ze swojej młodości, wspomina czasy wojny, z utęsknieniem snuje też opowieści o swoim mężu. A Bolek to wszystko rozumie. Każdego wieczoru czeka, aż jego pani otworzy szufladę, wyjmie album ze zdjęciami i rozpocznie kolejną ciekawą opowieść...

Dla ludzi pies jest tylko dodatkiem. Takim rodzinnym pajacem, co to ma podać łapę i aportować. Pies to tylko pies. Czyli nic wielkiego. Ciekaw jestem, jak by czuł się człowiek w rodzinie psów? Szkoda, że nie można przeprowadzić takiego doświadczenia. (str. 60)

Podczas czytania tej książki, wstydziłam się za tych, którzy nie szanują zwierząt i tych, którzy uważają, że nasi bracia mniejsi są tylko niepotrzebnym dodatkiem do życia. Historia opowiedziana przez Bolka pokazuje nam, jaki los ludzie potrafią zgotować zwierzętom. Może to raczej my powinniśmy się uczyć od nich? A czego na przykład? Stosunku do pieniędzy: dla jamnika to tylko sterta papierków, a dla nas - często sprawa życia i śmierci. Miłości. Tolerancji. Radości z życia. Tak, jak mówi Bolek: dlaczego nie potrafimy cieszyć się chwilą? No właśnie... dlaczego?

Poza tym nie pojmuję nagłych zwrotów uczuciowych. Jak się kocha, to się kocha do śmierci. (str.167)

Jamnik snuje wiele filozoficznych myśli. Część z nich napawa optymizmem, część każe zastanowić się, pomyśleć nad sensem tych słów. Czytając tę książkę, wiele razy ocierałam łzy z twarzy. Bo to nie jest lekka, nic nie wnosząca do naszego życia opowieść o psie i jego 'pańci'. Nie. To książka, na którą każdy powinien zwrócić uwagę. Przeczytać, rozważyć i... zrobić coś. Może przygarnąć zwierzaka ze schroniska? Może wpłacić tam pieniądze? Podpisać petycje? Możliwości jest wiele.

Bez względu na to, czy jesteś miłośnikiem psów, czy nie - przeczytaj tę książkę. I poleć ją innym.

PS I jeszcze na koniec taka mała prośba ode mnie. Zaglądając na mojego bloga na pewno widzicie różne banerki po jego prawej stronie oraz na samym dole. Proszę, klikajcie w nie. Ja nie mam z tego żadnych zysków, gdyż nie są to reklamy, jedynie dobrowolna pomoc. W miarę możliwości Wy też zamieśćcie je na swoich blogach - wspólnie pomóżmy naszym braciom mniejszym! Może dzięki naszej pomocy ich los się poprawi...

[AKTUALIZACJA] Banerki przeniosłam do zakładki "Pomagamy innym".

środa, 6 czerwca 2012

Anne Cassidy - Gorzkie urodziny


Autor: Anne Cassidy
Tytuł: Gorzkie urodziny
Wydawnictwo: Stentor 2008

Nastoletnie ciąże - temat bardzo na czasie, aczkolwiek nadal mocno kontrowersyjny. Anne Cassidy znana ze swoich tego typu książek znów podjęła się trudu napisania powieści, w której porusza poważny problem. Niedawno miałam okazję przeczytać "Z tęsknoty za Judy" tej autorki, i tamta książka wywołała we mnie falę wielkich emocji - nadal jeszcze o niej myślę. Tymczasem Gorzkimi urodzinami nieco się zawiodłam...

Siedemnaste urodziny Julii Diamond nie należą do szczególnie udanych. Najpierw zrywa z nią jej chłopak, potem dziewczyna dowiaduje się, że zaczął chodzić z jej przyjaciółką... W tej sytuacji nie pomaga nawet fakt, że rówieśniczka, która mieszka po drugiej stronie ulicy, okazuje swą pomoc. Pewnego dnia jednak wszystkie podobne sprawy tracą swoje znaczenie i schodzą na dalszy plan - jedna z dziewcząt dowiaduje się, że jest w ciąży. Teraz nastolatki mają wspólny sekret, który pilnie ukrywają przed światem. Ale jak długo można skrywać taką tajemnicę?

Zdarzenia poznajemy z dwóch perspektyw czasowych i narratorskich. Wydarzenia są opowiadane zarówno przez Julię i dotyczą tego wszystkiego, co działo się przed narodzeniem dziecka, ponadto narracja prowadzona jest również w formie trzecioosobowej - wtedy dowiadujemy się, co miało miejsce po narodzinach malucha. Przyznam, że bardziej podobały mi się fragmenty, w których to Julia opowiadała całą historię, a to z wiadomej przyczyny - poznałam jej myśli, wrażenia i opinie, a dodatkowo mogłam wczuć się w atmosferę całej sytuacji. Lecz choć ogólnie książka jest bardzo dobra, znalazłam niestety parę minusów, o których muszę wspomnieć.

Po pierwsze - Tina. Zdawałoby się, że mądra, siedemnastoletnia dziewczyna, która opiekuje się chorą na depresję matką, będzie zachowywać się odpowiedzialnie. Ale okazało się, że wręcz przeciwnie. Niesamowicie mnie ta bohaterka irytowała: jak dla mnie okazała się płytka, naiwna, a w pewnym momencie po prostu bez serca. Rozumiem, że niektóre sytuacje przerastają młodych ludzi, ale żeby aż tak?

Po drugie - gdy przyjaciółki poszły do parku i tam natknęły się na dwóch piętnastoletnich chłopców, Julia zaczęła się kleić do jednego z nich i nawet kilka razy go pocałowała... No, litości, ale co to miało być?!

Po trzecie - mimo, że cała książka ma niewiele ponad 200 stron, trudno było mi się na początku "wgryźć" w historię. Dopiero z upływem czasu i kartek, powieść naprawdę zaczęła mnie interesować i dalej czytałam już z wypiekami na twarzy.

No właśnie - tego nie sposób wymówić powieściom Anne Cassidy - każda jej książka w którymś momencie zaczyna nas tak ciekawić, że nie możemy się od niej oderwać i zagłębiamy się w daną historię, niecierpliwie oczekując wyjaśnień, rozwiązań i tego, jak to wszystko się skończyło. Dodatkowo autorka ma niesamowity dar gmatwania sytuacji: gdy już domyślamy się, co się dalej stanie, nagle wszystko okazuje się zupełnie inne, niż myśleliśmy. I za to plus!

Podsumowując - mimo, że książka okazała się gorsza od Z tęsknoty za Judy i nieco się nią rozczarowałam, nadal uważam, że powinniście wpisać ją na listę "chcę przeczytać". Ot, choćby dlatego, żeby dowiedzieć się, jak ta trudna sprawa się zakończyła...

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Stentor!

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Alessandro D'Avenia - Biała jak mleko, czerwona jak krew

Autor: Alessandro D'Avenia
Tytuł: Biała jak mleko, czerwona jak krew
Wydawnictwo: Znak 2011


Gdy sięgałam po tę książkę, byłam pełna obaw, czy mi się spodoba. Przeczytałam kilka recenzji, w co poniektórych narzekano na nadmiar wyznań miłosnych. Jako że romansideł nie czytuję, bo ich zwyczajnie nie trawię, podeszłam do tej powieści z naprawdę dużym dystansem. Teraz okazało się, że niepotrzebnie. Bo ta książka naprawdę ma w sobie "to coś".

Jej bohaterem jest szesnastoletni Leo - krnąbrny, niesforny chłopak, z ciętym językiem i zamiłowaniem do nowinek technicznych. Jego największym hobby jest piłka nożna (no a jakżeby inaczej, skoro jest ona najpopularniejszym sportem we Włoszech), zaraz za nią plasuje się gra na gitarze. Można by przypuszczać, że jest przeciętnym nastolatkiem, ale spośród kolegów wyróżnia go jedno - wielka miłość do Beatrice. Dziewczyny, która zawróciła mu w głowie, dziewczyny z burzą rudych włosów, dziewczyny białej jak mleko i czerwonej jak krew... Leo postrzega bowiem świat poprzez kolory - biel kojarzy mu się ze smutkiem i ciszą, czerwień zaś z miłością, burzą, huraganem, marzeniami... Jest też błękit - kolor przyjaźni i wyrozumiałości. To Silvia 'reprezentuje' kolor nieba, jest bowiem najlepszą przyjaciółką Leo i rozumie go bez słów.

Biała jak mleko, czerwona jak krew to wzruszająca, czarująca historia pierwszej miłości, opowiedziana z lekkością i polotem. Autor ma niesamowicie urzekający styl, świetnie prowadzi narrację z perspektywy młodego chłopaka. Zachwyciły mnie niektóre z jego spostrzeżeń, zarówno tych zabawnych, jak i poważnych, filozoficznych, zastanawiających, wartościowych. Pozwolę sobie przytoczyć jeden z dosłownie z życia wziętych cytatów z tej książki:

Pierwszy dzień w pierwszej licealnej: przedstawiamy się kolegom, zwiedzamy budynek szkolny, poznajemy nauczycieli. Coś jak wycieczka po zoo, gdzie nauczyciele reprezentują gatunki chronione, co do których masz nadzieję, że wkrótce całkowicie wymrą. (str. 27)

Powieść ta ma status międzynarodowego bestsellera. Ostatnio również do tego typu książek podchodzę ostrożnie, bo wiadomo - nie wszystko złoto, co się świeci. Ale ta pozycja oszałamia nas swoim blaskiem, jak blaskiem gwiazd, które obserwował Leo. Czytając książkę, mogłam poznać jego emocje, uczucia, spostrzeżenia, myśli oraz to, w jaki sposób radził sobie lub próbował radzić z przeciwnościami losu i trudną sytuacją, w jakiej się znalazł... I wcale nie przeszkadzały mi miłosne wyznania, powiem szczerze, że spodziewałam się ich więcej. Po lekturze sama rozmyślałam nad niektórymi kwestiami poruszonymi w książce, nasunęło mi się wiele refleksji na temat życia: powinniśmy doceniać to co mamy i cieszyć się każdą chwilą.

Spójrzcie jeszcze na okładkę - magnetyczna, a zarazem delikatna, przyciągająca spojrzenia. Piękna. 

Biała jak mleko, czerwona jak krew to powieść, po którą powinien sięgnąć każdy. Ja postanowiłam się z nią zapoznać na fali fascynacji włoską kulturą. W innym przypadku raczej bym po nią nie sięgnęła... i byłby to jeden z największych błędów mojego życia...

sobota, 2 czerwca 2012

Fannie Flagg - Nie mogę się doczekać... kiedy wreszcie pójdę do nieba

Autor: Fannie Flagg
Tytuł: Nie mogę się doczekać... kiedy wreszcie pójdę do nieba
Wydawnictwo: Nowa Proza 2007


Fannie Flagg to autorka bestsellerowej powieści Smażone zielone pomidory. Nie spotkałam się jeszcze z żadną jej książką, ale skoro ta wspomniana wyżej odniosła taki sukces i została nawet sfilmowana, to z pewnością autorka dzierży w sobie wielki potencjał. A może czeka na mnie wielkie rozczarowanie? Zaraz Wam powiem, jak było naprawdę...

Historia rozpoczyna się w chwili, gdy osiemdziesięcioletnia Elner spada z drabiny podczas zrywania fig z drzewa. Nieszczęśliwy wypadek kończy się utratą przytomności przez starszą panią, a następnie przewiezieniem jej do szpitala. Gdy jej nerwowa siostrzenica Norma, która też nie jest już pierwszej młodości, dowiaduje się o tym zdarzeniu, bardzo to przeżywa. Wkrótce całe miasteczko Elmwood Springs trąbi o nieszczęśliwym wypadku, a gdy pojawia się wiadomość o śmierci starszej pani, zaczynają się przygotowania do pogrzebu. Trwa więc wybieranie odpowiedniego psalmu, redagowanie nekrologu... Tymczasem pewnego dnia ku zdumieniu wszystkich okazuje się, że... Elner żyje. Jak to możliwe? A może raczej - czy to w ogóle jest możliwe?

Powieść porusza dość interesujący temat. Sama śmierć jest tu przedstawiona dość lekko, pozytywnie dzięki czemu nie napawa nas smutkiem i filozofią na temat przemijania. Za to należy się plus - lubię niezobowiązujące lektury, podczas czytania których nie muszę się zbyt wiele zastanawiać - ot, po prostu czytam dla relaksu.

Piać z zachwytu nad tą książką jednak nie zamierzam, bo odnalazłam parę minusów, z których najważniejszy to ten, o którym mówię dalej. Na tylnej okładce możemy przeczytać coś w rodzaju listu od autorki, która pisze m.in.: Od tego momentu śledzimy rozwój dalszych wydarzeń w jej [czyli Elner] życiu oraz reszty mieszkańców Elmwood Springs, zaśmiewając się (mam nadzieję) niemal do łez. Cóż, przykro mi panią rozczarować, pani Flagg, ale ja do łez się nie zaśmiewałam. Owszem, znalazłam kilka fragmentów, przy których kąciki moich ust oparły się prawom grawitacji, ale spodziewałam się ich więcej.

Na szczęście tylko wobec tej autorskiej zachęty mogę mieć zastrzeżenia. Powieść okazała się przyjemną, lekką lekturą, pełną ciepła i optymizmu, z którą miło spędziłam czas. Autorka dobrze kieruje akcją, czasem nas zaskakuje, a cała książka pisana jest prostym w odbiorze językiem, idealnym na obecną porę roku. Dodatkowo na końcu powieści znajdują się przepisy! Nigdy byście nie pomyśleli, prawda? A tu mamy receptury na, przykładowo, chleb kukurydziany pani McWilliams czy też niebiański placek karmelowy Sąsiadki Dorothy. Jeśli chcielibyście zatem odpocząć od poważniejszych książek, czy też po prostu zrelaksować się po długim tygodniu pracy - znajdźcie chwilkę czasu, usiądźcie pod drzewem (ale może lepiej omińcie figowiec :)) i oddajcie się lekturze.